Chyba łatwiej przejechać na rolkach 230 km, niż złożyć kilka składnych zdań na temat tego, co się wydarzyło.
Jako człowiek z gruntu przewrotny zacznę od końca. Świetnie dobrany termin sprawił, ze na Jasną Górę wjeżdżaliśmy jako jedyna grupa, co bardzo mi odpowiadało. Drugi wielki plus i przeżycie – msza święta w bezpośredniej bliskości cudownego obrazu. Uznanie dla ks. Jerzego, którego, mam nadzieję, że za jego zgodą będę nazywał po imieniu. Na pewno nie było łatwo to „załatwić”, tym bardziej, że „wtarabaniliśmy się” z plecakami i rolkami na niewielką przestrzeń, w części zajętą przez księży. Trochę kiepsko klęczało się po 3 dniach intensywnej jazdy, po drogach nie zawsze najlepszej jakości.
Trzy dni wcześniej. Wrocław godzina 6.30 rano…
Jako człowiek z gruntu przewrotny zacznę od końca. Świetnie dobrany termin sprawił, ze na Jasną Górę wjeżdżaliśmy jako jedyna grupa, co bardzo mi odpowiadało. Drugi wielki plus i przeżycie – msza święta w bezpośredniej bliskości cudownego obrazu. Uznanie dla ks. Jerzego, którego, mam nadzieję, że za jego zgodą będę nazywał po imieniu. Na pewno nie było łatwo to „załatwić”, tym bardziej, że „wtarabaniliśmy się” z plecakami i rolkami na niewielką przestrzeń, w części zajętą przez księży. Trochę kiepsko klęczało się po 3 dniach intensywnej jazdy, po drogach nie zawsze najlepszej jakości.
Trzy dni wcześniej. Wrocław godzina 6.30 rano…
Zaspani pielgrzymi-rolkarze meldują się u Pauli przy samochodzie Pilota. Rozpoznawanie znajomych z poprzedniej pielgrzymki.
Oddawanie bagażu do dużego busa, jeszcze kontrola bezpieczeństwa – no wiecie: kaski, ochraniacze, dokręcone kółka. Taki rolkarski check-in.
Msza święta w katedrze św. Jana Chrzciciela.
Jeszcze migawka wspomnieniowa z wczorajszego wieczoru – zaświatowy Latarnik, błędnie wzięty przez Olkę za kominiarza, rozświetlił nie tylko klimatyczne ulice Ostrowa Tumskiego, ale zapalił w naszych sercach wieczną lampkę miłości do Wrocławia. Już wiemy, ze tu wrócimy. Zresztą może i stąd nazwa Wrocław – od powrotów? Kto wie…
Oddawanie bagażu do dużego busa, jeszcze kontrola bezpieczeństwa – no wiecie: kaski, ochraniacze, dokręcone kółka. Taki rolkarski check-in.
Msza święta w katedrze św. Jana Chrzciciela.
Jeszcze migawka wspomnieniowa z wczorajszego wieczoru – zaświatowy Latarnik, błędnie wzięty przez Olkę za kominiarza, rozświetlił nie tylko klimatyczne ulice Ostrowa Tumskiego, ale zapalił w naszych sercach wieczną lampkę miłości do Wrocławia. Już wiemy, ze tu wrócimy. Zresztą może i stąd nazwa Wrocław – od powrotów? Kto wie…
Wieczór zapada, już noc niedaleko,
już gwiazdy migocą na niebie
i płynie z piosenką do ciebie
A wcześniej tego samego popołudnia prześmieszna sytuacja z wychodzeniem, żeby pośmigać. Rolki na nogach – deszcz. Rolki z nóg – sucho. Aura zabawiała się z nami bezpardonowo. Żeby odegnać złe duchy wypiliśmy po browarze w „Spiżu” i tak zaopatrzeni w talizman szczęścia ruszyliśmy na podbój Wrocka.
Migawka się zamyka.
Formalności załatwione.
Duchowo posilamy się podczas mszy świętej w katedrze św. Jana Chrzciciela
Pstryk. Kolejne ujęcie.
Pamiątkowe zdjęcie. Obowiązkowo grupowe.
I odlatujemy.
Prowadzi nas busik z dwuosobową załogą: Darek jako I pilot i Karolcia w charakterze radionawigatora i Dja. Poprzedza go Paula w niebieskim Seacie.
Mkną po szynach niebieskie tramwaje
przez wrocławskich ulic sto
Tu przechodnia uśmiechem witają dzieci,
i kwiaty, i każdy dom
Tramwaje już nie niebieskie, dzieci i kwiatów nie zauważyłem, ale nastroje wśród pątników świetne. Czujemy, że rozpoczynamy nową przygodę. 53 osobowa grupa mknie przez wrocławskie ulice w kierunku Kiełczowa, błędnie zinterpretowanego przeze mnie jako Kołczan.
