Nie bardzo wierzyłem, że zrealizuję program treningowy.
W kalendarzu miałem zaplanowane 100 km. Rano nie wyglądało to różowo. Ból głowy, odziedziczony jeszcze po poprzednim dniu, powodował stan beznadziejnego otępienia. Plan wyjazdu wcześnie rano spalił na panewce. Nic nie wskazywało na to, że w ogóle wsiądę na rower. Prace domowe przyćmiły szlachetny zamiar „połknięcia” kolejnej setki.
Sytuacja wyklarowała się trochę przed 15, gdy kończyliśmy myć okna, położone w dość niewygodnym miejscu, a pogoda kusiła słońcem. Wcześniej, w krótkich przerwach w sprzątaniu ( ech te Święta!!!), przygotowałem niezbędne akcesoria: kask, okulary, pulsometr i izotonik w bidonie. Pozostało tylko opowiedzieć się w domu, że wyruszam i… wyruszyć.
Trasę zaplanowałem w szczegółach wcześniej – płasko, z jednym podjazdem między Wygiełzowem a Bolęcinem. Bez szaleństw, blisko upragnionej setki. Gdy wjechałem na ścieżkę rowerową w kierunku Mostu Zwierzynieckiego poczułem wiatr w plecy. Krewa – powrót znowu pod wiatr. Co to ja żaglówka jestem, żeby zawsze wracać do macierzystego portu halsami. Jachtem w porządku – można ostrzyć pod wiatr i łódka śmiga szybciej niż w pełnym. Ale z rowerem ten numer nie przejdzie. Pojeździmy – zobaczymy.
Zwrot na moście, fordewind i prędkość skacze powyżej 30 km/h. Ulica Księcia Józefa nie należy do moich ulubionych. Na szczęście do rozwidlenia za wodociągami jest niedaleko, ponad 4 km, które pokonuje w niecałe 12 minut. Potem spokojniej, ulicą Mirowską, pod autostradą i w Piekarach podjazd od pętli pod kapliczkę na rozstaju dróg. Jedzie mi się dobrze, próbuję utrzymać równe tempo. Pod górę około 22-26 km/h. Na szczycie dogania mnie kolarz, którego zobaczyłem kątem oka na zjeździe z kładki rowerowej przed autostradą.
Witamy się. Nie mogłem cię dogonić, jedziesz bardzo równo – chwali mnie. Wrodzona skromność nie pozwala mi zaprzeczyć. Ale rzeczywiście postawiłem sobie za cel w miarę równe tempo, bez forsowania i interwałów. Tomek jest z Czernichowa. Jedziemy razem gwarząc przez Wyźrał, na głównej drodze Liszki-Czernichów przyspieszamy i dajemy krótkie zmiany. Pod Lewiatanem zatrzymujemy się przez chwilę. Wymieniamy numery telefonów i kolarskie doświadczenia. Może uda się zrobić jakiś wspólny wypad. Informuje Tomka o swoich planach zrobienia „setki”. Trochę zdziwiny, że o tej porze. Ale cóż, kolarze są nie do końca normalni. Tak jak politycy. Tyle, że przeważnie nikomu nie robią krzywdy…
Dalsza droga prowadzi przez Kłokoczyn, Rusocice, Kamień, gdzie zmęczył mnie trochę podjazd pod kościół. 30 metrów przewyższenia na dystansie 1100 metrów. Dostaje boczny wiatr. W lewo droga do Mirowa, początkowo przez pola, potem chowa się w sympatycznym lesie. Mija pierwsza godzina jazdy, poza mną 31 km treningu. W Mirowie zamiast skręcić przez Brodła do Alwerni wybieram nowy wariant: omijam to niezbyt sympatyczne miasto od południa, wzdłuż tzw. Słowika, czyli dawnego zalewu rekreacyjnego. Za chwilę koniec bocznych dróg, w rejonie torów wydostaje się na ziejącą ciężarówkami drogę 780. W przyszłości planuję ominąć tą magistralę, by przez Okleśną i Rozkochów ( ach, jak mi się ta nazwa podoba) dojechać do Babic ( też fajna nazwa). To już nawet gotowy tytuł wpisu: Przez Rozkochów do Babic. I co Wy na to Drogie Panie? No, ale tym razem wybieram tranzyt przez Kwaczałę, bez postoju, pomimo namów PT Czytelniczek… Czas nagli, a pit-stop mógłby się niebezpiecznie przeciągnąć.
