… i bynajmniej nie chodzi o jakieś wieczne (s)ekscesy.
Niedzielne popołudnie wykorzystuje na dawno zaplanowaną wyprawę w kierunku wschodnim. Moim celem jest Bochnia – miasto, które kojarzę z dwóch wesel i obwodnicy. Kierunek o tyle niedobry, że na mapie pogody rysuje się zachodni wiatr, wiejący ze znaczną siłą – w porywach około 20 km na godzinę. Oznacza to, że powrót będzie odbywał się w iście ślimaczym tempie.
Optymizmem napawa fakt, że założyłem nowe, cieńsze opony, a do bidonu nalałem napój izotoniczny zamiast wody. Gumy spowodują mniejsze opory toczenia, a zawartość bidonu lepsze efekty wtłoczenia.
Po odrobieniu obowiązków domowych, ubieram się „na krótko” i ruszam w trasę. Ścieżka rowerowa zatłoczona jest do granic możliwości wszelkimi pojazdami na dwóch, czterech i sześciu (rolki) kółkach. Toruję sobie drogę okrzykami „uwaga!!!” i jakoś udaje mi się dobrnąć do Mostu Zwierzynieckiego. Tutaj skręcam w prawo i odwiedzam najbliższy bankomat, ponieważ nie mam przy duszy ani grosza. Powrót na ścieżkę w pobliżu Mostu Grunwaldzkiego, znowu ścisk – rozluźnia się w okolicy Galerii Kazimierz. Zgodnie z prognozą czuję wiatr w plecy.
Przez stopień wodny na Dąbiu przeprawiam się ponownie przez Wisłę i podążam pchany powiewami wiatru ścieżką rowerową wzdłuż ulicy Saskiej w kierunku Rybitw. Tu jest puściutko – napotykam 3-4 rowerzystów. Jedzie się wyśmienicie, chociaż wszelkie manewry przy cieńszych od standardowych oponach o szerokości 22 mm wymagają ostrożności. Gdy zapatrzyłem się przez moment na jakieś zgrabne, dziewczęce dżinsy, o mały włos nie wylądowałem w rowie. Po prostu chciałem uzasadnić wymyślony podczas jazdy tytuł. Solennie postanawiam, że kosmate myśli schowam do kieszonki,
Tradycyjnie ulicą Łutnia, przez Brzegi i Grabie ( nowy most na Podłężance !!!) docieram do Niepołomic. Mijam kilku rowerzystów, ale głównie krosowców i „górali”. W Niepołomicach chwilę waham się przy wyborze drogi, ale dzięki wcześniejszym treningom
z Robinem trafiam na Drogę Królewską. Samemu jedzie się gorzej, trasa dłuży się nieco.
Wreszcie jest wjazd na zamknięta dla ruchu drogę. Tutaj postanawiam urządzić sobie czasówkę, i pomimo spacerowiczów przejeżdżam prawie 10 km odcinek ze średnią prędkością niespełna 34 km/h.
Omijam zamknięty w weekendy szlaban broniący dostępu do dróg wewnątrz Puszczy i ląduję w Mikluszowicach. Droga do Bochni przez Gawłówek, Baczków i Proszówki jest w fatalnym stanie. Mimo, że nie napompowałem opon na maxa, czuję pod tyłkiem każdą nierówność.
W Bochni próbuję trafić na otwartą niedawno kładkę nad Rabą. Krążę ulicami Łany, Wodociągową, Karosek i Chodenicką, aby rozpytując okolicznych mieszkańców trafić wreszcie do przeprawy.
W Damienicach zaczyna się jazda pod wiatr. Ale nie jest tak tragicznie, prędkość tylko na podjazdach spada poniżej 25 km/h. Mijam Kłaj, w którym chyba jestem pierwszy raz w życiu.
W Staniątkach gubię zaplanowaną trasę, i zamiast bocznymi drogami wzdłuż autostrady wylądować w Zakrzowie, nadrabiam dystans przez Niepołomice.
Ma to woje zalety, bo w znanej mi lodziarni zamawiam dwie gałki – stracciatellę i czekoladowe i relaksuję się przed ostatnimi etapem treningu.
Wygląda to dziwnie, bo obok mnie przechodzą ubrane w płaszcze starsze Panie, a ja w krótkich kolarskich spodenkach i koszulce zajadam się lodami. Nawet to skomentowały: „Tak zimno a ludzie lody jedzą”. Żeby nie wyglądać zupełnie debilnie zakładam rękawki i ruszam w dalszą podróż.
W Zakrzowie zjeżdżam z głównej drogi do Wieliczki i obok domu mojego szwagra mknę równą, wyremontowaną z funduszy europejskich drogą. Przez Węgrzce Wielkie i Kokotów (uff, znowu skojarzenia z tytułem relacji – ale kto dzisiaj wie, jakie znaczenia ma słowo kokotka?), dojeżdżam do granic Wielkiego Krakowa. Tak wielkiego, jak wielkie są dziury w krakowskich jezdniach.
W związku z tym prędkość spada momentami poniżej 20 km/h.
Cały czas, już od Zakrzowa, obserwuję czerwieniejącą coraz bardziej kulę zachodzącego słońca. Niesamowity widok, ale nie mam aparatu, żeby uwiecznić to budzące zachwyt zjawisko.
Wyprzedzam mozolnie poruszająca się parę rowerzystów i docieram do skrzyżowania Bieżanowskiej i Wielickiej.
Niezbyt ruchliwą o tej porze Kamińskiego, przez Mateczny dojeżdżam do Tesco. Tutaj obserwuję przez chwile akcję gaszenia traw w okolicach hipermarketu.
Kilka minut po 19 ląduję w domu, chwile przed dziećmi, które wracają z urodzin kolegi.
Nie jestem specjalnie zmęczony. Plan zrealizowałem niemal w 100%. Jedna czasówka, trochę sprintów, podbiegi na podjazdach. Pękła druga setka w tym sezonie. W marcu jeszcze dwa wolne dni, planuję trasy po około 130 km.
Tylko jeszcze nie wiem, czy tym razem nie puszczę się niezależnie od wiatru…
oj Przemo, widzę, że kondycja dobra pomimo sobotnich szaleństw 😉 a na dżinsy kobiece zwłaszcza trzeba będzie teraz uważać, wszak robi się coraz cieplej i będzie można zaliczyć jakąś glebę od zapatrzenia się 😀
Kondycja dobra zwłaszcza!!! dzięki sobotnim szaleństwom. Alkohol i taniec i… potrzebne są sportowcowi :)A co do gleby – to można zaliczyć, najchętniej z wlaścicielką dżinsów.Dziękuje za komentarz
Jak zawsze pełny sarkazmu-najwyższej formy inteligencji Przemysław.Lubie czytac Twój blog,zawsze pięknie napisany i pełny dowcipu. Tak trzymaj Przemko.
Dziękuję. Warto było pisać tekst nad ranem dla takiej recenzji. Pozdrawiam…
Przeczytałam: tak trzymaj Panienko 😀 przepraszam 😀 ale zgadzam się z tamtą opinią 🙂
Tego ostatniego komentarza już nie rozumiem
świetnie się to czyta panie Przemku, obyśmy mieli jak najwięcej czytania w tym sezonie;) pozdrawiam
świetnie się to czyta panie Przemku, obyśmy mieli jak najwięcej czytania w tym sezonie;) pozdrawiam
Dziękuję. Też mam taką nadzieję.
Dziękuję. Też mam taką nadzieję.