A dokładnie pozycja 112. Coś mi się ostatnio nic nie zgadza. W sumie przejechaliśmy z Marcinem tego dnia 119 kilometrów, co powinno dać pozycję 119 ex aequo. Tymczasem Marcin mnie wyprzedził, Stasiu Radzik mnie wyprzedził, facet na żółtym motorze mnie wyprzedził. Nawet własne myśli mnie wyprzedziły, bo zaledwie ruszyłem, już myślałem o mecie.
Jedno mi się udało na pewno – zarówno rama, jak i jej właściciel cało i zdrowo dojechały do mety. Pomimo zamachu, który wykonała cofająca spod sklepu pani w zielonym Punto. Objechałem ją lekkim łukiem i mknąłem dalej. Początkowa prędkość dawała nadzieję na podium w generalce, po pierwszym nawrocie podium w kategorii, a po dogonieniu mnie przez kolejnego zawodnika liczyłem tylko na słodkiego snickersa.
Zresztą miałem nieodparte wrażenie, że meta przed moim przyjazdem została przez organizatorów tendencyjnie przesunięta w kierunku startu, co uniemożliwiło mi zejście z czasem poniżej 23 minut. Pomijam celowe ustalenie terminu czasówki w kwietniu, co jaskrawo forowało zwycięzcę generalki. Zresztą jeśli ten klucz się przyjmie, to Szalony Ślimak będzie wygrywał w lesie, Michał Krzemień w Kalifornii, Adam Świtalski wczesnym rankiem, a ja – Józefczyk – 19 marca, czyli w imieniny Józefa… Wymienionych z nazwiska z góry przepraszam, ale to bardziej licencia poetica niż moja wrodzona złośliwość.
Dojazd – najpierw samochodem
Zanim się jednak czasówka skończyła, a nawet zanim się jeszcze zaczęła, toczyliśmy z Marcinem długie debaty, jak to zrobić, żeby nie jechać w sumie 200 km na króciutkie ściganie. Ponieważ póki co sponsorzy naszego teamu dofinansują jedynie powietrze w naszych oponach, szukaliśmy sposobu na jak najtańsze dotarcie na start. Koncepcja PKP upadła z uwagi na niestabilność rozkładu jazdy i mało komfortowe warunki podróży. Ponieważ w pewnym momencie zrobił nam się zator myślowy, postanowiliśmy dojechać mniej więcej do połowy drogi, czyli właśnie do Zatora, a potem do celu na rowerach. Pomysł był twórczy, miał jednak jedną wadę – co w sytuacji brzydkiej pogody? Osobiście przygotowałem ciuchy na zmianę, ręcznik i duży zapas optymizmu.
Ostatecznie wylądowaliśmy kilka kilometrów za Zatorem, w miejscowości Polanka Wielka. Nie wiem dlaczego Wielka, w końcu Paul Anka była facetem, i to dość znanym. Ale może chodziło jeszcze o życie płodowe, gdy nieznana była płeć dziecka… Zaparkowaliśmy obok cmentarza, co nie wróżyło dobrze dalszej części wyprawy. Pomyślałem, że pewnie wrócimy wykończeni.
A potem rowerem
Zaraz za pierwszym zakrętem powiał mocny wiatr zachodni, który towarzyszył nam do samego Orzesza. Mimo zapewnień Marcina, że zaplanował trasę płaską, pierwsze 5-7 km wiodło przez interwałowe pagórki. Dopiero potem najpierw zjechało, a potem wygładziło się. Do Brzeszczy szło jako tako, szosa była w miarę urozmaicona. Ale odcinek do Pszczyny był dość koszmarny. Długie proste, lekko wznoszące się, cały czas pod wiatr. Jazda po zmianach dawała trochę ulgi, ale niewielki margines czasowy do zamknięcia biura nie pozwalał na jakieś wożenie się. Tylko średnia pod 30 km/h dawała szanse pobrania czipów i numerków.
Gdzieś między Brzeszczami a Pszczyną myknął nas Szamanviking ( żeby nie było, że nadużywam nazwisk!). Popatrzyliśmy z zazdrością na wolne miejsce i rower w kombi. Co nas podkusiło, żeby śmigać na rowerach? I jak się ten dojazd przełoży na wyniki czasówki? Czy jeszcze ktoś przyjedzie bez samochodu?
