Taki mi się mini cykl pomyślał. Byłem tu i ówdzie. Zobaczyłem to i owo. Zrobiłem zdjęcia, notatki – no, nie, z ręką na sercu notatek nie robiłem. Czasem miałem dyktafon, ale nie zawsze działał.Czyli dysponuję tym, co zostało mi w głowie
Znacie mnie, więc wiecie, że niezbyt wiele.
Żartuję. To czysta kokieteria.
A z Madery zostało sporo wrażeń.
Przede wszystkim polowanie na dobrą ofertę. Pomysł na wycieczkę z okazji Srebrnego Wesela mieliśmy już dawno. Trochę dlatego, żeby nawiązać do wyjazdu, który był na początku naszej wspólnej drogi.
A była nim podróż przedślubna na Korsykę. Skalista, wulkaniczna wyspa, przez którą jechaliśmy nocą autobusami wynajętymi z CSAD ( CeskoSlovenska Awtobusna Doprawa, czyli nasz dawny PKS). Świat był wtedy większy, samoloty droższe, a my dużo młodsi. I przygód co niemiara!!!
No, no, panie Przemku. Nie rozpisuj się pan za bardzo. Ma być o Maderze. Do rodzinnej wyspy Małego Kaprala jeszcze w tym cyklu dojdziemy.
Ofert było sporo. Bo to już po sezonie. Powoli kończył się wrzesień, zaczynała szkoła. Teraz tylko kwestia dokąd i za ile.
Miało być ciepło, ale nie za gorąco, wygodnie, ale nie luksusowo, z jedzeniem, ale nie all inklusive.
No i raczej tam, gdzie nas nie było. Plaża niekoniecznie, no może basen. I sporo do zwiedzania.
Nie lubimy leżeć plackiem przez cały tydzień i zapijać sie drinkami, jak czyni to spora grupa rodaków. Zawsze planujemy wyjazd z myślą o poznaniu nowych, ciekawych miejsc i równie interesujących ludzi.
Padło na Maderę
Jest egzotyka, dreszczyk emocji przy lądowaniu w Funchal, a objechanie wyspy o wymiarach 20 km na 60 jest dziecinną igraszką.
W starym, komunistycznym jeszcze przewodniku wyczytałem, że na Maderze obszarnicy wyzyskują ludzi, generalnie jest bieda a mieszkańcy głównie żyją z upraw bananów i winorośli. Usmiechnąłem się początkowo pod nosem. Propaganda! Tylko, że, pomyślałem potem, w latach 70. Portugalia rzeczywiście była ubogim krajem. Turystyka, to jeszcze melodia odległej wtedy przyszłości.
Kluczową sprawą było uruchomienie lotniska. Jedynie transport lotniczy na wyspę odległą niemal 1000 km od Lizbony i wschodnich wybrzeży Afryki umożliwi zainteresowanie turystów tym miejscem.
W oddali Ilhas Desertas
Lotnisko w Santa Caterina, kilkanaście kilometrów od stolicy Madery, powstało już w latach pięćdziesiątych, ale dopiero w 1973 roku zostało rozbudowane i przystosowane do zwiększającego się ruchu pasażerskiego. W dalszym ciągu jednak pas startowy był dość krótki, bo liczył zaledwie 1600 metrów. Przy niekorzystnej konfiguracji terenu – z jednej strony morze, z drugiej góry i często wiejących mocnych, bocznych wiatrach piloci mieli ogromne kłopoty z posadzeniem maszyny.
Na początku XXI wieku pas przedłużono o 1200 metrów, konstruując specjalną betonową palisadę podtrzymującą konstrukcję.
Pomimo złej sławy, na lotnisku wydarzył się tylko jeden grożny wypadek, w którym zginęło 131 osób. Tu szczegóły dla dociekliwych.
Tak czy inaczej prawo lądowania w Santa Caterina mają tylko specjalnie przeszkolenie piloci, po spędzeniu dodatkowo odpowiedniej ilości godzin na symulatorze.
Oczywiście załoga z reguły podchodząc do lądowania „straszy” pasażerów koloryzując zagrożenia. Na pohusiało troszeczkę, ale bez przesady. Atrakcję zapewniła nam jakaś grupa baranów z Polski, która świętowała urodziny jednego z nich.
