O Tatrach to ja mogę w kółko.
Paradoksalnie najwięcej chyba łaziłem po wprowadzeniu stanu wojennego. Należałem do szczęśliwców, którzy mieli w Zakopanem rodzinę. Dlaczego było to takie ważne? Ano przekroczenie granicy województwa krakowskiego, która przebiegała w Lubniu ( mniej więcej na wysokości dzisiejszego rozjazdu do Mszany Dolnej) wymagało posiadania specjalnego zezwolenia. A posiadanie rodziny było argumentem koronnym w niezbędnych staraniach. Konkretnie miałem opiekować się chorą ciocią Gabryjelą. A że robiłem to zdalnie, patrząc na Nią z gór…
Taką „bumagę” otrzymywało się przy ul. Łobzowskiej, w urzędzie miejskim, którego dokładnej nazwy nie pamiętam.
![]() |
| Tak wyglądała przepustka. Tyle, że moja była wydana na początku roku |
Zaopatrzony w przepustkę, jakoś w połowie stycznia 1981 roku, szczęśliwie „przekroczyłem” ową granicę pilnowaną przez patrol milicji i ZOMO. Część osób została z autobusu PKS wyproszona i ochoczo zabrała się do usuwania zasp śnieżnych…
Drugą przeszkodę należało pokonać przy ul. Kościuszki w Białym Domku. Wydawano tam pozwolenia na poruszanie się w strefie przygranicznej. Jedynie z takim zaświadczeniem dało się wyjechać na Kasprowy Wierch… I w ogóle poruszać po Tatrach.
Wagoniki puste czekały na pasażerów, co z normalną „miejscówkową” apokalipsą” zakrawało na cud. Zwykle po miejscówki do kolejki linowej trzeba było stanąć około 5 rano, żeby móc wyjechać o wczesnej godzinie.
O zimowych szusach może napiszę kiedy indziej.
Natomiast zapadła mi w pamięć wycieczka, podczas której postanowiłem przejść cały Wąwóz Kraków, aż po zachodnie zbocza Ciemniaka. Żółty szlak udostępnia niewielką część tego wąwozu. O tym, że można iść dalej dowiedziałem się z przedwojennego egzemplarza przewodnika Tadeusza Zwolińskiego, który opisywał szereg nieznakowanych tras tatrzańskich.
![]() |
| Przewodnik Zwolińskiego, który niestety „ulotnił się” z moich zbiorów |
Co ciekawe, większość wycieczek organizowałem samotnie. Jako urodzony indywidualista najlepiej czułem się we własnym towarzystwie, co nie znaczy, że stronię od wesołej kompanii.
Jak się okazało atrakcją zaplanowanej przeze mnie tury było pokonywanie kolejnych progów skalnych po specjalnie w tym celu ułożonych „ostrewkach” ( pisałem o nich w poprzednim poście). Były one układane dość dawno, a ponieważ szlak od wielu lat był nieczynny, więc przedstawiały opłakany widok. W górnej części wąwóz coraz bardziej się rozszerzał, a ja z przerażeniem i zdumieniem usłyszałem huk śmigłowcowych silników.
Wyobraźnia, podsycana obostrzeniami stanu wojennego podpowiadała mi sceny pościgu za niesfornym turystą, który być może przekrada się przez biegnącą grzbietem Czerwonych Wierchów granicę.
Strach nie był pozbawiony podstaw.
Znajdowałem się poza szlakiem, w strefie przygranicznej, w sąsiedztwie Czechosłowacji i to podczas stanu wojennego. Chociaż pewnie trudno było dostrzec ludzika z lecącego kilkaset metrów nad górami śmigłowca, to jednak ryzyko zawsze istniało.
![]() |
| Górna część Wąwozu Kraków fot. J.Opioła |
Do dzisiaj pamiętam, jak z duszą na ramieniu przekradałem się pomiędzy głazami, aż w końcu wyszedłem na grzbiet, którym przebiegał szlak. Wtedy odetchnąłem.
Ponieważ powrót nie był związany z jakimiś szczególnymi emocjami, wiec niewiele pamiętam z tej części wycieczki.
Tego dnia towarzyszyła mi słoneczna pogoda, ale już nie pomnę jaka była temperatura.
To było chyba lato 1981 roku, skończyłem III rok studiów, i o ile pamiętam przymierzałem się do urlopu dziekańskiego.
Był to też czas kiedy kupowałem i pochłaniałem literaturę tatrzańską, alpejską i himalajską, czego dowodem jest kilka półek moich biblioteczek rozsianych w różnych pomieszczeniach. Często książki o tematyce górskiej zdobywałem w drodze wymiany za przypadkiem kupione woluminy z dziedziny, która mnie kompletnie nie interesowała.
Myślę, że przy następnej okazji wrócę do pierwszej „poważnej” wycieczki w Tatry z moim Tatą. Wybraliśmy się wtedy na Małołączniak, a wyprawa miały luźny związek z często dzisiaj w Krakowie panującą aurą…


