Najpierw pod górkę, potem pod wiatr, potem czerwone światło – i jak zobaczyłem namalowane czerwoną farbą – 1 km, to mnie omal krew nie zalała koloru tej farby. Jeszcze kilometr? Kto to widział, żeby ciągać człowieka od rana po górach, zwodzić z najkrótszej drogi na jakieś dziurawe zadupia, zamiast uczciwym, szerokim asfaltem do celu prowadzić.A tu jeszcze kilometr dołożyli…
Nie, pomyślałem sobie, znowu dałem się nabrać. Jadę 300 km po to, żeby wyciskać z siebie ostatnie soki. Angażuje znajomych, żeby mi rower przywieźli. Tłukę się busem 5 godzin. Zostawiam nieutuloną w żalu żonę i dzieci, które jednakowoż odetchnęły z ulgą na wieść, że to ostatni weekendowy wybryk Męża i Ojca.
A tu taka nagroda – nie puchary, nie medale, tylko – chlust! Czerwoną farbą po oczach… W sumie pomyślałem: „ a co mi tam, jak w puszczonym do tyłu filmie zawrócę do porannego startu, zamieszam im w tym tendencyjnie napisanym programie do pomiaru czasu, który jeszcze ani razu nie zmierzył mi zwycięstwa!” Sam Einstein nie powstydzi się pętli czasu, który im zafunduję…
I rzeczywiście – stoję na starcie z ponad 70 innymi zawodnikami. Trochę zimno, ale sucho. Nastroje dobre, policja już gotowa. Startuje najpierw grupa giga – Ci co mają nierówno pod sufitem, prawie dwie setki w temperaturze około 15 st. Gdyby to jeszcze były dwie setki bliżej niezidentyfikowanego alkoholu, ale kilometrów? Po co im to? Na co? Chyba wskazana terapia grupowa.
Pięć minut później bardziej zrównoważona drużyna – mega. Tylko 125 km. Tylko…. Niektórzy z moich znajomych przesuwają przecinek o jedno miejsce w lewo i dopiero wtedy wychodzi im strawny dystans. Byle nie pod górę. A tu samych podjazdów pewnie tyle będzie.
Myślę, że zamiast policji powinien się tu pojawić ambulans z rosłymi pielęgniarzami i kompletem wybrakowanych kamizelek ze zbyt długimi rękawami. I wszyscy – wio! Kobierzyn, Tworki i co tam jeszcze w Polsce mamy…
Ponieważ jednak Policja dostała rozkaz, więc włączyła syrenę i… wystartowaliśmy. Szło ostro, chociaż na początek raczej płasko. Zmieniałem miejsce w peletonie, ale z reguły byłem gdzieś koło Bikeholików, których całe zastępy na czerwono tu i tam…. Wytrzymałem tempo do około 22 km. Już na pierwszym większym podjeździe puściłem koło, ale we trójkę dopadliśmy grupę na zjeździe. Ale następny podjazd pozbawił mnie złudzeń. Tu się kończą moje możliwości. Zdecydowanie odpadam.
Dlaczego? Bo mi korba nie trymuje z kasetą… I niby kręcę tak samo jak inni, a ci inni jadą szybciej. Muszę poczytać z fizyki o to chodzi. Bo z chemii już wiem. Źle rozpuszczony izotonik. To na pewno to. Gdyby był dobrze rozpuszczony, to bym gnał na pozycji lidera. Otwieram bidon i podejrzliwie przyglądam się zawartości. No jasne. Drobinki proszku blokują dostęp energodajnych substancji do układu krwionośnego. Odwrotność Armstronga. Anty-doping. Mikstura wysysa ze mnie siłę. Teraz już wiem, że nie warto się spieszyć. Spokojnie odpuszczam grupę. Mam winowajcę. A wystarczyło potrzepać szejkerem dwie minuty dłużej. I pudło pewne.
Za kolejnym zakrętem nikną ostatnie pośladki gigowców. Mniemam, że moje własne nie są na tyle atrakcyjne, żeby ktoś zechciał je podziwiać. Zostaję sam. Mozolnie wspinam się. Najpierw mija mnie pojedynczy szaleniec, który zachowuje się tak, jakby meta była tuż za rogiem. Mam wrażenie, że jedzie na dobrze wypasionym ścigaczu. Ten to pewnie szejkował całą noc. Mignął mi tak szybko, ze nawet nie skontrolowałem poprawności geometrii tylnego koła. Poczułem tylko, jak ogień z jego silników rakietowych osmalił mi twarz i to wszystko. Zapowiadały się nie lada atrakcje. Kolejna dwójka była wolniejsza. Pewnie dlatego, że nawzajem wyrywali sobie szejker podczas mieszania. Brak synchronizacji doprowadził do niezupełnego rozpuszczenia paskudnego proszku. Więc po równym dawałem za nimi radę. Ale znowu podjazd, i jakby przeszli w prędkość podświetlną.
