Sezon kolarski powoli zbliża się do końca. Cykl Road Maraton w części indywidualnej już za mną. W najbliższym czasie przyjdzie pora na podsumowanie dokonań osobistych i drużynowych. Teraz jednak każda wolną i słoneczną chwilę warto wykorzystać na wycieczki „uzupełniające” i odwiedzanie nieznanych rejonów.
Od dawna już planowałem przejazd przez Kocierz., znaną przełęcz pomiędzy Andrychowem i Żywcem. Jednak na pełną pętlę, liczącą około 160 km zawsze brakowało czasu. Tym bardziej więc należało wykorzystać nadarzająca się okazję, a właściwie konieczność wizyty w beskidzkiej stolicy piwa. Upewniwszy się, że komunikacja publiczna oferuje podróż przez Katowice z jedną przesiadką, bez gwarancji sensownego czasu przejazdu, wzrok mój padł na Cannondale. Rower ciężko ostatnio pracował, w ciągu tygodnia „zaliczył” dwa maratony, ale nie widziałem przeciwwskazań wybrania się na kolejną trasę. Tym bardziej, że niegdyś zrobiłem rekonesans do Wieprza, czyli gdzieś do 50 km.
Pogoda zapowiadała się nieźle, jak zwykle plany wcześniejszego wyruszenia zostały pokrzyżowane przez niespodzianki dnia codziennego.
Tym razem wyjątkowo z niewielkim plecaczkiem wyruszam około 10.40. W plecaczku są spodnie i koszulka do przebrania na powrót, kanapka i aparat foto…
Świeci słonko, jest dość ciepło ( nieco ponad 20 st. C), na razie nie odczuwa się wiatru. Mimo wszystko jednak łapie wiatr w żagle i starą traperską trasą przez Tyniec i Skawinę podążam drogą Wielkiej Improwizacji w kierunku Brzeźnicy. Aż dziw, że zaledwie 3 dni po dość trudnej próbie w Bieszczadach nie odczuwam specjalnie zmęczenia. Niestety na drodze panuje spory ruch, suną ciężarówki, niektóre dość blisko mnie. Ich kierowcy są mocno wkurzeni, bo nie jadę na tyle wolno, żeby mnie bez problemu wyprzedzić, ale również nie na tyle szybko, żeby jechać za mną… Ale to ich problem, mogli wybrać autostradę.
Do Brzeźnicy przyzwoita średnia, nieco ponad 29 km/h. Plan podobny jak w Ustrzykach – utrzymanie 27 km na godz. Jak się potem okazało nierealne. Wiał mocny, południowy wiatr, halny, który nawet przy zjazdach nie pozwalał się rozpędzać. Kolejny etap do Tomic pokonuję już w tempie spacerowym, pilnując tylko, żeby w Żywcu zameldować się około 14.30. Tymczasem dostaje sms-a od Patryka: zebranie szkolne zamiast o 19 jest o 17. Czyli mam ok. 5 godzin, żeby dojechać do celu, pozałatwiać wszystko a potem wrócić. Mało prawdopodobne. Teraz mogę pocisnąć, ale nie wyobrażam sobie, że powrót samochodem może być komfortowy czasowo.
 |
| Gdzieś tam hen – Kocierz przede mną… |
Od Brzeźnicy piękny widokowo odcinek z dość męczącym, ale rozłożonym na dłuższym dystansie podjazdem. Nie szaleję, to koniec sezonu. Idzie raczej o „zaliczenie” tej trasy. Na 6 kilometrach „zdobywam” około 100 metrów. Jednak wiatr potęguje trudności, jazda w pojedynkę wymaga sporego wysiłku. W Witanowicach otwierają się piękne widoki na południe w kierunku Beskidów i na zachód w stronę podchrzanowskich lasów. Jest ciepło, około 20 st. Teraz zjazd do Tomic, które poznałem w zeszłym roku inaugurując z Marcinem sezon kolarski trasą przez Zator w odwrotnym kierunku.
 |
| Przed zjazdem do Tomic |
Zawsze ( czyli już po raz trzeci), jak tu jestem, to mi się kojarzy ta miejscowość z opowiadaniem Mrożka „Wesele w Atomicach”. Dlaczego? Po pierwsze primo to dziełko tak dalece zafascynowało mnie swoją oryginalnością, że do dzisiaj Mrożek należy do jednego z dwóch moich mistrzów literackich. PO drugie primo „Wesele” jest moim rówieśnikiem – powstało w 1959 i dorasta razem ze mną. A pewnie jesteście ciekawi, kto dzieli Panteon z krakowskim mistrzem satyry i dramatu? Mistrz reportażu – Ryszard Kapuściński. Nie oprę się przytoczenia anegdoty, która zbliża mnie do obu pisarzy. Otóż Mrożek studiował na krakowskiej ASP razem z bratem mojego Taty, wujkiem Jaśkiem. A jako, że Tato i Wujek byli do siebie bardzo podobni, Mrożek często kłaniał się Piotrowi zamiast Janowi. Tak to krakowski spleen i charm pośrednio dotknął i mnie… A Kapusta. Przyjechał do Olsztyna na warsztaty dziennikarskie i po oficjalnej części w węższym gronie spotkaliśmy się w niewielkim pokoiku akademickim. Popijając wódkę słuchaliśmy opowieści naszego mistrza o różnych perypetiach dziennikarskich. Człowiek o ujmującym głosie, niezwykłej sile przekazywania, spokoju, który wynikał chyba z wielości doświadczeń i balansowania na skraju życia. To był rok 1980. Początek „Solidarności”. Ech, dygresje, dygresje… chciałoby się pisać i pisać.
