Pogoda się schrzaniła głównie z tego powodu , że mam pierwszy naprawdę wolny dzień od dłuższego czasu. Poprzednie wolne dni, to było albo załatwianie czegoś, albo wyprawianie dzieci na wakacje. Potem trzydniówka weekendowa w Empiku i….
… od rana leje z przerwami.
Wracam do wspomnień.
Galicja Road Maraton to impreza zorganizowana naprawdę z głową. Co prawda niezbyt długi dystans, start – znowu – w grupach wiekowych, ale za to godne przewyższenie: ponad 2 500 metrów. To naprawdę zapowiada się męcząco, tym bardziej, że nie ma jakiegoś jednego, zdecydowanego podjazdu. No, może z wyjątkiem kilkukilometrowej wspinaczki w Wojakowej i wcześniej w Tarnawie.
Wyjechaliśmy z Krakowa we troje – tzn. ja z Pawłem z Pychowic, w Rynku Podgórskim dołączyła do nas Marta. Podróż upłynęła na miłej rozmowie, a na miejscu zameldowaliśmy się nadspodziewanie wcześnie, bo gdzieś koło godziny ósmej. Zanim trafiliśmy do celu udało nam się nieznacznie pobłądzić, ale życzliwe rady miejscowych doprowadziły nas na stadion. Jak zwykle rozpakowywanie i przygotowania zajęły około 40 minut. Pojawili się znajomi z innych drużyn, wymienialiśmy uwagi na temat stopnia trudności trasy. Zresztą nie ma się co na ten temat rozpisywać – atmosfera jak zwykle sympatyczna.

O ile dobrze pamiętam wystartowaliśmy jako ostatnia grupa. Od razu ostro do przodu ruszył Staszek Radzik, co silniejsi dotrzymywali mu koła. Pod pierwszą górkę do głównej drogi dostałem lekkiej zadyszki, ale udał mi się utrzymać w grupie. Potem tempo nadal mocne, chyba po 10-12 km ostrzejsza górka, i tutaj już odpadłem zdecydowanie. Jeszcze Marek Zdanowicz, który miał jakieś kłopoty z łańcuchem próbował mobilizować mnie do szybszej jazdy, ale on również mi odjechał. Znam siebie, wiem, że w tym sezonie start zupełnie mi nie wychodzi. Tak było w Ustroniu, tak jest i teraz. Zaczynam nabierać tempa po około 60 km. Dlatego lubię długie wyścigi, bo nadrabiam wytrzymałością. Ale na przyszły sezon trzeba będzie popracować nad tym elementem… Potem dość długo jazda w pojedynkę, tu i ówdzie tworzyły się małe grupki, ale nie miały szans powodzenia ze względu na pofałdowaną trasę. Na szczęście było sucho i ciepło, tym razem aura dopisała. Zresztą malownicze tereny, którymi wiódł maraton pozwalały podziwiać piękne widoki. Szczególnie odcinek od Tarnawy, po wyjechaniu na grzbiet dawał możliwość kontemplacji piękna Beskidów. Jechałem swoje nie przejmując się specjalnie wynikiem.
Gdzieś po drodze doganiam kolegę z teamu – Pawła, z którym dobre kilka kilometrów wspinamy się pod górkę, a potem aż do bufetu jedziemy razem.
Przyznam, że nie za wiele już dzisiaj pamiętam z trasy. Może to, że na bufecie dostałem informację, że ten najtrudniejszy podjazd zacznie się gdzieś za 3-4 km. Zanim do niego dojechałem, pokonałem chyba najbardziej dziurawy odcinek drogi i ominąłem koparkę. Podjazd pokonywało mi się nieźle, minął mnie Grunwald, któremu starałem się aż do szczytu dotrzymywać kroku. Zwiał mi pod sam koniec, a w dół jechał tak szybko, że straciłem go z oczu, zanim zdążyłem się zorientować którędy mam jechać…
Los zetknął nas jeszcze pod koniec, ale o tym za moment.
Jeszcze gdzieś wcześniej, na podjeździe spotkałem Olę Młynek i Martę. Forza, Forza chciałoby się krzyczeć, ale dziewczyny tak dzielnie pokonywały wzniesienie, że poprzestałem na delikatniejszym pozdrowieniu.
