Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Tam, gdzie kiedyś była Polska

„Był na Żmudzi ród możny Billewiczów…”
 Tak pisał w Potopie Sienkiewicz. Ale nie napisał, że innym możnym rodem na Litwie była rodzina O’Brien de Lacy, wywodząca się z Zielonej Wyspy. Może przez to, że irlandzka z korzeni, nie zasługiwała na uwage patriotycznego pisarza. Po Billewiczach, jak donoszą źródła internetowe został dworek, na miejscu domu rodzinnego mojego Teścia, Jerzego Krusensterna, którego Babcia była z domu właśnie O’Brien de Lacy, stoi sanatorium „Druskienniki”.
Historia wspomnianej rodziny była już wielokrotnie opisywana, między innymi za sprawą Jerzego, więc nie czas i miejsce tutaj, żeby wdawać się w genealogiczne historie.
Druskienniki to niewielkie uzdrowisko, malowniczo położone wśród sosnowych lasów, które nie oparło się co prawda komunistycznej wielkiej płycie, ale którego centrum jest pieczołowicie rekonstruowane i uzupełniane nowoczesnymi, ale sensownie wkomponowanymi apartamentowcami. Powinienem zilustrować te słowa fotkami, ale jak to zwykle bywa robię zdjęcia, które potem kompletnie nie pasują do tekstu. Liczę jednak na wyobraźnię i inteligencje moich Czytelników :).
Obecnie Druskienniki znane są z krytego, całorocznego stoku narciarskiego ( podobno konkurencyjny w stosunku do tego w Dubaju), Parku Wodnego i kolejki linowej łączącej te dwa obiekty. Z żadnego z nich nie skorzystaliśmy, ponieważ nasza wyprawa do uzdrowiska miała charakter wyłącznie sentymentalny.
Z bazy w Krasnopolu nieopodal Sejn wyruszyliśmy późnym rankiem, a może raczej wczesnym popołudniem. Do pokonania mieliśmy około 80 kilometrów, co było niczym w porównaniu z podróżą z Krakowa w poprzek Polski. Wcześniej w Augustowie zaopatrzyliśmy się w euro, bo na Litwie właśnie taka waluta obowiązuje… Walutę kupiliśmy w placówce Poczty Polskiej w rynku.
Gdy mijaliśmy dawne przejście graniczne w Ogrodnikach, od razu przypomniały mi się komunikaty radiowe z informacją ile to godzin trzeba czekać na przejściu granicznym w tą lub powrotną stronę… Pomyślałem sobie, że wraz z moim pokoleniem tego typu skojarzenia odejdą do lamusa, bo komu przyjdzie na myśl, że można było gdzieś sterczeć 20 godzin, żeby przekroczyć granicę. Niewiarygodne. A jednak tak było. Tiry godzinami czekały na odprawę graniczną… Piszę o tym z nadzieją, ze ktoś z działu Archeo odkopie ten wpis i przeczyta moje impresje. Tym razem granica przywitała nas absolutną pustką, jedynie litewski patrol kontrolował wyjeżdżające samochody.
Droga pogorszyła się nieco, ale za to oczy napawaliśmy widokiem lasów, łagodnych pagórków i soczystej zieleni, której nie uświadczysz w zasmrodzonym spalinami, przeludnionym i przeurbanizowanym Krakowie. Miłą niespodzianką była wieża widokowa w Lazdiji. Solidna konstrukcja pozwalała wejśc na wysokość około 15 metrów i podziwiać okoliczne lasy i jeziora. Patrząc na ten krajobraz nietrudno zrozumieć, dlaczego ręka sama rwała się do pióra, żeby poetyckimi rymami sławić Litwę. Narzekamy, że „Nad Niemnem” Orzeszkowej nudne i rozwlekłe. Ale to proza, która świetnie oddaje rytm Niemna – i życia, które niegdyś nad nim się toczyło. Nawet dzisiaj nie widać takiego pośpiechu, jak w naszym zwariowanym Krakowie, gdzie piesi, zapatrzeni nieprzytomnie w telefony, wpadają pod samochody prowadzone przez skoncentrowanych na odczytywaniu sms-ów kierowców…

