O Klasyku Beskidzkim już zapomniałem, mój rower kurzył się w kącie od tygodnia. Najwyższy czas pojechać gdzieś dalej. Tak koło setki, najlepiej po górkach. Podczas ostatniej wycieczki Robin napomknął o Droginii, postanowiłem wybrać się w tamte rejony. Tym bardziej, że kiedyś jako kibic sportów samochodowych przyglądałem się w tym rejonie OS-om na Rajdzie Krakowskim.
Planowanie to ważna rzecz nie tylko dla kolarza. Prawie godzinę zajęło mi wytyczenie trasy w serwisie coursemapper. Potem tylko dorobiłem strzałki kierunkowe w Garmin Training Center i szlak gotowy.
Wyszła całkiem ładna, 108 km pętla, prowadząca przez malownicze okolice Myślenic.
Rano zebrałem się wyjątkowo sprawnie, nie dość, że już parę minut po ósmej pędziłem w stronę Tyńca, to jeszcze wszystkie akcesoria były na swoim miejscu. I testowo żel SIS…
Pogoda ładna, początkowo ok. 14 st., ale przewidując znaczne ocieplenie ubrałem się na krótko.
Pierwszy etap ( 23 km) do Krzywaczki, stosunkowo płaski, potraktowałem rozgrzewkowo. Asfalt przyzwoity, tradycyjnie przed Skawiną po zjeździe z serpentyn dziury, potem na około 18 km ( między Radziszowem a Wolą Radziszowską) „pralka” na odcinku półtorakilometra.
Wyjazd na porządną droge tak mnie oszołomił, że zamiast skręcić w lewo po 900 metrach do Krzywaczki, przez 5 kilometrów dawałem tam i z powrotem ruchliwą „53”. Wreszcie jest – kierunek Bęczarka. Stosunkowo łatwy podjazd – średnia 3,56% na dystansie 3230 metrów. Trochę się namęczyłem, jednak do tej pory było w miare płasko.
Momentami droga nierówna, ale ogólnie da się wytrzymać, szczególnie na zjeździe.
Na 34 km włączyłem się do Zakopianki, którą po 2 kilometrach – w Krzyszkowicach – opuściłem. Bałem się zaryzykować lewoskrętu na Zakopiance (obawy potwierdziły się w Krakowie), więc spokojnie przeszedłem pasami dla pieszych.
Kolejny podjazd – odległość 600 metrów średnie nachylenie 8%. Czułem, że zaczynam się rozgrzewać :).
Zjazd do Myślenic, znaną mi drogą, którą przemierzałem w 2009 roku wracając z Krowiarek, potem Osieczany, Łęki i Trzemeśnia. W Zasaniu, zgodnie z nawigacją skręciłem pod górkę i oto moim oczom ukazał się taki obrazek:
![]() |
| Ukradli asfalt!!! |
Myślałem, że to może tylko krótki szutrowy kawałek, ale po 100 metrach poddałem się. Tutaj osiągnąlem najwyższy punkt treningu – 390 m. Zrobiłem dłuższy popas, wyssałem żel, i rozpytałem przygodnego kierowce o możliwości dojazdu do Droginii. Były takie sobie – zdecydowałem, że podjadę do Poręby, w której spędziłem dwa tygodnie na wczasach – hm – w 1974 roku, z wujkiem i kuzynkami.
Ta sentymentalna podróż do Poręby, to nie był dobry pomysł. Dziury zalepione żwirowym asfaltem, który odpryskiwał spod kół, ośrodek wypoczynkowy PKS w stanie nie lepszym niż droga. Jedynie drewniany kościół przepiękny.
Droga powrotna na dużym gazie, nie jestem pewien czy po żelu, czy z powodu sprzyjającego wiatru i przewagi zjazdów. Jeszcze dwa ostrzejsze podjazdy – na drodze Myślenice-Dobczyce do Borzęt ( 1.82 km, średnie nachylenie 5,6%) i z Sieprawia do Świątnik ( ok. 3.5% na dystansie 2,88km). Za Wróblowicami znowu zła nawierzchnia, trzeba zwolnić radykalnie.
W samym Krakowie dwa niebezpieczne momenty – przy zmianie pasa ruchu na Herberta ( przejazd nad autostradą) na skrajnie lewy, pomimo wyciągnięcia łapki na całą szerokość i naprawdę ostrożnego przejazdu usłyszałem pisk hamulców małego auta dostawczego, kierowanego przez pana ok. 70 lat. A potem skręcając w lewo ze Zbrojarzy zostałem zablokowany przez wymuszającego pierwszeństwo kierowcę. Jaką wiązankę puściłem w obu przypadkach, możecie się jedynie domyślić…
Przy okazji nasunęła mi się refleksja dotycząca busiarzy, którzy uważają się za panów lokalnych dróg, i zabawiają się przyciskaniem kolarzy do pobocza. Co do innych użytkowników dróg, to odkryłem nową zasadę obowiązującą w powiecie myslenickim – czym większa pojemność silnika, tym mniej szarych komórek. Ale nie będę tego tematu rozwijał, tym bardziej, że sam dysponuję znikomą…. pojemnością. Na koniec zawiesił się Garmin.
Udany wyjazd, w dobrym tempie, chociaż solowy.