Bardzo podobał mi się zjazd serpentynami, to było chyba w okolicy Tymowej. Zjeżdżałem tam z kolegą z mojej kategorii, i chyba wtedy już zrównałem się z Grunwaldem. Potem mój „rówieśnik” został na kolejnym podjeździe, a my w szyku dwójkowym zbliżaliśmy się do mety. Dobrze się złożyło, że we dwóch, bo akurat wypadł odcinek mocno pod wiatr i mogliśmy trochę odsapnąć „po zmianach”. To był gdzieś około 5 kilometrowy odcinek miedzy Lipnicami. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że wolimy góry niż jazdę pod wiatr, ale chyba nie było w tym nic specjalnie odkrywczego. Na kolejnym podjeździe nasz duet rozpadł się definitywnie, a ja już samotnie – no, może mknąłem to określenie trochę na wyrost – podążałem do mety na wiśnickim zamku. Kilka kilometrów przed metą złapał mnie deszcz, na szczęście nie tak zimny i natarczywy jak w Ustroniu. Jeszcze finałowy podjazd, który swoją sztywnością zaskoczył jadącego obok mnie zawodnika, i pozostało tylko wrócić do bazy na stadionie.
Tam przez urocze hostessy zostałem jeszcze obdarowany napojem energetycznym – chociaż sam ich widok wzbudzał zupełnie niezwyczajny przypływ energii – oraz batonikami z domieszką niegroźnego „koksu”. Absolutnie nienaganna kolorystyka w czerwonym odcieniu mimowolnie budziła skojarzenia z gorącą Hiszpanią. I równie gorąco polecam pomysł z hostessami innym organizatorom cyklu. To naprawdę motywuje do walki. Ja na Velo Carpathica w 2010 roku zdobyłem się nawet na 3. miejsce myśląc bez przerwy o uroczej organizatorce.
Jeszcze wręczenie medali i nagród. Słowa uznania dla Bikeholików, którzy wybawili koleżankę z teamu z kłopotów technicznych, być może poświęcając swoje miejsce na podium.
Jeszcze zamieniamy z organizatorami kilka słów gratulując trasy i sprawnej organizacji. Dowiadujemy się też z tej rozmowy, że zarówno miejscowe władze, jak i policja chętnie zgodziłyby się na start wspólny. Od strony organizacyjnej byliby to w stanie przygotować. Niestety, „beton” policyjny z Krakowa nie zezwolił na takie rozwiązanie tłumacząc się zaangażowaniem sił i środków w Euro 2012.
Cóż, amatorzy kolarstwa szosowego nie dysponują takimi argumentami, jak przedstawiciele polskiego piłko-biznesu utrzymującego żałosną reprezentację kopaczy…
Ale bądźmy dobrej myśli, może komendant wojewódzki też kiedyś wsiądzie na rower i załapie korbę do pedałowania…
Wynik – w granicach normy :88 na 149 startujących i 115 sklasyfikowanych (w tym 9 pań, z których 3 miały czas lepszy od mojego). Kategoria D – 8 na 15 startujących. Troszkę za połową stawki. Na dzisiaj takie jest moje miejsce w szyku… Z nadzieją na awans!
Paweł zaliczył drugi start w cyklu na miejscu 99. Stracił zaledwie 7 minut do mnie, gubiąc po drodze najpierw bidon, a potem koszyk…
Drużynowo – pozycja 10 na 14 zespołów. Jak na 2 startujących – da się wytrzymać.
Następny sprawdzian: Pętla Beskidzka. A przed nią wyjazd do Chorwacji z rowerem. Trening czyni mistrza.
Dodaj do ulubionych:
Lubię Wczytywanie…
Related
Przemku, chciałeś krzyczeć Forza?!;))) Walcz o wagę znacznie bardziej mi się podobało;) Dzięki Tobie naprawdę nabrałam motywacji…Szkoda, że Was w Bukowinie nie było…wiem, że to masówka itd…Ale trasa świetna, kolorowo od kolarzy, potem profesjonalne TdP, i finisz najlepszych…Emocje od rana do wieczora. A w pakiecie jeszcze 2.5 h w termach bukowińskich! Przemyślcie start za rok…I z Gliczarowem warto się zmierzyć…marylapersona.pl