Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Krótki dziennik podróży do Tatrów

Po ponad półrocznej przerwie ponownie zawitaliśmy w gościnnych progach sióstr Prezentek w Zakopanem.
Słoneczna pogoda zachęciła nas do odwiedzenia Butorowego Wierchu, którego zbocza przecina trasa wyciągu krzesełkowego. Tym razem jednak nie poszliśmy w stronę Gubałówki, ale w kierunku odwrotnym. Niebieski szlak wyprowadził nas na polanę, z której roztaczał się widok na Tatry. I tutaj oczom naszym ukazały się zapakowane w białą folie bele kiszonki. Z pejzażu podhalańskich łąk zniknęły już ostatecznie „ostrewki”, wokół których układało się tzw. „grabanki” czyli zebraną grabiami trawę. Ostrewka to po prostu gruby patyk, w który poprzecznie powtykano cieńsze, zaostrzone. Wszystko po to, żeby wszechwładny wiatr nie rozpędził z trudem zgromadzonego w kopki siana na cztery strony świata.

Z lewej Giewont, po prawej widok na masyw Kominiarskiego Wierchu ( Kominów Tylkowych)

Sam, będąc na obozie przysposobienia obronnego w Chochołowie, pracowałem przy sianokosach… Do dzisiaj pamiętam wąskie pasemka pól, wspaniały zapach wysuszonej trawy i smak zimnego piwa, którym raczył nas w upalne dni gospodarz. Pamiętam też uroczą letniczkę, Ecię. Pracowała razem z nami, a ja zadurzyłem się w niej bez pamięci. Pewnie dlatego, że siano było nie tylko na łąkach, ale też w mojej głowie. Miłość przetrwała kilka pocztówek. Siano do dzisiaj… Nigdy już potem nie spotkaliśmy się.
Jeszcze kilkadziesiąt minut spacerowaliśmy przez las w kierunku Witowa, ale nie napotkaliśmy na kolejną słoneczną polanę.
Kolacja była tak obfita, że wymagała spaceru, żeby żołądek wrócił do przyzwoitej objętości (obojętności).
Największe wrażenie wywołały na nas ustawione wzdłuż ulicy na palach jak malajskie chaty drzewiane budki. Dlaczego na palach? Bo grunt jest sporo poniżej poziomu ulicy, a budka musi mieć bezpośredni kontakt z zasobnym w gruby portfel turystą. Brawa dla architekta miejskiego za „klepnięcie” takiej prowizorki…
To taki kapitalistyczny styl zakopiański.
Żeby ponownie nie psuć oczu widokiem urbanistycznej degrengolady, następnego dnia wczesnym rankiem wybraliśmy się na Kalatówki.

O 6 było jeszcze ciemno, ale z każdą minutą światło dzienne wypierało poświatę księżyca. Wreszcie w Kuźnicach zrobiło się całkiem jasno.
Nie byliśmy tu ładnych parę lat, więc ze zdziwieniem dostrzegliśmy szkody zrobione przez zeszłoroczną wichurę. Zbocza ogołocone z drzew, połamane świerki – wszystko to w istotny sposób zmieniło krajobraz. Nie pozbawiło go jednak majestatu, który zawsze, gdy tu wracam, przygniata mnie swoją niewzruszonością.
To taki wieczny oddech gór, przy którym nasza miejska cywilizacja jest kaszlnięciem chorego na suchoty gru źlika.
Wystarczy choć przez chwilę omieść wzrokiem okoliczne szczyty, żeby poczuć w sobie niesamowitą moc. I niezależność. Od wszystkiego. Motoryzacji, komputeryzacji, wi-fi i innych wynalazków: pożytecznych, acz zaborczych.
Tutaj, w górach uśmiech nadal pozostaje uśmiechem, „dzień dobry” powiedziane na szlaku jest tylko pozdrowieniem, a rozmowa z przygodna osobą nie ma w sobie podtekstu wymiernej korzyści.

Schronisko na Kalatówkach

Taka refleksja, może przydługa, ale konieczna nasunęła mi się, gdy siedzieliśmy obok schroniska na Kalatówkach.
Tego samego, u którego stóp uczyłem się jeździć na nartach, pozostawiony przez Rodziców. Byłem może w 5 klasie i nie obawiali się, że przydarzy mi się coś złego. Jeździłem na wyrwirączce obsługiwanej przez niesamowicie opalonego gościa. Czasem zwoziłem zaczepy, za co miałem kilka jazd gratis. Wreszcie ruszałem do nartostrady z Goryczkowej, z obawą pokonując serpentynowy zakręt poniżej Kalatówek. Pamiętam, miałem narty tzw. „plastiki” ręcznie zrobione przez mojego wujka, który pracował w wytwórni nart u Zubka. Narty były czarne, na dziobie pyszniła się góralska parzenica, a pod spodem żółty ślizg. Luksusu dodawały im przykręcane krawędzie, którymi mogło się wtedy pochwalić niewiele egzemplarzy. Bezpiecznikowe wiązania „Kadra 2” dopełniały obrazu sprzętu z najwyższej ówczesnej półki, dostępnego dla ucznia szkoły podstawowej.
Spod schroniska idziemy jeszcze kilka minut w stronę Hali Kondratowej ( znowu fala wspomnień), ale brak czasu każe zawrócić nam do Kuźnic.
Na kamienistej drodze w pobliżu klasztoru sióstr Albertynek spotykamy zakonnicę. Wybiera się na Giewont lub Kasprowy Wierch, ale jeśli będzie mocno wiało, zawróci na ścieżkę pod Reglami.
Dokładnie 0 8.30 meldujemy się na poranny posiłek trochę zmęczeni, ale zadowoleni, że odbyliśmy zaplanowany wczoraj spacer. No i zrobiliśmy sobie miejsce na obfite śniadanie…
Około 15 wybieramy się do Krakowa. Powrót z przygodami. Z powodu ciężarówki, która zablokowała „zakopiankę” w Naprawie, objazd przez Mszanę, przed którą tworzy się gigantyczny 3 kilometrowy korek przed światłami. O ile w Skomielnej policja kieruję na objazd, o tyle w Mszanie na skrzyżowaniu nikt nie reguluje ruchu.
Na domiar złego zaczyna padać. Jestem kierowcą i muszę porządnie wytężać wzrok, żeby bezpiecznie dojechać do domu niesiony falą niedzielnych powrotów.
Mimo wszystko akumulatory porządnie naładowane. Duchowe i fizyczne. Można rozpocząć tydzień z nowymi postanowieniami. I powrotem do regularnego pisania bloga. Co najmniej do następnej wizyty u siostry Celiny w Zakopanem. W gościnnych progach sióstr Prezentek…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę