Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Medżugorie – miasto na granicy dwóch światów

Medżugorie – miasto na granicy dwóch światów

Jakie to światy zapytacie?
Trochę za wcześnie na odpowiedź. Ale będzie – na pewno. Kilka ( nie daj Boże kilkanaście) akapitów dalej. Ale… proszę nie przewijać ekranu. Bo wszystko ma swoją kolej.
My akurat nie dostaliśmy się do Medżugorie koleją, ale dwoma busami. W sumie 16 osób. W Oplu Vivaro jechało 8 osób, tyleż samo w Peżocie. Nie robię personalnej buchalterii, skład osobowy nie jest bardzo istotny. Dość, że rozrzut wiekowy mniej więcej 60 lat z uwzględnieniem wszystkich generacji. A wyjazd wymyślili i przeprowadzili księża Adam i Paweł – salezjanie, sportowcy i podróżnicy. Obydwaj też kierowali przez 90% czasu  pojazdami.
Godne szacunku i podziwu.

 
Przed granicą chorwacko-bośniacką


Godzi się dodać, że wyjazd miał charakter rekreacyjno-religijny. A może odwrotnie? Nikt proporcji nie ustalał, a raczej każdy je dostosowywał do swoich potrzeb.  Pretekstem  był doroczny festiwal młodzieży, który w Medżugorie odbywał się już po raz 28. A poza nim w planie było kąpanie w Adriatyku, zwiedzanie Mostaru i wodospadów Kravica.

Z przerażeniem patrzę na zeszyt pełen notatek. Ponad 20 stron dość gęsto zapisanych.
Człowieku!!!. Postukaj się w głowę. Nie ma szans, żeby ktoś to przeczytał. Za dużo.

Ale co mi tam. Zacytuję to i owo:
 
„30.07
Przygotowania do wyjazdu. Temp. 34 st. Przedsmak Bośni. Żar leje się z nieba.
Jesteśmy praktycznie spakowani. Dwie większe torby, dwie małe, foto, statyw i rolki.
Zabieram ładowarki, baterie, kabelki, karty pamięci. Tak na oko wszystko gotowe. Jedynie brakuje mi okularów przeciwsłonecznych.
Zgromadziłem na dodatkowej karcie bibliotekę muzyczną.
 
 
 
Dowód moich literackich przewin
 
Z Bielska do Żywca prowadzi nas droga ekspresowa, która kończy się w Węgierskiej Górce. Mijamy Milówkę i znowu ekspresowo dojeżdżamy do Zwardonia. Kiedyś była tu granica i dojeżdżał pociąg. Ale to zamierzchłe czasy. Tymczasem ku zaskoczeniu ks. Adama i mojemu po słowackiej stronie wita nas zupełnie nowy odcinek drogi śmiało poprowadzony dwoma tunelami i częściowo estakadą. Omija starą i niewygodną drogę przez Skworciniec. Tym samym nadrabiamy jadąc przez Słowację około pół godziny, by stracić je  potem w kolejce po matricę, czyli węgierską winietę uprawniającą do poruszania się po autostradach. Budynki dawnej granicy słowacko-węgierskiej robią ponure wrażenie. Jest sporo różnych budek, ale brak wc. Nawet o porządne krzaki trudno. Winietka nabyta – czas ruszać dalej.
Cały czas asystuję kierowcy, zabawiam go rozmową i dokarmiam. Sam czuję się dobrze, pierwszy kryzys przeżyłem przed 23. Reszta pasażerów smacznie śpi. Kolejny raz bierze mnie senność już po wschodzie słońca, po minięciu granicy chorwackiej. O 5.06 robi się świt. Jesteśmy w okolicy Letenye. Jakieś 40-50 km przed tą miejscowością na moment gubimy drogę, zawracamy tak, żeby ominąć Słowenię.”
 
Niestety, w podróży nie robiłem zdjęć.
Trochę z powodu nocy, a trochę dlatego, że upchnąłem aparat fotograficzny gdzieś między bagażami.
Ale wyobraźcie sobie, że jedziecie polami. Jest ciemno. I nagle nieco z tyłu, po prawej stronie gwałtownie robi się jasno. Słońca jeszcze nie widać. Nie ma szarości. Jest dzień. Popatrzyliśmy po sobie z kierowcą zdumieni, że tak nagle stała się światłość… Aż po horyzont widać pola. Płasko. Zdjęcie w dwóch wymiarach. 2D.
Znowu notes ( to jednak fajna rzecz, taki klasyczny, kartkowy zeszyt z całkowicie analogowymi zapiskami):
Połowa drogi za nami. Na granicy kolejek nie ma. Teraz już aż do celu autostrada – bierzemy ticket. Po pewnym czasie postój, jeszcze przed Zagrzebiem. Tankujemy tyle, żeby dotrzeć do celu. Paliwo jest droższe niż w Bośni. Przerwa przedłuża się. Adam i Paweł piją kawę.”
 
 
Już rozumiem dlaczego Matylda siedziała opatulona w kaptur.

Puszczam do przodu Matyldę i Stacha. Sam usadawiam się pomiędzy Sabiną i Zosią. Zimny nawiew z klimatyzacji daje się rzeczywiście we znaki. Już rozumiem dlaczego Matylda siedziała opatulona w kaptur. Zresztą ciekawe, że przez jakiś czas nad ranem, na Węgrzech było koło 17 stopni.

