Środa 2.08.2017
Ostatni post kończył się objawieniami, to i ten też należy tak zacząć.
Rano objawia mi się Zosia. Wybiera się z Daną na Górę Objawień. I chcę, żebym ja się też wybrał. Odmawiam. Lubię realizować moje pomysły, a ten jest narzucony. Ponownie zapadam w sen. Żona wraca przed 8. Ale jak wynika z rozmowy, nie była świadkiem objawień. Duży tłum ludzi, oczekiwanie i nic się nie wydarzyło. Ale być może zbyt wcześnie zrezygnowała.
Każdego drugiego dnia miesiąca ( a także 18), Miriana Dragocevic-Soldo, otrzymuje od matki Boskiej orędzie. Zwykle towarzyszy jej tysiące pielgrzymów, w skupieniu oczekujących na objawienie. Zresztą „system” objawień jest dość skomplikowany i pewnie dlatego nadal Kościół próbuje zbadać ich wiarygodność. Jak na razie nie zostały one oficjalnie zaakceptowane.
Ale mała wioska, jaką było Medżugorie w 1981 roku, bardzo na tych wydarzeniach korzysta. Można śmiało powiedzieć, że zamieniła się w sanktuaryjny kurort z siecią hoteli, pensjonatów, restauracji, kawiarni i sklepów z pamiątkami. To jest właśnie to drugie Medżugorie, usługowe, które czerpie zyski z pędu pielgrzymów do odwiedzenia tego, skądinąd urokliwie położonego, miasteczka. Prawdę mówiąc niewiele różni sie ono od Lourdes czy Częstochowy. Stara, zbudowana z kamiennych domków część, stanowi już niewielki jego procent. Jest bardzo piękna, poprzecinana winnicami i wąskimi dróżkami. Warto zatopić się w te uliczki, odwiedzić leżący na uboczu cmentarz, odpocząć od zgiełku tego niezwykłego kultu religijnego, jakim są objawienia.

Natomiast Danusia zaginęła w akcji. Nie przychodzi na śniadanie. Spotykamy ją dużo póżniej, właściwie wpadamy na siebie przy wejściu do Kościoła św. Jakuba. Jest zmęczona i głodna, ale postanawia zostać z nami.
Sadowimy się wewnątrz, po lewej stronie ołtarza, przy bocznym wejściu.
Słuchamy świadectw.
Szwajcarski ksiądz opowiada, że pierwszy sygnał powołania otrzymał podczas pobytu w Medżugorie mając 16 lat. Ale dopiero po 14 latach zdecydował się na kapłaństwo.
Ciekawe wystąpienie.
Dużo porównań górskich. Ksiądz pochodzi z Davos, mówił o Zermatt, Matterhornie – miejscach znanych każdemu alpiniście, ale też i każdemu, kto pasjonował się historią tego sportu. Dobrze pamiętam z jakim przejęciem czytałem książkę francuskiego alpinisty, Gastona Rebbuffaut – „Gwiazdy i burze”. Opowiadał w niej o swoich wspinaczkowych przygodach. Próbuję wydobyć z mojego przepastnego księgozbioru tę książkę. Jest „Człowiek Ptak” Leo Valentina, jest „Pilot alpejskich lodowców” Hermana Geigera, ale Francuz gdzieś się schował na półce ( lub w kartonie – niestety). Nie doznałem olśnienia i nie znalazłem go.
Ksiądz z pewną nutą zazdrości mówił o obecności Maryji w diecezjach austriackich i braku Boga w Szwajcarii. Cóż, pomyślałem sobie, tam gdzie bogactwo i pieniądze, Bogu trudno znaleźć sobie jakiś kącik…
Nie pamietam jak miał Szwajcar na imię, a nie bardzo chcę mi się gmerać po necie. Mimo, że w notesie mam zapisek: „Muszę coś wiedzieć o nim”.
Zresztą nie ma już czasu, bo po krótkim, i moim zdaniem zupełnie beznadziejnym występie siostry Letycji, która swoje nudnawe świadectwo zakończyła równie nudną piosenką, nadchodzi czas kolejnych wystąpień. Co do siotry Letycji, to oczywiście moja subiektywna opinia, nie wszyscy są tego samego zdania. No, ale blog jest mój, więc sam sobie udzielam dyspensy.
Rebeka, którą przez pomyłkę zapowiedziano jako Elizabeth, śpiewa „You make me new”. Również świadectwo muzyczne, trochę w stylu folk, mnie kojarzy się z duetem Simon i Garfunkel.