No to by było na tyle, pomyślałem. Teraz mi zostaje jakieś 150 km samotnej jazdy. Pestka. Bułka z masłem. Łańcuch ze smarem. Sam chciałem. Chociaż rano głos rozsądku nieśmiało przebijał się przez zwoje mózgowe: „Zmień dystans, zmień dystans, zmniejsz dystans, ty kretynie jedź na mega!” Nawet uraczył mnie bólem głowy, który tępo przeszywał moją czaszkę.
Nie, powiedziałem. Giga i koniec. Żadnych kompromisów. Kompromis był w Rajczy. PO 110 km czułem się oszukany. Jak to już. Trochę ponad 3 godziny. To ja w kolejce po mięso za komuny dłużej stałem.
O kolejce już nie ma mowy, no chyba tej do odprawy celnej po stronie ukraińskiej. Ale tu o szczegóły trzeba pytać Ślimaka. Podobno groziło mu oczekiwanie do przyszłego sezonu RM. Zdołał przekonać celników, że jest niezbędnym dawcą danych i wrota wolności otwarły mu się na oścież.
Nagle znowu czuje za sobą oddechy. To zasadnicza grupka mega. Myślę, no za nimi to nie zdążę, ani chybi. Tymczasem w peletonie rozleniwienie, atmosfera towarzyska, luźne gadki, zmiany mało celowe. Jeszcze tylko brakuje grilla na kółkach i beczki z piwem. Podobno taka piknikowa atmosfera panowała też na Rajczy… Raz i drugi się wkurzyłem i wyszedłem na prowadzenie. Całą sforą wpadliśmy do Ustrzyk. Sąsiad na wieść o tym, że jadę giga skwitował uwagą, że tyle by mu się nie chciało siedzieć na rowerze. Jeden z kolegów ( sorry, ale nie pamiętam numerka) ciepnął bidonem na drugi koniec jezdni. Co jest? Czyżby profi? To też, ale on tu po prostu mieszka. Zaraz ktoś z rodzinki zaopiekuje się bidonem. Korzystam z okazji i pytam ile tego podjazdu jest. Gdzieś około 2.5 km. A potem kolejna przełęcz. Mniej więcej tyle samo. Znam tą drogę o tyle, że wracałem autobusem z Ustrzyk do Brzegów Górnych. Pamiętam, że bus strasznie sapał pod górę. Ciekawe czy bardziej ode mnie w tej chwili. Tym razem już definitywnie rozstaje się z większą zorganizowaną grupą kolarzy. Nie napieram, bo im zostało gdzieś około 70 km, a mnie prawie drugie tyle. Contador to ja nie jestem, nawet po wołowince. Ale gdy zaczynam wspinać się na drugą przełęcz budzi się we mnie impresjonista. Odsłaniają się piękne widoki, których ani samochodem ( za szybko), ani pieszo ( z kolei za wolno) nie można z taką intensywnością przeżywać. Wysiłek powoduje spotęgowanie wrażeń. Perspektywa robi się coraz szersza, a ja wjeżdżam w kadr jakiejś pani, która dość długo przymierzała się do ujęcia. Cóż widok tylnej szprychy w kadrze, albo lśniący SIDI na pierwszym planie znacznie zwiększą wartość artystyczną fotki… Jadę wyżej i wyżej. Z niedowierzaniem rozglądam się – czy gdziekolwiek na Ziemi jest piękniej niż tu, w Bieszczadach. U siebie, wśród bukowych i świerkowych lasów. Co mi tam wyścig, czuje się jak bohater „Samotności długodystansowca” , który podczas treningu maratońskiego przeżywa i przeżuwa niedoskonałości tego świata. A ja odwrotnie. Doskonałości.
Na przełęczy witają mnie oklaski i doping na zielono ubranych rowerzystów. Wiem, że przede mną długi zjazd do Wetliny, a potem w miarę płasko do Dołżycy, gdzie dystanse dzielą się.
