Można śmiało napisać, że dzisiejszy Mazurek Dąbrowskiego brzmiał wyjątkowo skocznie… Sporo lat czekaliśmy na tą chwilę. Jest ona ważna tym bardziej, że to nie przypadek spowodował sukces Kamila Stocha. Nie twierdzę, że Fortunie dopomogło w Sapporo jedynie nazwisko, ponieważ potem zdobył jeszcze na Wielkiej Krokwi Mistrzostwo Polski, jednak na tym skończyła się jego kariera.
Inne czasy, inny wymiar sukcesu.
Dzisiaj nie da się uprawiać sportu bez wsparcia wielkiego biznesu. Tak jak w przypadku skoczków. Nawet sponsor się idealnie kojarzy z tą dyscypliną. Na własny ( i Czytelników bloga) użytek wymyśliłem anegdotkę:
” Otóż do Zębu przyjeżdża przedstawiciel sponsora i pyta Kamila po góralsku: „Lotos?”. Na co Kamil odparł: „Lotom”. No i sponsorem została wymieniona już przeze mnie firma…
Wracając do Fortuny. Tak się szczęśliwie złożyło, że byłem wtedy z rodzicami na wczasach w Zakopanem i byłem świadkiem powitania złotego medalisty w siedzibie Rady Narodowej przy ul. Kościuszki. Nawet zachowały się w negatywach robione przeze mnie zdjęcia. Co to się wtedy nie działo. Wszystkie drzewa w okolicy były zapełnione ludźmi. Tłum stał wzdłuż jezdni. Na daszek nad wejściem do Urzędu wpakowało się mnóstwo kibiców, aż ich musiała milicja zganiać, bo groził zawaleniem. Huczne powitanie, przemówienia, i – cisza. Żadnych sensownych działań, propozycji. Fortuna stał się maskotką miejscowych notabli. Potem, podobnie zresztą jak Józef Łuszczek odsunięto go na bok. Jeździł taksówką, rozpił się – bo wszyscy chcieli wypić kielicha z mistrzem olimpijskim.
Takie to czasy były.
Pamiętam, że moja kuzynka – Magda miała chłopaka skoczka. Niestety nazwisko wyleciało mi z pamięci. Dawne czasy…
Potem z Igrzyskami Zimowymi kojarzy mi się jeszcze sytuacja, gdy na Równi Krupowej, w okolicy domu Juwentur wydzieraliśmy się na całe gardło: Sarajewooooo! To był rok 1984, dwanaście lat po złotym skoku Wojtka.
Ale sukcesów chyba tam nie odnosiliśmy.
Minąć musiało 30 lat…
To cóż, czekamy na kolejne złoto.
Dla zuchwałych.