Autorka: Iza S.
KILOMETR „0”
Przed Via Caffe tym razem spora grupa amatorów szprychowego szaleństwa. Jedni pija ozdobioną symbolami rowerowymi kawę, inni likwidują usterki, jeszcze inne przeglądają się w lusterkach. Jestem tu czwarty raz, a większości osób nie znam. Co prawda podchodzę do wszystkich i się przedstawiam, ale z moja pamięcią szanse marne, że cokolwiek zapamiętam… Trzeba wymyślić jakiś sposób, żeby zapamiętać imiona. Nie wiem, może zawieszki na kierownicę, bo identyfikatory to raczej marny pomysł. Podziurawią koszulki. No chyba, że Mirek K. będzie je osobiście przypinał.
Dzielimy się na dwie grupy – o powodach napisał Mirek w swoich relacjach – i wyruszamy przez Kraków. Stradom, Planty, wreszcie ulica Łokietka wyprowadza nas przez Tonie na przedmieścia.
![]() |
| Przed startem |
![]() |
| Oddech po premii górskiej |
Pierwsza górska premia. Nieoficjalna. Wyników nie podaje, żeby nie padł zarzut kumoterstwa. Poza tym to oczywiście zabawa, dla tych, którzy podjazdy uważają za najważniejszą część kolarstwa. Kluczowa część podjazdu miała długość ok. 1500 m. a przewyższenie| wyniosło 36 m. Zgodnie ze standardami Klubu czekamy na górce nieopodal przystanku na wszystkich uczestników. Za sprawą Gabrysi spotyka nas mała przygoda. Otóż Gabi zaczyna gorączkowo przeglądać plecaczek w poszukiwaniu telefonu. To taki odruch współczesnego człowieka. Przed laty poszukiwało się gorączkowo czynnej budki telefonicznej, w dodatku bez przyklejonego do niej godzinami rozmówcy. Świat się skurczył, ale problemy pozostały te same! Żeby pomóc roztargnionej koleżance proszę ja o podanie numeru. Puszczam sygnał, a wszyscy nasłuchują. Nic. Dziura w plecaczku sugeruje, że telefon zdematerializował się gdzieś po drodze. Nie! Jest! Leży spokojnie w pokrowcu nieopodal mnie. Uff! Skąd ja to znam. Tyle, ze u mnie dochodzą jeszcze okulary. Wzmocniony poczuciem solidarności z młodszym pokoleniem ruszam w dalszą trasę.
![]() |
| Kwietniowy Dół |
Ulicą Brzozową docieramy do Kwietniowego Dołu. Nazwa mi odpowiada, bo w kwietniu mam imieniny, a dół jest wtedy, gdy dostaję niewiele życzeń. Wcześniej usiłuję filmować rozpędzone kolarki i kolarzy, ale szybko rezygnuję z uwagi na wąski zakres migawki w moim aparacie. Po prostu mój Sony nie daje rady rejestrować podświetlnej prędkości. Ten szybki zjazd następuje po drugiej górskiej premii, na szczycie wzniesienia 362m.
![]() |
| Julia i kawałek pociętego przez zazdrośnika Romea |
Oczywiście sesja zdjęciowa w różnych pozach i konfiguracjach.
![]() |
| Źródło potasu |
Po popasie (potasie?) przejechaliśmy kawałek i zatrzymaliśmy się pod rozłozystym drzewem. Tutaj nastąpiły lody, piwo i inne wycieczkowe brewerie, jak piwny śmigus, zamówione do pucharka lody bez pucharka. Zdecydowanie jednak gwoździem programu było wystąpienie Mirka, który klarował nieuświadomionym założenia i cel istnienia Klubu 80 rowerów. W tym celu zostaliśmy odwołani z Izą z naszego bezpiecznego stanowiska na knajpianej ławce. Ale nawet nasze krnąbrne, niepokorne i przekorne charaktery musiały podporządkować się woli Szefa. Przemówienie jest ździebko przydługie, warto zapoznać się z zasadami przykuwania uwagi słuchaczy.
![]() |
| Słuchamy wyjaśnień Mirka |
I tu na marginesie kawał, jak to nauczyciel próbował wytłumaczyć uczniom co to jest globus. Skutek był taki, że klasa szalała i kompletnie ignorowała geografa. Poszedł więc poskarżyć się do dyrektora. Ten rzekł mu, że najpierw należy uczniów zainteresować, a potem przejścćdo wykładu zasadniczego. Wrócił z nauczycielem do klasy i krótko na wejściu rzucił :
– czołem jeb@&ki!.
Ucichło.
– Kto wie, jak założyć prezerwatywę na globus?
Zainteresował.
– A co to jest globus? – padło pytanie z sali.
We dwoje też dotarliśmy do ostatniej górskie premii najwyższej kategorii, zmęczeni, ale zadowoleni. Na przestrzeni 800 metrów pokonalismy różnicę wzniesień 77 metrów, co dało prawie 10% średniego nachylenia. Wielkie brawa dla Izy, która ostro dawała pod górę. W kilka minut później dotarł zasadniczy peleton, który wypchał rowery najstromszą , ale za to najkrótszą drogą. Byli ponoć tacy, którzy wyjechali – jeśli tak, to poproszę o personalia i twarde dowody tego wyczynu…
Nie zwiedzaliśmy Zamku z powodu kolejnego piktogramu, który stanął na naszej drodze. Przekreślony rower – o! Tego nam było za dużo.
W wariackim tempie zjechaliśmy do sklepu, gdzie nastąpiło uzupełnienie płynów i próba skonsumowania roweru Izy.
Jak na separatystów przystało znowu jechaliśmy sami, jak te sierotki. Wielokrotne próby połączenia się z grupą nie dawały rezultatu. Jeździliśmy tam i nazad jak poparzeni i nawet gorąca linia z Grzesiem S. nie pomogła. W końcu spotkaliśmy się pod Brama Krakowską. Pamiątkowe zdjęcie zwieńczyło ojcowsko-pieskoskalską część wyprawy.
![]() |
| Państwu już dziękujemy! |
Odwrót następował szybko, tym bardziej, że wokół nas gromadziły się groźne chmury, awizujące burzę kroplami deszczu.
Pędziłem raz na czoło, raz na tył grupy, jak ten mrówek po nocy poślubnej ze słonicą. A to regulowałem ruch, a to ścigałem się z Mirkiem Mwm – gigantem roweru, który przejeżdża naraz po 200 km. Szacun Panie Mirku…
Tranzytem mijamy kościół w Giebułtowie, koło którego rano klarowałem coś Izie dość głośno, nie bacząc na msze świętą. Swoją drogą zawsze dziwi mnie na wsiach widok ludzi rozsianych po przykościelnym parku, wspartych o murek, którzy jakby przyszli bardziej zlustrować innych mieszkańców niż zanosić modlitwy do Boga…
Już prawie do końca powtarzamy naszą trasę w odwrotnym kierunku. Tonie, Opolska. Grupa zaczyna się kurczyć, poszczególne osoby odłączają się do domów.
PS. Kilometry podawałem orientacyjnie korzystając ze śladu opublikowanego przez Izę, po odliczeniu jej dojazdu na pl. Wolnica. Dziękuję.
Dziękuje również wszystkim uczestnikom, bo wyjazd był naprawdę przedni. Świetny pomysł na zagospodarowanie wolnego dnia… do zobaczenia wkrótce.







Zrozumiałam, że jestem rowerową sierotą…