W Lipowcu, znaną sobie drogą, pokonywaną ponad rok temu, mijam malownicze zabudowania skansenu obok którego wyrósł ohydny, współczesny, wiejski klocek. Położony przy ulicy Gołębiej. A kolejna przecznica to Harcerska. Ciekawe te nazwy… Jeszcze w Alwerni, za torami była Prusa.Kiedyś też mieszkałem przy Prusa, ale w Krakowie.
Zatopiony w rozmyślaniach nie zauważam dziur w asfalcie. Omijam je w ostatniej chwili. Prawie wylądowałem w rowie. Uff! tym razem uszło mi to płazem. Za sekundę orientuje się dlaczego – to właśnie miejscowość Płaza. Podjazd idzie mi gładko, chociaż przychodzi kilka chwil słabości. Ze statystycznego obowiązku – różnica wzniesień 100 metrów na przestrzeni 3,5 km. Średnie nachylenie około 2.8%. Niby nic, ale to już prawie 50 km z perspektywą powrotu pod wiatr.
3 kilometrowy zjazd do Bolęcina pozwala zregenerować siły. Na dole gubię się, najpierw jadę w kierunku płn-zach do Trzebini, potem wracam do Centrum. Pytam przechodnia o drogę chrzanowską. Mówi, że to właśnie jest ta. Gdy precyzuje, że chodzi o Krzeszowicką, długo i zawile tłumaczy jak tam trafić. Udaję, że rozumiem, o co chodzi, ponieważ niebezpiecznie spoufala się ze mną, poza tym wygląda jakby co dopiero wyszedł z poprawin. Tak czy inaczej ruszam w kierunku Alwerni. Po raz pierwszy mijam Nieporaz, w którym nie po raz pierwszy się gubię. Zgodnie ze wskazówkami tubylca wjeżdżam do lasu wąską asfaltową dróżką, która kończy się tuż za autostradą. Dalej szuter. Nie wygląda to zachęcająco. Poddaje się. Wracam na szosę. I słusznie. Za kilkaset metrów tabliczka: Tenczynek. Czyli prawidłowo: richtung Krzeszowice! Po prawej jakaś baza ciężarówek.
Tutaj znowu malowniczy odcinek trasy. Częściowo polami, częściowo między rzadkimi zabudowaniami melduję się u podnóża podjazdu do Grojca. Wspinam się mozolnie, około 15 km/h, oszczędzając siły na jazdę w fordewindzie ( nazwa adekwatna – wiatr od czoła, czyli w mordę wind). Włączam się w magistralę intermetropolitalną Alwernia-Krzeszowice. Bez ironii, asfalt jest naprawdę rewelacyjny.
Droga nr 79 wita mnie umiarkowanym ruchem, chociaż przeżywam kilka momentów grozy, gdy czuje muśnięcie pędu przyczepy ciężarowej. Większy ruch od strony Krakowa – pora powrotu z pracy. Jestem już na siodełku ponad dwie i pół godziny. Nie czuję specjalnie zmęczenia. Izotonik w bidonie pomaga przetrwać chwile kryzysu. Miedzy Rudawą a Zabierzowem zjadliwe wzniesienie, ledwo widoczne, ale uporczywe. Na domiar złego, zamiast Zabierzowa, którego wypatruje jako forpoczty Krakowa, pojawia się Kochanów. Czuje się oszukany, podobnie jak rok temu, gdy wymarzyłem sobie rogatki Krakowa. Zresztą zabierzowscy geodeci też nie zostawiają złudzeń. Tablica miejscowości dalekooo przed centrum. Szosa ciągnie się jak flaki z olejem.
No, ale wracam z dalekiej podróży. Lekki zjazd i skręt w prawo do Kryspinowa. Mijam Rogate Ranczo, Skałę Kmity. Schowałem się przed wiatrem. Patrzę z niepokojem na licznik, czy wystarczy tego odcinka do „setki”. Wydaje się, że tak. Nie będzie potrzeby „dosztukowywania”. Pod wodociągami na Bielanach zamykam pętlę, którą rozpocząłem ponad 3 godziny temu. Jest 94 km. Nie odpuszczam, poruszam się około 26-27 km/h.
Setny kilometr zastaje mnie na ścieżce rowerowej zaraz za mostem. Pewnie gdyby nie błądzenie, zanotowałbym setkę pod domem. A tak mam jeszcze trochę ponad kilometr zapasu.
Czuje trochę kolana i śródstopie. To dobrze. Znaczy, że się nie opieprzałem. Pracowały te elementy, które powinny. Jak na setkę, wiatr i przewyższenie ( 600m), samotna jazda z przyzwoitą średnią – 28,6 km/h.
Najważniejsze to uwierzyć w siebie.