Zakładam słuchawki

i przez dłuższy czas słucham muzyki odizolowany od świata zewnętrznego. Brak konieczności podtrzymywania rozmowy z kierowcą powoduje, że odpływam w niebyt. Z przodu toczy się urywana rozmowa, za mną Patryk i Danka drzemią z półprzymkniętymi powiekami. 

Mijają kolejne godziny podróży. Zmęczenie nie pozwala w pełni podziwiać uroków chorwackiego krajobrazu. Śmiało poprowadzona autostrada przebija się przez kolejne pasma górskie. Łączna długość chorwackich autostrad wynosi około 1300 km i trudno sobie wyobrazić jakiś większy ruch turystyczny bez tego rodzaju szybkiego sposobu przemieszczania się. Na początku lat 90 było ich około 300 km, i to głównie w północnej części kraju. Co ważne, są stosunkowo tanie. Przejechanie odcinka z Bośni do granicy węgierskiej to w przypadku samochodu osobowego koszt około 30 euro. Chyba, że  wysokość busa  przekracza 1m 90 cm, wtedy jest drożej o około 30%.
 
 
Pozwalam sobie na te dywagacje, bo do tej pory wszystko układało się bardzo dobrze. Ale ostatnie 30 km, to prawdziwy koszmar. Najpierw kolejka do bramek autostradowych, potem do granicy po stronie chorwackiej, następnie do kontroli bośniackiej. I wreszcie opłata za odcinek lokalny. Równowartość 5 zł, ale odstać swoje trzeba. W dodatku w okolicach chłodnicy słychać jakiś niepokojący warkot. Tak jakby się coś odkręciło. Z niesprawną chłodnicą absolutnie nie będzie można jechać, ponieważ panuje temperatura 43 st.,  Modlimy się, żeby nie nastąpiła żadna awaria!.
No cóż, są tacy, co pomstują na UE,
ale tutaj widać jak w soczewce o ile życie trudniejsze jest z granicami. 
Ostatnie kilometry przed celem to drogi trochę gorszej jakości. Wreszcie Medżugorie. UFFF. 18 godzin. Brawa dla kierowców. Bez zmienników przejechali ponad 1300 km. Co prawda spali przed podróżą, ale to jednak kolosalny wysiłek i jeszcze większa odpowiedzialność.

 

Mario w otoczeniu dóbr wszelakich, które sprzedaje pielgrzymom. 
Na miejscu wita nas Mario, właściciel 5 hoteli, pracowity i sympatyczny pan w średnim wieku. Jak mówi ks. Adam, Mario jest osoba wierzącą i do swoich gości podchodzi nie tylko biznesowo… Wysoki, uśmiechnięty, łysawy jegomość pokazuje nam miejsce zakwaterowania. 
Pensjonat „Hercegowina” wyposażony jest skromnie, ale wystarczająco. W pokoju szafa z jedną półką, dwa nocne stoliki, dwa łóżka. I serce pomieszczenia – klimatyzator z pilotem.
Możemy używać go w ramach opłaty, co nie należy do miejscowego zwyczaju. Zwykle dopłaca się do tej usługi… Łazienka, niewielka szafeczka, kibelek i kabina prysznicowa. Ciepła woda pochodzi z pieca gazowego zlokalizowanego w suterenie. Wejście i hall wyłożone czymś w rodzaju marmuru. W pokojach panele. Każdy dysponuje balkonem. Bez szału, ale nam naprawdę to wystarcza.
Na parterze jest 7 pokojów, w tym 3 dwuosobowe. W sumie 18 miejsc.
Ile na pierwszym piętrze – nie wiem. Tam lokuje się załoga Peżota i księża.
 
Obiad umówiony na 16.30
 
Kapuśniak w miarę. Na drugie baranina. Poza tym smażone ziemniaki, bakłażany i sałatka z białej kapusty. Wszystko to smaczne, aczkolwiek mięso jak na mój gust trochę przyciężkawe. Wszystko utopione w oliwie.
Zdecydowanym hitem jest   białe, wytrawne wino, o głębokim, przyjemnym dla zmysłów smaku. Nie jest ani kwaśne, ani cierpkie, ma jednak w sobie bardzo wytrawną nutę, która znakomicie neutralizuje mięso.
Wisienką na torcie, a właściwie gwoździem do kalorycznej trumny są lodowe rożki, które rozpaczliwie szukają sobie miejsca w zakamarkach żołądka.
Deser powoduje, że po powrocie do pokoju trwam w półjawie, półśnie.

Odpuszczam obrządki o 18, obiecuję żonie, że pojawię się na mszy godzinę później.
Jestem minutę po 19. Sam kościół św. Jakuba jest dość niepozorny, właściwie wyróżniają go tylko dwie wieże. Wchodzę do środka. Nie ma przy ołtarzu księdza, co oznacza, że celebra odbywa się na zewnątrz.
Amfiteatr przed ołtarzem polowym pełen ludzi. Krążę po placu cykając fotki. Dobra pora na zdjęcia. Chmury oświetlane przez zachodzące słońce dodają kolorytu całej scenerii.
Komunia, ustawiają się długie rzędy wiernych.
Dostrzegam Zosie i Dankę. Dołączam do nich i wspólnie uczestniczymy w uwielbieniu. Robi się chłodniej.
Skrótem, obok campingu, wracamy do domu.
Pierwszy, jakże długi dzień, za nami. Muszę chyba pisać bardziej skrótowo, bo w rezultacie braknie w necie miejsca…
 
 
 
To be continued, albo jak kto woli ciąg dalszy nastąpi

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę