Niekoniecznie. Tytuł roboczy brzmiał: „Między górami i dziurami”. Czym dalej od Krakowa, tym gorzej. Jeśli wspomniane w poprzednich relacjach Rzeszotary miałyby stanowić wzór 1 km dziurawej drogi, zdeponowany w Sevres pod Paryżem, to dzisiejsze odcinki stanowiłyby wielokrotność wzorca. Zachełmna, Lanckorona, Wola Radziszowska – kudy nam do Europy.
Dla malkontentów więc proponuje tytuł: „Nierówno z górki”. Hm… Nierówno pod sufitem ma ten, który po obfitościach świątecznego stołu i treningowym lenistwie wymyślił sobie dzisiejszą trasę. Cztery solidne podjazdy: Chorowice, Sołtysi Dział, o którego ludowej nazwie wspomnę później, Zachełmna i wreszcie Lanckorona od strony Leśnicy. Nie wdaję się w szczegóły, bo wszystko jest wyrysowane na mapie.
Znudzony ciągłym jeżdżeniem przez Tyniec, w przybliżeniu powieliłem w odwrotnym kierunku trasę, którą rozpoczęliśmy z Marcinem zeszły sezon…
Sytuacja atmosferyczna sprzyjająca: dość ciepło, niebo lekko zachmurzone, wiatr południowy, skręcający chwilami na zachodni. Dla laików pierwsze dzisiaj wyjaśnienie, że podaje się kierunek, z którego dmucha… Dzisiaj oznaczało to ni mniej, ni więcej wiatr w plecki podczas powrotu. Luzik.
Ale pierwsza pięćdziesiątka niezupełnie była luzacka. Rozruch przez Skotniki, Sidzinę i pierwszy poważniejszy egzamin – po skręcie w lewo dość sztywny podjazd. Na szczęście krótki.
Dzisiejsze założenia treningowe były dwa – jak najdłuższa jazda ” z blatu” ( znowu dla laików: to duża tarcza z przodu), czyli siłowo, oraz oswojenie się z cieńszymi od normalnych oponami na dość karkołomnych zjazdach. Żeby nie skończyło się jak rok temu w Ustroniu.
Kolejny podjazd już daje się we znaki – ponad 4.5 km i 220 metrów przewyższenia. Średnie nachylenie – 6,6%. Nie idzie mi za dobrze. Święta i niezdrowe jedzenie wlazło w nogi. Staram się nie tracić tempa i nie przejmować się wyrastającymi ścianami asfaltu. To dopiero 16 km.
![]() |
| Koński lunch. |
Dojeżdżam do szczytu górki – w lewo Mogilany, w prawo Skawina. Po kilkuset metrach widzę hasające koniki. Żeby nie taszczyć darmo aparatu zatrzymuje się na kilka minut i pstrykam fotki. Oprócz stadka koni urzeka mnie odległy widok ośnieżonych zboczy beskidzkich. Niestety moja znajomość topografii tego rejonu jest niewielka. Nie potrafię nazwać widocznych szczytów…
![]() |
| Pejzaż szkiełkiem malowany. |
Ale przecież nie po to tu jestem. Zwijam manele i jazda w dół w stronę Bukowa. Droga nad wyraz równa, i na szczęście niezbyt stroma. Przeszkadza tylko boczny wiatr. W pewnym momencie odbijam w prawo, żeby wąską ścieżką położonego w zeszłym roku asfaltu sturlikać się ostrożnie do Radzisz miejscach jest tak stromo, że mam wrażenie, iż za chwilę przelecę przez kierownicę. Odruchowo dociskam tyłek do siodełka, żeby mocno dociążyć tylne koło. Na szczęście cały i zdrowy dojeżdżam na dół. Bez niespodzianek, odkrytą w zeszłym roku trasą, przez Wole Radziszowską, Podolany spindram się do Zarzyc Małych, wciąż walcząc z wiatrem. Zarzyce są małe, ale mają dom ze ścianami w pięknym kolorze. Przystanek – fotka, i dalej – do Sułkowic.
![]() |
| Cóż za urocza kompozycja kolorystyczna. |
Trudności nasilają się. Nie dość, że korytarz powietrzny z przeciwnym wiatrem, to jeszcze ciągły podjazd i dość sporo ciężarówek, które sapiąc i prychając wloką się za mną. A gdy już biorą się do wyprzedzania, to jak psy spuszczone ze smyczy rzężą na wysokich obrotach wysokoprężnymi silnikami.
Harbutowice, jeszcze kilka kilometrów i skręt w lewo w kierunku Sołtysiego Działu. Trafiłem tu w zeszłym roku sam, idąc za wskazówkami Marcina i miejscowych topografów spod budki z piwem. Podjazd zrobił na mnie wrażenie, zapewne nie mniejsze niż na moich późniejszych towarzyszach – Robinie i Miłoszu, których złośliwie tu przytargałem.
Trochę liczb: Od zjazdu z głównej drogi do przełęczy jest 3340 metrów przy różnicy wzniesień 212 metrów. Daje to na tym odcinku średnie nachylenie 6,34%, a na ostatnich 530 metrach 11,88%, przy zapewne wyższych wartościach ( ok 17% na krótszych odcinkach). To się czuje w nogach.