A tu dojeżdżam do Wieprza. Nie przystoi w Wieprzu gwarzyć o Cesarzu reportażu. Żeby nie robić Zatorów ( skręt w prawo) jadę do Andrychowa ( skręt w lewo). Tym razem zdecydowanie na południe i pod wiatr. Wraca wspomnienie Velo Carpathica. Tu mam przed sobą więcej, ale za sobą mniej. Taka rowerowa dialektyka. Dietetyka też mi się przypomniała i sięgnąłem po jedzonko w postaci płynu z bidonu.
Pamiętam z dojazdu do Rajczy, że w Andrychowie zamknięty most i trzeba objeżdżać. Liczę jednak, że rowerem jakoś przemknę. W końcu imię zobowiązuję. I rzeczywiście – doganiam jakiegoś gościa na rowerze i pytam, czy się da przejechać. Informuję go , że ja w kierunku Targanic. No proszę, on też. Więc targamy razem do nieczynnego mostu, przeciskamy się między pieszymi, a potem pa! On jedzie lokalnie, ja długodystansowo. Dziękuję mu i ruszam na spotkanie z losem. Los mnie wita lasem i informacją o 8% podjeździe.
Nie jest źle. Z profilu wynika, że z Kocierzy do Żywca już tylko w dół. Pnę się mozolnie ( rzeczywiście się tak piąłem, to nie tylko figura stylistyczna) zakręt za zakrętem, serpentyna za serpentyną. Z rzadka mija mnie samochód, a raz motocyklista na Harleyu…
Konstatuje, że taka jazda-podjazda sprawia mi niewypowiedzianą przyjemność. W związku z tym pominę moje wrażenia przeżywane aż do Przełęczy. Na szczycie komercyjna brama i potężny hotel z saunami, siłowniami i SPA. Robię zdjęcie i szybko SPAdam.
Okazuje się, że pośpiech niewskazany, bo po krótkim odcinku gładkiego szczęścia asfaltowego pojawiają się dziury. Widać remont ograniczył się do północnej strony. Na południe Unia już nie dała. Słusznie. Gdyby nie dziury na południu, to by kierowcy nie docenili północy. Myśleliby, że wszędzie ma być gładko i równo. A tu tymczasem….. no wiecie tego, niewypowiedziany rym.
Ładnie wyglądają domostwa w głębokiej dolince, która ukazuje się po lewej stronie. W ogóle jest ładnie, jesiennie i romantycznie. Lubię takie wyprawy na wariackich papierach. Sam sobie wynająłem rowerową taksówkę. Niewielki wysiłek, za darmo – a ile przyjemności.
Niestety przed Żywcem niemiła niespodzianka. Objazd – bo droga w remoncie. Mógłbym się pchać na żywca po wertepach, ale wolę objazdem. Ostro pod górę między domami, potem trochę płasko, lekki zjazd, znowu podjazd i… ląduję na skrzyżowaniu w centrum. Nie wiem gdzie jechać. Postanawiam skręcić w lewo, gdyż jakoś tak widzę ogólny kierunek do… cholera… do Wieprza. No tak, serwis Fiata, do którego jadę mieści się też w Wieprzu. Całkiem mi się świńska zrobiła ta jazda. Z Krakowa przez Wieprz numer 1, via Żywiec do Wieprza numer 2. Dobrze chociaż, że się w piątek nie wybrałem, bo to przecież dzień bezmięsny…
Zanim jednak dotarłem do celu, zrobiłem zygzak przez miasto. Na skrzyżowaniu należało jechać prosto. Nadłożyłem ok. 4-5 km. Korki straszne, ledwo się przecisnąłem na moim niewielkim dwuśladzie. Oj marnie widzę ten mój terminowy powrót do Krakowa. Ale na rowerze nie wrócę, nie zabiorę auta na plecy. No chyba, że hol… Holera, nie da rady. Na Pudziana nie wyglądam.
Rower wędruję do bagażnika, a ja z bólem serca siadam za kierownicą.
Ból uzasadniony: z Krakowa do Żywca na rowerze jechałem 3h39 minut, a z powrotem samochodem tylko 40 minut krócej.
Wnioski wyciągnijcie sami! I zacznijcie trenować! I mniej wieprzowiny…
PS. Na Rozotoczu w tym roku spływałem Wieprzem.
 |
| Czy ten Wieprz aby na pewno koszerny? |
Tylko patrzeć jak mi urośnie świński ryjek. Bo oczka już mam. Chrum, chrum…
Dodaj do ulubionych:
Lubię Wczytywanie…
Related