Nie było za bardzo czasu, żeby zastanawiać się nad odpowiedziami. Licznik wskazywał, że pojawimy się w Orzeszu, podobnie jak rok temu w Rajczy, w ostatniej chwili. Przejazd przez Pszczynę poszedł gładko, mimo dość dziurawych jezdni. Nawet przez chwile zastanawiałem się, czy to nie chrząszcz brzmiał przypadkiem w Pszczynie, ale chyba nie – to zapewne chodziło o przerażoną pszczołę z przyczyny Pszczyny. Uff, są już pierwsze efekty niedotlenienia mózgu, cała para idzie w nogi…
Po sporym odcinku nierównej nawierzchni zanurzamy się w las i aż do Suszca, ( kurcze, kto wymyśla te nazwy, spróbujcie je szybko przeczytać podczas czasówki,) jest komfortowy, gładziutki asfalt. Bocznymi drogami docieramy do Królówki, gdzie grupki i grupeczki kolarzy prowadzą rekonesans trasy.
Jesteśmy na miejscu. A oprócz nas czego tu nie ma. Pełne koła, lemondki, czasowe kaski, trenażery – słowem sprzętu od cholery. My z naszymi małymi plecaczkami czujemy się trochę jak ubodzy krewni. Na szczęście nie osamotnieni, bo z Bielska dojeżdża Piotrek Kukla, który zalicza podobny do naszego dystans – około 50 km.
Zawody
Baza mieści się przy szkole, udostępnione zostały sanitariaty. Wokoło na trawniku parkują samochody uczestników. Jest czerwony pickup Wieśka, są teamowe stroje Road Maraton, Jaskółek, Bikeholików, Nutraxxów i kogo tam jeszcze przywiało. Jest urocza, mała Jaskółeczka, jak domniemuję siostra Oli Młynek, która (siostra, nie Ola), spindra się na podium. Strój oczywiście Jaskółczy. Zapisy przebiegają sprawnie, mimo początkowego zamieszania z kierunkiem kolejki. O 12. 30 odprawa, szczegóły techniczne trasy i zasady zachowania bezpieczeństwa. Nowością są chipy. Montujemy je na widelcu. Przy zdejmowaniu trzeba uważać, żeby chipa nie pogiąć. Jeśli chodzi o kolejność startu jestem niestety trzeci od końca, czyli wyruszę na zawody po niecałych 3 godzinach od pierwszego zawodnika. Trwają pogaduchy, spotykam zawodnika, który rok temu też stał się ofiarą niebezpiecznego zjazdu do Cisownicy. Wojtek pozbierał się i dojechał na metę. Ja nie.
Powrót
Trochę śmigamy po okolicy, oglądam sobie kościół w Orzeszu-Woszczycach, odpinam od roweru pompkę i torebkę. Nadchodzą ciemne chmury, trochę z nich pokropiło. Wypogadza się na dobre. Nasz plan powrotu ma szanse powodzenia, gdybyśmy zmokli na zawodach, trasa do Polanki nie byłaby wesoła. A tak jest nadzieja na szybką jazdę mimo zmęczenia po zawodach. Wiatr w plecy zrehabilituje się za przeszkadzanie nam w czasie dojazdu.
Marcin wraca z mety, orientacyjny czas 22.45. Żartuję, że zejdę poniżej 22 minut. Przychodzi na mnie pora… Wynik bez rewelacji, ale też mieści się w granicach przyzwoitości. średnia 34,7.
Nie czekamy na dekorację. Pakujemy plecaczki i w drogę powrotną. Tym bardziej, ze już wcześniej żona upomina się o moje obowiązki edukacyjne. Cóż taki los szosowca-amatora. Wczoraj cały dzień w pracy, dzisiaj zawody, a jutro znowu do pracy. Jak tu się zregenerować…
Rzeczywiście tempo jest ostre, nawet światła mamy cały czas zielone. W Pszczynie troszkę się gubimy. Nie mam nawet czasu porządnie rozpakować batona. Rozrywam zębami papierek i wysysam zawartość, zupełnie jakby to był żel. Gdzieś po 30 km zaczynam odczuwać zmęczenie, brakuje w organizmie paliwa. Jadę na oparach, w bidonie woda bez izotonika. Ostatni podjazd trochę się męczę, Marcin odjeżdża mi na kilkadziesiąt metrów. Na szczęście to już niedaleko, gdzieś w oddali widać wieżę kościoła, koło którego zaparkowaliśmy. Jest i Renóweczka, czeka na nasze zmęczone zwłoki. Mamy jednak satysfakcję, że jednego dnia zaliczyliśmy i trening i zawody. Zresztą obydwaj mamy sceptyczne podejście do czasówek, które jakby nie bardzo pasują do nazwy cyklu. Więcej w nich czekania, niż jeżdżenia. No, ale skoro są, to nie wypada nie skosztować ich smaku.
Nawet w drugiej setce…