Na kulminacji znowu sesja zdjęciowa, trochę dłuższa, bo nie mogłem się wstrzelić ze skadrowaniem zdjęcia i ustawieniem samowyzwalacza. Poza tym ciągle w kadr właziły jakieś źdźbła traw, które psuły ostrość. Ale udało się – dumny zdobywca Hu..ówki, jak nazywają Sołtysi Dział miejscowi został uwieczniony na fotografii. Jestem tu czwarty raz – a nowa rama zalicza debiut.
![]() |
| Oj, co się działo na Dziale – zjadłem batonika i puściłem śmiało sika… |
W dół znowu wąsko, w dodatku naprzeciwko jedzie bus, trzeba zwolnić i ustąpić mu miejsca. Następne kilka kilometrów bez historii. Mijam Bieńkówkę, Jachówkę już z wiatrem i z górki. Wytchnienie dla organizmu. W Budzowie zaczyna się podjazd, ale tu jeszcze dobra droga. Początkowo po skręcie w lewo też nie jest źle. Trzeba myszkować po drodze, ale spoko.
Na podjeździe zafascynował mnie piękny drewniany dom. Wokół którego kręciło się sporo mieszkańców. Fotka obowiązkowa!
Jeszcze jedna przygoda, tak zapamiętale zapatrzyłem się w rozłożystą panią, która cosik sadziła przy siatce, że aż spadł mi łańcuch. Duchy, czy co? Naprawa zajęła mi dobrą chwilę, przy okazji upaćkałem się trochę.
W Zachełmnej dopada mnie chłopaczek „na góralu” i pyta czy się dobrze jedzie. Nawiązuję z nim krótką konwersację podczas jazdy. Z górki trochę mu uciekam, ale widząc dziury w asfalcie zwalniam i prawie mnie dogania. Zawraca, a ja z daleka macham mu łapką na pożegnanie. Ciągle myślę o tym, ilu jest rozsianych po takich wsiach potencjalnych mistrzów, którym się coś chce. Dawniej funkcjonowały LZS-y i z nich wyłaniali się mistrzowie pokroju Szozdy, Szurkowskiego, czy Langa. A teraz te chłopaki nie mają szans, bo cała para idzie w gwizdek – czyli w piłkę nożną. Z podjazdem radzę sobie w miarę swobodnie. Już jestem dostatecznie rozgrzany, a jeszcze nie zmęczony.
Ale teraz zjazd i zaczyna się droga przez mękę. Trudno wyszukać sensowny przejazd między dziurami. Zjeżdżam naprawdę bardzo ostrożnie, żeby nie zniszczyć mocno napompowanych opon.
![]() |
| O czym dumać na lanckorońskim bruku… |
W Stroniach obmyślam dalszą trasę. Mam ochotę ominąć podjazd do Lanckorony i pomknąć przez Kalwarię do Skawiny. Ale plan jest plan, nie można zbaczać. Mocno poharatana droga doprowadza mnie do uroczego ryneczku lanckorońskiego. Jest pustawo, tylko miejscowi „politycy” rozprawiają o wadach i zaletach Napoleona Bonaparte. Samowyzwalacz do roboty, stąd trzeba koniecznie mieć pamiątkę. Uwieczniam jeszcze zabytkową chałupę. Portretuję zabiedzonego kota, a właściwie kościstego stwora, obleczonego skórą. Prawdopodobnie jest chory, bo wydaje z siebie ni to kichnięcia, ni to kaszlnięcia. Łasi się do mnie, ale wolę nie wchodzić z nim w bliższy kontakt.
![]() |
| Kocur zblazowany nieco… |
Na mnie pora, robi się późno. Przez te zdjęcia nie wrócę do domu na 16. Zjazd też nieciekawy, nie da się nadgonić średniej. Krótki kawałeczek szosą wadowicką, potem przez Zarzyce ( kolejny domek w ślicznym kolorze – tym razem seledyn, ale nie fotografuję). Wracam do Leńcz i tradycyjną trasą wracam do Krakowa.
Po drodze jeszcze przeszkoda w postaci remontu drogi w Pychowicach. Nawet rowerem nie ma się jak przecisnąć. Trzeba grzecznie czekać, aż z przeciwka przejadą samochody.
Po niecałych 5 godzinach ląduję w domu.
![]() |
| Home, sweet home? |
Za mną 101 km, przewyższenie ponad 1400 metrów. Pierwsza, prawdziwie górska jazda w tym sezonie. Plan zrealizowany. Należy się zrobiony przez siebie obiad. Naleśniki. Pycha. Dobrze, że nie „równo z górki”.
Post Scriptum. Dla niewtajemniczonych – gra słów, polegająca na zamianie pierwszych liter wyrazów. Czyli, dla ułatwienia, w tym konkretnym przypadku „r” wskakuje na miejsce „g” i odwrotnie. I co wychodzi Koteczku?
Smacznego!!!