Już przed odprawą zwróciłem na nich uwagę
Trzymali w garściach paszporty, zupełnie niepotrzebne w podróży na Maderę. Ustawili się w kolejce półtorej godziny przed odprawą i w dodatku raczyli się głośno niewybrednymi żartami.
Uwierzcie mi, poczułem się jak na zakładowej wycieczce nad Rabę z ogniskiem i wódą w herbie.
Koło mnie siedział niejaki Bronuś, do którego co jakiś czas wędrowało łyski. Był w miarę spokojny, a na koniec jakby wytłumaczył się, że grupa jeżdzi razem od dwudziestu lat na wakacje, no i tym razem padło na urodziny w samolocie.
Modliliśmy się tylko, żeby nie wylądować z nimi w jednym hotelu, bo zapowiadała się przez tydzień mega impreza.
Lot z Katowic trwał 4 godziny. Wystartowaliśmy póżną nocą, a w Funchal powitała nas słoneczna pogoda.
Biuro TUI sprawnie zorganizowało transfer do hotelu. Na miejscu w recepcji przydzielono nam pokój. Co ciekawe, był lepszy niż ten z oferty. Balkon w kierunku oceanu, blisko do kawiarni i restauracji. Ogólnie standard wyższy niż się spodziewaliśmy. To, oprócz niższej ceny, kolejna zaleta wczasów poza sezonem.
Hotel Roca Mar jest utrzymany w niebieskiej tonacji, wkomponowany został w wulkaniczne skały.
Do niewielkiego zewnętrznego basenu i drabinek umożliwiających wejście do Atlantyku prowadzą schody. Do dyzpozycji gości są leżaki i parasole rozlokowane na kilkunastu betonowych płaszczyznach ułożonych kaskadowo.
Trochę trudno sensownie to wytłumaczyć, dlatego powyżej zdjęcie obrazujące z grubsza „topografię” terenu. Oczywiście o piaszczystej plaży należy zapomnieć. Najbliższa, specjalnie usypana z przywiezionego z Afryki piasku, znajduje się kilkadziesiąt kilometrów od Funchal w Machico
Nie udało nam się tam opalać, ale też kąpiele słoneczne nie były priorytetem naszego pobytu na Maderze.
Ale na razie rozpakowujemy się i robimy rozpoznanie terenu.
Z balkonu rozciąga sie widok w 3 kierunkach – wschodnim, wzdłuż wybrzeża Madery, na południe – na bezkresny Atlantyk, i w końcu niewielki, bo zasłonięty skalistym cypelkiem krajobraz zachodni.
Nasz hotel jest połączony z Royal Orchid,
obydwa są 4 gwiazdkowe, ale na moje oko ten drugi ma wyższy standard. Dysponuje wewnętrznym basenikiem i siłownią, do której bezpłatnego korzystania jesteśmy uprawnieni. Duża jadalnia z tarasem goszcząca nas w porze śniadaniowej, niemal pod naszymi oknami knajpka, w której codziennie odbywały się jakieś koncerty.
Warto wspomnieć, że nie mieszkamy w samym Funchal. Nasz kurort nazywa się Canico, i leży prawie dokładnie w połowie drogi między lotniskiem ( 10 km) i Funchal ( 12 km).
Do tego ostatniego można dostać się komunikacją lokalną z odległego o jakieś 500 metrów przystanku. Ale hotel zapewnia gratis wahadłowy mikrobus. Warunkiem skorzystania z niego jest zapisanie się wcześniej w recepcji na określone godziny.
Ogromne wrażenie robi życzliwość tubylców. I nie chodzi tylko o profesjonalne uśmiechy, ale po prostu czuje się w powietrzu sympatie. Kilka razy zdarzało nam się mieć kontakt z przypadkowymi maderczykami i zawsze były to spotkania pełne uśmiechu, zainteresowania, mimo, że nie zawsze można było się porozumieć po angielsku.
Komórka starszej generacji 🙂
Nasz pobyt zaczęliśmy od przygody z parasolem plażowym, ale o tym w następnym poście, bo za oknem wreszcie wyszło słońce, jakby ciekawe co piszę o jego maderskiej wersji. A ponieważ zagląda mi przez ramię i pewnie zaraz rozgada o czym piszę, więc wolę uprzedzić jego promienne plotki :).