Muszę odpocząć od pisania.
Tak zakończyłem poprzedni post o Medżugoriu. Sporo tego było, ale też wrażeń dużo. Najwyższa pora, żeby Ci, którzy wytrwali w lekturze do dzisiaj, też odpoczęli. Czasy nie sprzyjają czytaniu. Jesteśmy zagonieni, liczymy na szybki przekaz, jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby wgłebiać się w słowo drukowane. A właściwie wyświetlane w przypadku blogów.
A propos czytania. Nocował u mnie kolega. Zobaczył moją bibliotekę i zapytał:
„-Ty to wszytko przeczytałeś?
– Prawie wszystko. A niektóre książki po kilka razy.
Pokręcił głową. Chyba bardziej z niedowierzaniem, niż uznaniem.
– Bo ja kiedyś zacząłem czytać taką lekturę „Wielka, większa i największa” i zupełnie mi nie podeszła. Kompletnie nie było wiadomo o co chodzi.
– Znam to. To książka Jerzego Broszkiewicza, krakowskiego literata. Bardzo ją lubię. To taka niezwykła fantastyka, nie na miarę Lema, ale wciągająca. Stary samochód, stojący na podwórku – Opel Kapitan – posiada umiejętność komunikowania się z dziećmi. Wspólnie przeżywają fantastyczne przygody. To właśnie jedna z tych, które czytałem kilka razy. I jeszcze film oglądałem. Przypomniałeś mi, że na półce stoi tego autora 'Kształt Miłości’ o Chopinie. To jedna, z tych, których nie tknąłem 🙂„
Wcale mu nie mam za złe, że tak zareagował. Przyznał szczerze, że literatura to nie jego bajka. Nie udawał mądrzejszego niż jest. Bardzo cenię u ludzi autentyczność.
Jak to się ma do Medżugoria? No właśnie obserwując tam tłumy, wiele razy zastanawiałem się ile w tych ludziach jest prawdy, a ile udawania.
Chociaż myślę, że jeśli ktoś decyduje się na przekazanie jakiegoś świadectwa, to czyni to szczerze. Tak jak Francuz, który w
SOBOTĘ 5.08
poruszył temat cierpienia i pokus. I polecał Ewangelię jako antidotum na depresję. Według niego jest to podstawowe zródło, z którego możemy czerpać siłę życia. Sugerował też, żeby rzucić się w ramiona Boga. Przebywał w klasztorze, śpiewał psalmy, których proste słowa przywróciły mu pokój w sercu.
Na jego słowa nakładają się obrazy, które obserwuję wokół wewnątrz kościoła św. Jakuba:
( Nagle słyszę, że ktoś zaczyna wyć, i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Trochę brzmi to jak płacz dziecka, trochę jak szamotanie się zbłąkanej duszy. W każdym razie bardzo metafizycznie).
Francuz dodaje na zakończenie, że nie jesteśmy właścicielami czasu.
( Teraz już jest jasne, że ktoś coś przeżywa. Krzyczy i wyje. Koszmar. Jest coraz głośniej. Chyba zaczęto się modlić nad tą osobą. Obok mnie stanęła kobieta z dziewczynką i zaczyna – dosłownie – mamleć modlitwy. Teraz już cały kościół odmawia „zdrowaśki”).
(Przy drzwiach pani „parkuje” wózek. Obsypuje pocałunkami twarz unieruchomionej dziewczynki. Głaszcze ją po głowie i poprawia na wózku).
To niesamowita scena. Jest w niej tyle czułości, miłości i troski, że zapominam o całym świecie.
Za chwilę w stronę ołtarza przesuwa się śpiewająca grupa – chyba włoska.
To wszystko jest tak niesamowite, że zaczynam się zastanawiać czy nie odbyłem jakiejś podróży w czasie. Mimo kamer, telebimów, komórek, tłumaczenia symultanicznego wystarczyła iskra, żeby wszystko zaczęło odbywać się jak w średniowieczu.
Nie wiem czy „nawiedzoną” wyprowadzają, czy też wyczerpały się jej baterie. W każdym razie znowu koncentruję się na świadectwach ojca i syna, których narkotyki zaprowadziły do więzienia. Trochę mi to przypomina opowieści Shantarama. Moim zdaniem ich wystąpienie wygląda na wyreżyserowane, trochę w stylu hollywoodzkim, trochę amwayowskim.
Natomiast Dance się podoba, wywarło na niej duże wrażenie. Mówi, że sporo było w tym świadectwie emocji.
Dla niej za to zupełnie obojętne było wystąpienie Czeszki, która mówiła o zupełnie zwykłych sprawach. O tym, że była wychowana w rodzinie ateistów, że nie była bierzmowana, że ochrzczenie dzieci to był raczej krok w kierunku tradycji niż wiary. Dopiero przy okazji chrztu zaczęła się zastanawiać, że powinna się nawrócić. Żadnego dramatyzmu, sama powszedniość, ale przecież tak żyjemy na tej słowiańskiej ziemi.
W sobotę też wpadłem na pomysł, żeby uczestniczyć w mszy świętej na zakończenie Festiwalu Młodych. Nic by to nie było niezwykłego, gdyby nie fakt, że miała się odbyć o 5 rano na Kriżevacu. Trochę myśłałem o robieniu zdjęć, a trochę fascynowała mnie idea ponownego podejścia na tę niezwykłą górę w otoczeniu innych.
Zosia szybko podchwyciła tą myśl.
No to do łóżka, bo jutro o 3 pobudka…