Wieżąaudatnie wkomponowana w krajobraz
Polecam wszystkim ten cudny zakątek świata, wszystkim, którzy za punkt honoru przyjmują podróże na koniec świata. Dubaj, Doha – owszem piękne, ale to wyłącznie wytwór bogactwa i luksusu, i to nawet nie tego wypracowanego przez pokolenia, ale efekt daru natury – złóż czarnego złota, które napędza naszą zwariowaną cywilizację. Mnie osobiście ten przepych nie nęci, i już krótka, jednodniowa wycieczka po stolicy Kataru utwierdziła mnie w przekonaniu, że być może jest to bajka, ale na pewno nie moja :).
Kilka minut postoju, kontemplacja piękna przyrody i ruszamy dalej.
Wreszcie są – Druskinakai.
Mamy tabliczkę „Centras”, czyli centrum, ale powtarza się ona tylko dwa razy. Potem jedziemy na czuja. Mijamy typowe blokowiska, jakoś mało tu uzdrowiskowo. W końcu orientujemy się, że jesteśmy poza miastem. Jazda „na abarot”, czyli z powrotem i na pierwszym skrzyżowaniu skręcamy w lewo. Dojeżdżamy do ośrodka campingowego, z którym sąsiaduje informacja turystyczna. Idę na przeszpiegi z Patrykiem. Chwilę stoimy w wypełnionym ulotkami pomieszczeniu, ale nikt się nami nie interesuje. Czuje się w powietrzu czyjąś obecność, ale jest ona zupełnie bierna. Dopiero w kolejnym pokoju odnajdujemy panią, od której uzyskujemy wszelkie niezbędne informacje. Między innymi tą, że cmentarz  – jeden z celów naszej podróży – jest oddalony o kilkaset metrów, więc nie warto jechać samochodem. Bierzemy mapki, kilka folderów i ustalamy strategię działania.

Priorytetem jest odnalezienie grobowca O’Brien de Lacych, a dopiero potem zwiedzanie Druskiennik. Przez sosnowy las, obok kolejnego reliktu komunizmu, czyli dworca autobusowego, dochodzimy do bocznego wejścia na cmentarz. Miejscowi kamieniarze robią coś przy grobie. Rozdzielamy się w poszukiwaniu naszego obiektu zainteresowania. Groby głównie litewskie, gdzieniegdzie pojawiają się polskie nazwiska… Wiemy, że powinniśmy szukać w pobliżu głównego wejścia. I rzeczywiście.

Niemal na wprost wyłania się zarys miejsca ostatniego spoczynku Prababci mojej żony. Trochę tu inaczej niż na naszych cmentarzach. Prawie nie uświadczysz zniczy, kwiatów czy innych dekoracji. Wszystko jest bardzo surowe. Jest w tym swoisty urok zabytkowej nekropolii, która jakby zastygła prawie 100 lat temu. Przysypane igliwiem, pokryte częściowo mchem, spękane groby dają świadectwo historii, która w tak brutalny sposób obeszła się z mieszkańcami Druskienik po 17 września 1939 roku!

Jeden z polskich grobowców

Szanse przeżycia dawała jedynie ucieczka, pozostanie na łasce bolszewików było równoznaczne ze skazaniem się na śmierć. Teść, który jako harcerz brał udział w obronie Wilna, musiał się ukrywać, aż w końcu w noc wigilijną zdecydował się na ucieczkę do zajętej przez Niemców części Polski. Wtedy po raz pierwszy uszedł z życiem. Po raz kolejny los uśmiechnął się do niego w kilka lat później, gdy oddział, w którym służył jako partyzant, przebijał się po bitwie pod Kałużówką w pobliżu Dębicy przez niemieckie okrążenie. Uratowała go znajomość języka, gdy żołnierz Wermachtu, który go zatrzymał, postanowił go wypuścić.

