Słowo recycling umieszczone w tytule posta w nieco zmienionej formie można interpretować dwojako. Albo jako korzystną utylizację mojej skromnej osoby na bazie aktywności fizycznej, albo powrót do kolarstwa szosowego po zimowej przerwie. Podkreślam – szosowego, bo krosowe uprawiałem przez cały ten czas. Spieszę również wyjaśnić, że określenie: zimowa przerwa ma charakter czysto umowny, ponieważ interpretowana dosłownie ograniczyłaby się do zaledwie kilku dni.
Po tak zawiłym i formalnie niedoskonałym wstępie, wyjaśniam co następuję:
Walentynkowy wieczór spędziłem na basenie na Kolnej. Pomysł był o tyle szczęśliwy, ze pływalnia świeciła pustkami. Miałem tor do dyspozycji na wyłączność. Jak zwykle, założony plan przewidywał przepłynięcie 30 długości basenu, w miarę możliwości bez odpoczynku i w dwóch turach. Pierwsza, dłuższa, rozgrzewkowo-aklimatyzacyjna, druga bardziej sprinterska.
Oczywiście spieszę donieść, że pływak ze mnie klasy zupełnie średniej, mój styl klasyczny tak się ma do klasyka mistrzów, jak Bednarek do Beethovena.
Pływanie poszło mi dobrze, tylko dwa razy byłem bliski utopienia się, ale widząc znudzoną minę ratownika odstąpiłem od tego zamiaru.
Na sobotę zaplanowałem jazdę na rowerze krosowym. Jednak zrobiło się sucho i ciepło.
Szybko przystosowałem mojego szosowego Cannondale do jazdy
i wyruszyłem na przejażdżkę ścieżką rowerową. Na początek, dla rozgrzewki podjechałem w kierunku Dębnik i Podgórza. Było nieźle, trochę przeszkadzał mi pozostawiony po zimce* (!) piasek. Rower jednak nie zawiódł, jazda na nim sprawiła mi wielką przyjemność. W końcu to jazda walentynkowa, tylko z jednodniowym opóźnieniem.
Na formę nie narzekałem, myślę, że to pozytywny wpływ pływania. Może wypłynę na tej fali? Wiatr nie wiał jakiś specjalnie mocny. Po początkowych, rozgrzewkowych kilometrach, utrzymywałem średnią na poziomie 30 km/h.
Mijałem sporo biegaczy, niemało było też rolkarzy i spacerowiczów. Przy torze kajakowym kilka okrążeń. Potem pomknąłem do Tyńca.

Miałem spory kłopot z uruchomieniem samowyzwalacza, a potem stwierdziłem, że brak mojej sylwetki na zdjęciu tylko przysporzy mi zwolenników.
Czy to z powodu Walentynek, czy też ślubnej okoliczności na tynieckim pomoście pojawiła się zmilitaryzowana para młoda. Pan miał na głowie czerwony beret, Pani welon.
Od razu mi do głowy przyszła fraszka;
„Wiele panien o to prosi,
by je brali komandosi!”
![]() |
| Sesja foto w Tyńcu |
Romantyczna scena z łabędziami w tle bardzo przypadła mi do gustu. Ale musiałem wracać, bo w domu czekał spragniony mojego towarzystwa Janek. Oraz korepetycje z narządów zmysłów. No i Patryk. Z nim z kolei miałem jechać zawieźć złom.
A wieczorem koncert Walentynkowy w Filharmonii. Muzyka kubańska na modłę chóralną. Czy podołam recenzji? Może tak, ale na pewno nie dzisiaj.
Idę kontemplować moje kolarskie złote medale.
Tylko nie wiem, czy mi się alkohol nie skończył.
Najwyżej skoczę do monopolowego.
Albo poproszę Kamila Stocha…
*wyjątkowo krótka zima

Ależ ja lubię Twoje pisanie! 😉 Ale że Bednarek głuchawy od urodzenia?! 😉 Ej, ale jego da się słuchać…
Wiem, gość jest spoko. Myślę, że oprócz słuchu ma poczucie humoru… PO raz kolejny dzięki za uznanie.