Cóż, w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że trzeba otwarcie przyznać się do błędów. Jak na spowiedzi, która zresztą nie bardzo mi wychodzi, podobnie, jak zadanie pokuty temu po drugiej stronie kratki…
Nie bardzo wiedziałem czy blog jest dobrym miejscem na prywatne, bądź co bądź, wyznania. W sumie jednak tajemnica szepnięta komuś poufnie, tak czy inaczej znajdzie swoje ujście wśród bliższych i dalszych znajomych. Tutaj Facebook ma wyraźną przewagę nad Maglem, bo można ustawić stopień rozpowszechniania wiadomości. W maglu jedyny możliwy status to: publiczny.
Dla niewtajemniczonych słówko wyjaśnienia, że magiel był w dobie bezpośredniej komunikacji interpersonalnej właściwie jedynym miejscem, gdzie można było zamieszczać posty. Dodam, że były to posty audio. Używanie tuszu do długopisów, czy też atramentu było wzbronione, gdyż w maglu prasowało się czystą bieliznę pościelową, ręczniki, obrusy itp… Taki post odsłuchiwali inni goście szacownego przybytku, i podawali dalej, rzecz jasna w odpowiednio zmodyfikowanej formie. Najwięcej zyskiwał ten, który do magla przyniósł całą furę prania. Bo czekał najdłużej.
Ponieważ z maglem byłby o późnej niedzielnej porze spory kłopot, pozostaje mi jednak forma, do której już od prawie dwóch miesięcy przywykłem. W przeciwieństwie do odbiorców.
Informacje przekazywane drogą telekomunikacyjną należały do rzadkości, ponieważ posiadaczy aparatów telefonicznych było drzewiej mniej, niż tych, którzy w tej chwili takowymi nie dysponują. A zdarzało się, że szybciej można było dotrzeć do adresata, niż doczekać się w kolejce na wolną budkę z telefonem.
Wracając do adremu, czyli bardziej po polsku – meritum. Nie spodziewam się, że moje wyznanie doprowadzi do towarzyskiej zapaści, karnawałowego bezładu i odwołania prezydentów Putina i Majchrowskiego. Szczególnie po tym, jak niejaki Tomasz Bach, przewodniczący MKOL wylał na putinową głowę wiadro rozgrzanej wazeliny podczas zakończenia Zimowych Igrzysk. Moim skromnym zdaniem zaraz po tej przemowie powinien ratować się fugą. I to niekoniecznie muzyczną.
To co za chwilę napiszę, może jednak spowodować spadki notowań na giełdzie, wykupowanie cukru i przesyłanie SOS-ów.
Bo ja chcę publicznie wyznać, że pożyczyłem z biblioteki ostatnio 3 książki. I nie dość, że pożyczyłem, to jedną już przeczytałem w całości, drugą w połowie. Trzeciej jeszcze nie zacząłem, bo autor jest na W jak Wharton, czyli to koniec alfabetu. Co prawda ta pierwsza jest autorstwa Wilde’a, ale ponieważ Oskar zwany był lordem Paradoksem, więc idąc tym trupem, zacząłem od niego. Dlaczego trupem, a nie tropem? Bo obydwa zawarte w książce opowiadania dotyczą zwłok. W pierwszym przypadku ginie ten, który śmierć wywróżył, a w drugim rozrabia duch, który zabił niesforną zonę. Na początku czyta się trochę trudno, zważywszy, że język jest nieco bardziej wyszukany niż współczesnych scenariuszy serialowych, ale potem idzie z górki. No bo jeżeli na szacownego, trzystuletniego bez mała ducha, amerykańskie bliźniaki, czyli synowie nowego właściciela angielskiego zamku Canterville, wylewają wiadro z wodą, to rzecz się ma zupełnie inaczej niż w klasycznym horrorze. I jeżeli duch, musi co i rusz pożyczać farb od córki właściciela, żeby odnawiać plamę z krwi, wywabianą amerykańskim specyfikiem, to człowiek aż się trzęsie, żeby dotrzeć do zakończenia…
Więc bardzo przepraszam za tego Wilda. Bardzo dziko przepraszam.
Nie wiem czy pisać dalej, bo to już wstyd jak diabli. Prawdziwy Kabarecik. Felietony Olgi Lipińskiej z lat 1993-2004. Tak mniej więcej. Lipińska od kuchni. Lipińska od święta. Lipińska rodzinna. Roztrzepana, zapominalska, nieobliczalna, rozrzutna, romantyczna. Mimo, że nie doczytałem do końca, to już wiem skąd u mnie felietony. To jest zespół chorobowy. Pisanie. A felietonów w szczególności. Ciężki przypadek. Zupełnie nieuleczalny. Choroba przez wiele lat może mieć postać utajoną. Nie warto z nią walczyć. Otoczenie musi się z tym pogodzić. Uspokoiła mnie ta książka, że nienormalnych i nieżyciowych jest więcej. No i tych, dla których książka droższa życia.
To może Whartona nie czytać? Ja będę trochę zdrowszy, a biblioteka poprawi statystykę. Czyli zrobi plan na 100%. A to wszędzie cel główny. Podobnie jak grzech.
To ja już więcej grzechów nie pamiętam. Bardzo mocno przepraszam i obiecuję, że kartę biblioteczną połamie i wyrzucę. I wezmę tableta na raty. Albo Trabanta na baty. Nie wiem. We łbie mi się od tego czytania pomieszało.
Ratunku! Muszę zgubić okulary.
Albo założyć magiel.
Z książkami.
Idę czytać.
Jednak.