Każda wojna, nawet ta najokrutniejsza pokazuje czasem ludzkie oblicze.
Chwila zadumy nad ludzkim losem, rzut oka na sąsiednie, polskie groby i wychodzimy nad jezioro, którego tafla przebłyskiwała z cmentarza pomiędzy drzewami.
Kierujemy się w strone leżącego po przeciwnej stronie pałacyku, w którym, jak się okazuje, mieści się Muzeum Druskiennik.
Spacer jest tym milszy, że idziemy sobie całą Rodzinką. Mama, Tata i dwóch całkiem już dorosłych Synów. A tak jeszcze niedawno bawili się w piasku na kołobrzeskiej plaży i dokazywali w wodzie. Pozostały cudowne wspomnienia, zdjęcia i filmy :). Ten upływ czasu jest dla nas jeszcze bardziej przejmujący, niż ten, który znamy tylko z historii.
Przy wypożyczalni wszelakiego sprzętu jeżdżąco-pływającego dowiadujemy się, że dla Polaków godzina tylko 5 euro. Cena standardowa – 15. Nie skusiliśmy się. Mamy za darmo nogi. Całkowicie polskie.
Obchodzimy jezioro, a tu od strony kościoła rozlega się prześliczna melodia, wygrywana przez dzwony i dzwonki. Do tego wszystkiego pod świątynią pochrzcielna sesja fotograficzna. Liczna, kilkunastoosobowa rodzina zgromadzona wokół maluszka. Prawie sto lat temu ochrzczono tu mojego Teścia. To kościół pod wezwaniem Matki Boskiej Szkaplerznej, zaprojektowany przez Stefana Szyllera, a wybudowany w latach 1912 – 1931. Szyller był bardzo płodnym architektem, a do jego najbardziej znanych prac należy projekt Towarzystwa Sztuk Pięknych Zachęta w Warszawie.