No i tu zaczyna się kłopot. Postojów w czasie tych kilku dni sporo, moja pamięć operacyjna niewielka, więc trudno opisać wszystko co działo się podczas odpoczynków.
Migotają w głowie jakieś impresje – na przykład to, że jedyny cień, który znaleźliśmy w upalna sobotę roztaczał się pośród domniemanego barszczu Sosnowskiego. Ale perspektywa poparzenia przez tą niesympatyczną roślinę była na tyle odległa, że pozostaliśmy na miejscu nie bacząc na widmo toksycznych skutków obcowania z „aspożywczym” barszczem.
Na którymś z kolejnych postojów nakładamy sobie na twarze rozłożone skórki z banana. My to znaczy – Ania, Olka i ja.

W Szymankowie poczęstunek jak się patrzy – kanapki, arbuzy, napoje zimne, gorące. A na zakończenie zimny prysznic z węża ukrytego za parafialną świetlicą.
Co za rozkosz w ten upalny, słoneczny dzień. Co prawda tylko dwie osoby zdecydowały się na to wiejskie spa – Ola i autor, ale rumoru narobiliśmy za całą pielgrzymkę.
Uwadze ujść nie może ostatni popas, który konweniuje świetnie z poprzednim akapitem: kapitalnie wybrany przez organizatorów wczesnowieczorny obiad w Mokrej. Nie dość, że w tak ważnym dla polskiej historii miejscu zwycięskiej bitwy Wołyńskiej Brygady Kawalerii z przeważającymi siłami niemieckimi, to jeszcze posiłek tak obfity, że pokonanie go wymagało umiejętności taktycznych nie mniejszych, niż te wykazane przed prawie 80 laty przez polskie dowództwo. Rzecz jasna przy zachowaniu wszystkich proporcji, poczucia humoru i dystansu do własnej historii.

Setnie wytrzepało nas pielgrzymowanie polskimi drogami, ale ostatni dzień, to była prawdziwa uczta ( jeśli już mamy na tapecie skojarzenia gastronomiczne) dla steranych dziurami kółek. Gładkie asfalty, wręcz momentami specjalnie położone na cześć naszego przejazdu, dawały możliwość rozpędzenia się w ramach rozsądku…
Zaprawdę, powiadam Wam to była nagroda dla wszystkich za trudy poprzednich etapów. Zamiast na omijaniu dziur, można się było skupić na rozpamiętywaniu tego, co minęło.
Nie sposób nie wspomnieć o wspaniałej, chrześcijańskiej atmosferze wzajemnej pomocy. Siostry i bracia bieglejsi w rzemiośle rolkowania pomagali tym, którzy od niedawna zapałali uczuciem do 8 ( lub 6) kółek. Miło było patrzeć, jak choćby najlżejsza oznaka słabości jest dostrzegana. Czyniono tak, aby cała kolumna posuwała się w jednakowym tempie, aby te ponad pół setki dusz czuło się wspólnotą.
A jeśli już piszę o aspekcie religijnym, to warto napisać – last but not least, że bardzo podbudowywały – przynajmniej mnie, wszelkie modlitwy, od godzinek począwszy, na koronce do Bożego Miłosierdzia skończywszy. To naturalnie zasługa Księdza Przewodnika, który oprócz tego, że nadzorował logistykę, robił wspaniałe zdjęcia, to jeszcze niestrudzenie animował różaniec…
Te chwile skupienia, oderwania się od
![]() |
| Add caption |
rzeczywistości, przeniesienia w inny wymiar bardzo mi pomogły. Mam nadzieję, że nie tylko mnie.
A propos modlitw – nie chcę tutaj zamieszczać litanii podziekowań, bo nie temu tekst ma służyć, zresztą to, że dojechaliśmy wszyscy cali i zdrowi świadczy o poziomie organizacji. No może, dla zachowania równowagi wrzucę jeden Kamyk do ogródka organizatorów. Brakowało mi ciepłego posiłku o wcześniejszej porze. Jednak przy takim wysiłku trudno rolkuje się tylko o suchej kanapce, kabanosie i drożdżówce…
Uff. Jeszcze trudniej pisze się o suchym pysku. A przecież trzeba by napisać jeszcze o wszystkich, którzy wspierali nas po drodze, bez których nie mogło się udać przedsięwzięcie kilku szalonych osób związanych z wrocławskimi Salezjanami. I o szczytnym celu, który im przyświeca: budowie studni dla pozbawionych wody mieszkańców Czadu.
Wspierajmy to dzieło najmniejszymi nawet ofiarami, bo będzie to wyraz wdzięczności większy niż całe peany na temat pielgrzymki. Pamiętajmy, że chociaż pątniczy szlak został przemierzony, to w Afryce nadal po wodę trzeba chodzić wiele kilometrów…
Skróćmy ten dystans, tym samym wydłużając być może życie mieszkańców czadyjskiej wioski Toki.
Przemysław Józefczyk