Postój w bufecie dość długi. Banany, sypanie proszku, zalewanie wodą. Dobra i sprawna pomoc ze strony organizatorów. Dojeżdżają kolejni megowcy, tym razem w składzie koedukacyjnym. Wyłapuje jedynego rodzynka giga, który zresztą jest z mojej kategorii. Ruszamy wspólnie. Większa nadzieja na wspólne przetrwanie mocnego wiatru, który wieje nam w nos. Od Cisnej łatwiej, ale tam znowu będzie nieprzyjemny podjazd. Kolega, z którym jadę jest z Rzeszowa i dobrze zna trasę. Przekazał mi sporo informacji, za które jestem mu bardzo wdzięczny. Pierwszy podjazd idzie mi nieco lepiej, zostawiam Pawła z tyłu. Nie taki diabeł straszny, górka kończy się szybciej niż przypuszczałem. Teraz bardzo długi zjazd aż za Baligród, do miejscowości Mchawa . Tam z bufetem ( pełna samoobsługa) czeka Krzych Plamowski pełniąc równocześnie funkcję żywej strzałki sygnałowej. Jesteśmy gdzieś koło setki. Zabieram banana, dojeżdża Paweł. Ruszamy razem niewielką dolinką. Droga podnosi się najpierw łagodnie, potem zdecydowanie stromiej. Znowu się rozjeżdżamy, by po kilkuset metrach zjazdu nieprzyzwoicie dziurawym asfaltem połączyć nasze siły. Rozmawiamy o rowerach, nartach, słowem wszystkim co może łączyć ludzi podczas takiego maratonu. Sielanka się kończy. Kolejny egzamin to tzw. Gruszka, czyli podjazd między Tarnawą a Leskiem . Wysforowuje się do przodu. Nachylenie jest mniej groźne niż myślałem, nawet w rejonie 3 krzyży, które są świadkami naszej jazdy. Tam zakręt w lewo wyprowadza na prostą wiodąca na szczyt wzniesienia. Da się wytrzymać. Tempo nie jest szybkie, ale równomierne. Próbuje sobie wyobrazić jak dawała tu czadu czołówka, ( a może czadówka), ale chyba nie potrafię tego zrobić. Zjazd w kierunku Leska, koło stacji benzynowej na rondzie w prawo i włączam się w pokonywaną wczoraj busem drogę prowadząca z Sanoka do Ustrzyk. Ponownie odnajduje się topograficznie. Po pokonaniu Ryneczku i popełnieniu wykroczenia drogowego,( zgadnijcie jakiego?), znalazłem się na pofałdowanym odcinku prowadzącym w kierunku Ustrzyk.
Na 140 km kolejny bufet. Wsypuję resztkę „narkotyku” do bidonu i zalewam wodą. Przed mną jeszcze jeden podjazd w Ropience. Droga cały czas lekko w górę. W pewnej chwili miałem wrażenie, że zgubiłem drogę. Zbyt długo jechałem w kierunku przeciwnym do Ustrzyk. Ale przebiegły ten Krzysiek Plamowski. Wodzi nas jakimiś opłotkami, sobie tylko znanymi. Przypomina mi się zeszłoroczna Pętla Beskidzka. W Istebnej też wydawało się, że to kres zmagań. A najtrudniejsze było później…
Ropieńka liczy ok 1 km i ponad 130 metrów przewyższenia. Czuje się w nogach. To już 150 km. Ale ważne, że nie wieje!
Właściwie nie wiało. Dojeżdżam do głównej drogi w kierunku Krościenka i tu dopiero porządnie dostaje w dupę. Odcinki prostej lekko pod górkę wprost pod wiejący ze sporą siłą wiatr. Warunki samobójcze. Trzeba wymyślić szybko jakiś powód do przetrwania. Mam! Utrzymanie średniej 27 km/h. W tej chwili jest 26.8. Zacinam się w sobie i prawie nie patrząc na drogę kontroluję wskaźniki Garmina. Jakoś daję radę. Pięciokilometrowy odcinek o różnicy wzniesień 100 metrów pokonuję w 15 minut. Średnio 20 km/h. Potem 8 kilometrów w dół, z niewielkim wzniesieniem po drodze. Ani z mną, ani przede mną żywej duszy. Raz przechodnia z daleka biorę za zawodnika. Psychika powoli siada. To samo było dwa lata temu w Sanoku, kiedy ostatni, pofałdowany odcinek jechałem właściwie w półśnie.
Ciekawe zjawisko – odporność fizyczna jest, nogi kręcą, ale cały organizm krzyczy – dość! Najlepszy dowód, że tablice Brzegi Dolne zinterpretowałem jako Ustrzyki Dolne. Jednak nie jest źle. Ze 178 km zostało tylko 3300. Średnia 27,2. Sukces!
Ale o mały włos moje założenie bierze w łeb. Czerwone światło zagradza mi drogę. Przejeżdżam.
Na mecie jest 27 km/h. Wygrałem. Jestem piąty w kategorii.
Moje felicytacje! Moc wrażeń, ale się działo!;)))27,2…wof…\”Mniemam, że moje własne nie są na tyle atrakcyjne, żeby ktoś zechciał je podziwiać. Zostaję sam\” – czyli dlatego zawsze jestem na końcu! Mam złe pośladki!!!!;))))www.marylapersona.pl
Marta, zawsze z przyjemnością wracam do Twojego, niezmiernie kompaktowego i celnego komentarza! Nie wiem, dlaczego przez tyle lat się do niego nie odniosłem. Może dlatego, że bałem się o degradacje moich pośladków :). Ale nie jest źle! Pupa jeszcze daje radę na siodełku, chociaż już na takie ekscesy mnie raczej nie stać :).