Wybija dwunasta i pora na Anioł Pański.
A po nim jeszcze zespół Rebeki, którego wokalista ma głos wypisz, wymaluj jak Paul Simon. Tylko czekam jak wybrzmi „Sound of Silence”. Tymczasem dość jestem blisko, bo grupa śpiewa „Love silence”.
I jeszcze didaskalia: przede mną siedzą dwie kobiety z Afryki, prawdopodobnie francuskojęzyczne. Mają te swoje super włoski – baranki.
Sjesta.
Chłodzimy się w klimatyzowanych pokojach. O 15 z sąsiedniego pokoju dobiega Koronka do Bożego Miłosierdzia wykonywana przy gitarze.
16.30 obiad.
Łykowata baranina – jak to można w ogóle jeść, trochę ziemniaków. Zupa gulaszowa – najsmaczniejsza do tej pory. Oczywiście kolejność podawania jest odwrotna, ale duże ilości białego wina, spożytego do obiadu, zacierają chronologię wydarzeń.
Ogólnie jest dość tłusto, na bazie oliwy. Zdecydowanie kuchnia nie dla jarsko-warzywnego Przemka. Tutaj króluje baranina i kurica.
Na deser ciężkie ciasto. Ale zjadam dwa kawałki – swój i Patryka. Danusia opowiada o objawieniach, które poprzedzone ciszą trwały kilka minut.
( Czyli jednak Zosia zbyt wcześnie zrezygnowała). Zdarzyło się i tym razem, że były osoby krzyczące, jakby nawiedzone. Danusia mówi o tym, że zostały „zaproszone” ( w sensie przywiedzione tutaj mocą boską, żeby doznać oczyszczenia). Ks. Adam chyba nie rozumie intencji Danki, pojmuje jej słowa w sensie dosłownym, nie metafizycznym, i mówi, że chyba tych krzyczących nikt na Górę Objawień nie zparaszał. Nieporozumienie nie zostaje wyjaśnione, zresztą chyba tylko ja zwróciłem uwagę na tą wymianę zdań. Ale nie zabieram głosu, moje zaangażowanie oceniam dość nisko, tym bardziej, że na przedmiocie rozmowy za bardzo się nie znam.
Rano Zosia powiedziała mi, że ks. Dawid, który jeszcze jako kleryk prowadził w Pychowickiej parafii scholę, zrezygnował z kapłaństwa.
Nikt tego oficjalnie nie potwierdził, jak zwykle w takich przypadkach osoby kompetentne nabierają wody w usta. Na temat innego księdza z Pychowic, którego w parafii w Sidzinie oskarżono o molestowanie dziewczynki też cisza. Żaden komunikat nie ujrzał światła dziennego. Bo po co i na co? Wszelkie skazy i pękniecia trzeba tuszować.
Ciągną się za mną te salezjańskie grzeszki, oj ciągną. Wiele lat temu sprawa salezjanina, księdza Kazika była jedną z tych, za które właściciel radia Alfa, Jaworski, zwolnił mnie dyscyplinarnie.
Ależ mi się zrobiła długawa dygresja.
Wracajmy do Bośni, a właściwie na plac przed kościołem.
Na zewnątrz ( na polu? na dworze?) potworny upał. 42 stopnie Celsjusza.
Tłum na placu gęstnieje, nieprzerwanie suną sznury pielgrzymów wypełniajace każdą wolną przestrzeń. Przeciskają się obok rozstawionego statywu, z którego cykam zdjęcia portretowe.
Ludzi coraz więcej, zamiast się ochładzać ku zachodowi słońca, robi się coraz goręcej. Czuję jakiś dziwny niepokój. Duże skupiska ludzkie nigdy nie były moim żywiołem.
Patryk przeniósł się wcześniej w bardziej przewiewne miejsce, a ja podejmuję decyzję o powrocie do domu jakieś pół godziny przed rozpoczeciem mszy.
Mam dziwne uczucie, że całe to powietrze runie na mnie popychane rozmodlonym, odrealnionym tłumem.
Po wyjściu ze „świętego” obszaru czuje dużą ulgę.
W pokoju włączam klimę, uzupełniam zapas wody w organiźmie, a w notesie zapiski. Jestem na bieżąco. Chociaż nie – przecież opuściłem nabożeństwo i uwielbienie. Czyli jednak trochę do tyłu.
Dodaj do ulubionych:
Lubię Wczytywanie…
Related