W powodzi zajęć codziennych, problemów i nadmiaru pasji różnorakich zagubiłem wspólne treningi na rowerze szosowym. Nigdy nie było ich zbyt wiele, przeważnie w małych – dwu, lub trzyosobowych grupkach. Ale tęsknota była tak wielka, że oderwałem się na 3 godziny od rzeczywistości i nawiedziłem miejsce startu OTR – Otwartych Treningów Rowerowych. Po drodze w Ando kupiłem zapasową dętkę, żeby nie kusić za bardzo losu. Pompka została w domu :). W róg Błoń nieopodal stadionu Cracovii dotarłem kwadrans za wcześnie, co dla mnie samego było wielkim zaskoczeniem. Nie dość na tym, miałem przy sobie wszelkie niezbędne akcesoria, a to: telefon z uruchomionym Endomondo, okulary przeciwsłoneczne, treningowe okulary korekcyjne i co mi się tam w kieszonkach koszulki zmieściło. Oczywiście, przy pierwszej próbie przepakowania połowa wyleciała mi na deptak.
Niestety zaraz po moim przybyciu grupa żeńsko-kolarska wyruszyła na swój uni-edukacyjny trening. Może logistycznie to słuszne, ale na pewno nie przydaje atrakcyjności męskim poczynaniom.
Staliśmy w gronie kilkunastu osób i słuchaliśmy mrożących krew w żyłach opowieści jednego z kolegów o operacjach, wypadkach i strzaskanych kaskach. Nawet o tym, że na zejście z 3. piętra wziął sobie 3 dni urlopu. Ktoś obok zmieniał przedwcześnie przebitą dętkę, a ja nie moglem zdecydować się czy ubrać bluzę, czy też nie. PO zmigrowaniu z cienia do słonecznej części punktu zbiórki postanowiłem pozostać w klubowej koszulce szosowanie.tk
O 17.35 wyruszyła pierwsza grupa, prowadzona przez Mateusza – z założenia szybsza. Przez wrodzoną sobie skromność dołączyłem do niej, mimo, że nie miałem ze sobą linki holowniczej. Po pewnym czasie wystartował zespół Adama…
Pierwszy podjazd był niewielki, wyłożoną kostką ulicą Zaścianek. Zgodnie z moimi obawami na bruku pod Diabelskim Mostem coś brzękło i rozleciał mi się koszyczek na bidon. Grupa zwiała, a ja jak niepyszny wtłoczyłem bidon do jednej z trzech kieszonek. Czułem się jak wielbłąd trzygarbny. Ponieważ kolejna ekipa nie nadjeżdżała, puściłem się w dół Malczewskiego, w nadzieji, że nie wszystko stracone.
Tak istotnie było, bo zjechaliśmy się ponownie na wale wiślanym.
Nie, wcale nie dlatego, że jestem taki szybki!. Po prostu czyjeś zdefektowane koło wymusiło postój.
Na wale wiało ( wymyśliłem nowe słowo – wiał wiślany!) w mordy niemożebnie, a najwięcej odczuwali to prowadzący. W locie jeden z kolegów zapinał mi torebkę podsiodłową, do której wcześniej w pośpiechu przełożyłem z kieszonki dętkę, żeby zrobić miejsce dla bidonu.
Na pierwszy, dłuższy podjazd udało mi się wjechać w czubie, i to było wszystko, na co było mnie dzisiaj stać. Potem potulnie trzymałem się tyłów, starając się nie puszczać koła poprzednika. W Czernichowie odważyłem się zaczerpnąć parę łyków wody z bidonu. Z ogromnym trudem umieściłem go z powrotem w kieszonce – kosztem pozostania kilkadziesiąt metrów za peletonem.
Skręt na Kłokoczyn i nierówna droga pomogły mi „dospawać” do grupy. Tempo, jak na moje aktualne możliwości było dość szybkie, i ani się spostrzegłem, jak dojechaliśmy do podjazdu w Kamieniu. Tutaj niestety różnica wieku i wytrenowania dała o sobie znać. Straciłem na podjeździe około 30 sekund, ale nie byłem ostatni.
Znowu skręt w lewo, w kierunku Mirowa i Brodeł. Mój ulubiony fragment w tej części, fajny zakręt w prawo między łąkami, a potem kilkaset metrów ładnego lasu.
W Brodłach trudniejszy topograficznie kawałek – gubimy jednego z uczestników. Jeden telefon i sytuacja się wyjaśnia. Wraca do Krakowa na własną rękę.
Robi się już dość chłodno, ale nie zakładam bluzy ze względu na podjazdy. Słońce jest dość nisko, ktoś pokazuje jak majestatycznie chyli się ku zachodowi. Przejechaliśmy około 40 km.
Czuję, że coraz trudniej dotrzymać tempa.
Za Brodłami piękny zjazd, nawet z 10% spadkiem, ale potem trzeba się wyspindrać boczną drogą do Sanki. Tu już jadę zdecydowanie swoim tempem, nie mam zamiaru się zarżnąć. Po drodze dość licznie mijamy klaskające i dopingujące nas dzieci. Mam wrażenie, że przed sukcesami Rafała Majki były to sporadyczne akcje. W pewnym momencie droga wspina się na południowy stok, z którego roztacza się przepiękny widok na pasma Beskidów… Dla tego widoku warto było tu przypedałować.
Grupa czeka na mnie w Rybnej, i wspólnie – oczywiście do pewnego momentu, zdobywamy skrzyżowanie przed Sanką. Jest to ostatni moment, kiedy jesteśmy razem. Jeszcze rozpędzam się, żeby poprowadzić grupę, a potem odpuszczam i informuję, że wracam samotnie do domu…
Zmniejszam prędkość, mając na uwadze, że jutro jestem umówiony na „dłuższe” rolki.
Przez Cholerzyn, Kryspinów i Piekary jadę na Kolną. Po drodze spotykam kolegę na Cannondale’u Evo, który podobnie jak ja odłączył się od peletonu OTR-owego. Ubieram bluzę. Rozstajemy się przy kładce obok autostrady.
Z toru kajakowego informuję sms-em żonę, że wracam niedługo i w zapadających ciemnościach melduję się w Pychowicach. Okazuje się, że pojechała na Błonia na rowerze. Taka Rodzina cyklistów. Mamy jeden samochód, za to kilka rowerów.
Łącznie z dojazdem mam 72 km, średnia niezła – 27,6 km/h, maksymalna prędkość – 70 km/h, przewyższenie- niespełna pół kilometra.
Uczestników potraktowałem anonimowo, ale po prostu nikogo nie znałem osobiście. Niech mi to będzie wybaczone, a jeśli ktoś znajdzie w tej niewielkiej relacji swoją sylwetkę, proszę o komentarz – dopiszę 🙂
Wyjazd był bardzo udany, choćby z tego powodu, że czuję teraz ogromne zapotrzebowanie na różne niezbędne do życia pierwiastki. No i mam ochotę coś skrobnąć, a to mi się przydarza tylko wtedy, kiedy jakieś wydarzenie ma walor inspirujący. I odrywa od codziennych zajęć, problemów i pozakolarskich zainteresowań.
Czego i Wam życzę,
wdzięczny Przemek 🙂


Lubię takie relacje z wycieczek rowerowych, aczkolwiek brakuje mi chociażby jednego zdjęcia 😉
Zdjęcie już są 🙂