Ja tu gadu, gadu, a tymczasem wkraczamy na główny ciag spacerowy uzdrowiska. Aleja Wileńska – po lewej niewysokie budyneczki, częściowo drewniane. Po prawej budynki sanatoryjne, hotelowe i kompleks apartamentowców o wdzięcznej i zarazem dźwięcznej nazwie: „Sonata”. Powstaje 5 budynków, każdy oznaczony jedną z  nut: do-re-mi-fa-sol. Przypomina mi się Kraków i deweloperskie niewypały powtykane bez ładu i składu w każdy wolny kawałek ziemi. Tutaj każdy metr kwadratowy przemyślany, architektura zaskakuje świeżością, widać, że oprócz zysku ceni się estetykę… Głównym celem jest harmonijne połaczenie starego i nowego. Oczywiście dominuje zieleń, która nasyca przestrzeń Druskiennik niezwykłą plastycznością. 
Rozumiem, że Kraków spełnia inne funkcje i nigdy nie będzie rozwijał się w ten sposób, ale jednak trochę szacunku do kanonu architektury mieć warto.
W miejscu, gdzie stał dom mojego Teścia wybudowano sanatorium, w sąsiedztwie, za  fontanną rozłożył się Hotel Europa Royal. Zaraz za sanatorium płynie Niemen. Cały dobytek rodziny O’Brien de Lacy przepadł podczas wojny po przejęciu tych terenów przez Rosjan. Nie znam szczegółów, ale wydaje mi się, że spadkobiercy odzyskali niewielki tylko ułamek wartości dóbr druskiennickich. 
Typowy dom uzdrowiskowy. W podobnym spędził dzieciństwo mój Teść
Z rodzinnych anegdot rozpowszechnianych przez Babcię żony – Katarzynę Krusenstern, z domu O’Brien de Lacy, przytoczę tylko opowieść o wizycie Józefa Piłsudskiego, któremu ponoć mały Jurek zsikał się na kolana. Chociaż nie jest to ulubiony epizod z życia póżniejszego partyzanta, to jednak pozwolę sobie go przytoczyć dla potomności. Druskienniki były ulubionym miejscem odpoczynku Komendanta. Pierwszy raz pojawił się tutaj w czerwcu 1924 roku.  Jak podają żródła internetowe, podróż z Warszawy zajmowała mu nieco tylko ponad 5 godzin, co na owe czasy było naprawdę rewelacyjnym wynikiem! Zresztą ów pośpiech był uzasadniony, ponieważ Marszałka podejrzewano o romans z miejscową lekarką, Eugenią Lewicką. Być możespieszył się na spotkanie własnie z nią. ówczesne pruderyjne społeczeństwo określało ten związek mianem głębokiej zażyłości…
Nad Niemnem. Autor z żoną Zosią z domu Krusenstern
Dochodzimy już prawie do końca zdrojowego parku. Tutaj tchnienie nowocześności – sporej wielkości Park Wodny i kolejka gondolowa, która łączy centrum ze wspomnianym na wstępie,  największym w Europie całorocznym stokiem narciarskim. Tak więc międzywojenna romantyka ustąpiła miejsca współczesnej komercji, a zamiast ławeczki nad Niemnem na miejsce spotkań z ukochaną wybieramy Snow Arenę. :).
Jasio zrobił artystyczne zdjęcie
Trochę głodni szukamy miejsca na jakiś miejscowy specjał. Jak to bywa często, zamiast lokalnych kulinariów zamawiamy pizzę w przytulnym lokaliku „Velvetti”. Przemiła obsługa, ciasto dużo lepsze niż w rodzimych lokalach, a reszta zgodna z naszymi oczekiwaniami. Zresztą z tym jedzeniem był problem, bo kilka dni później wybraliśmy się specjalnie na kartacze do Baru Skustele. Okazało się, że kartacze będą dopiero w weekend, który zastał nas już w domowych pieleszach. Ja zjadłem chłodnik litewski – przepyszny, przepyszny – i soczewiaki, a reszta rodziny raczyła się kurczakiem pod różnymi postaciami i – o zgrozo! – kebabem.
Ale wystrój super, obsługa, czyli córka właścicieli takoż!
Jezioro Druskienniki
W wojsku zwykło się mawiać: „Obiad zjedzony – dzień zaliczony”. Nader chętnie stosujemy się do tej zasady i lecimy z powrotem do naszego pojazdu. Po drodze jeszcze mała rodzinna sesja foto plus Jasiowe plenery. 
A potem to już powrót. Zdanie krótkie, ale wypełniliśmy je ciekawą treścią 🙂
Mianowicie wyszukaliśmy z Jankiem na mapie znacznie krótszą drogę, która omijała oficjalne przejście graniczne. Wszystko było dobrze do momentu, kiedy skończył się asfalt i pod naszymi kołami zaczął chrzęścić pofalowany szuter. GPS w telefonie wyłączony ze względu na koszty transferu danych, my wleczemy się kilometr za kilometrem w coraz bardziej dzikie leśne ustępy. Jedyna nadzieja, że cywilizacja jeszcze funkcjonuje, to mijające nas podejrzanie szybko samochody. Na jednym z leśnych skrzyżowań zastanawiamy się czy należy skręcać, czy nie. Ale droga w poprzek jeszcze gorsza od naszej. W końcu ukazują się jakieś chałupy. Mimo szczekającego psa odważyłem się wyjść i zapytać Litwina którędy dojechać do Bierżników. Dogadaliśmy się po rosyjsku. Wyglądało na to, że wkrótce nasz bezdrożny rajd się skończy. Istotnie, pojawił się asfalt… na jakieś 2-3 km. Potem znowu szuter! Ale nasz dzielny fiacik nic nie robił sobie z pyłu i wybojów i dzielnie parł do przodu. Aż wreszcie „doparł” do drogi Augustów – Sejny. Uff!!! Przejechaliśmy przez zieloną granicę. Nasze rozczarowanie było spore, bo nie przemyciliśmy absolutnie nic, no może resztki litewskiego posiłku. No i o mały włos nie spędziliśmy nocy w pozostałościach litewskiej knieji. O tyle nie mogliśmy do tego dopuścić, że w gościnnym Krasnopolu czekał na nas stół bilardowy i kilka partyjek snookera :).
Takich domków jest jeszcze na Litwie całe mnóstwo
Wyjazd uznajemy za udany krajobrazowo, gastronomicznie i sentymentalnie!!! A Druskienniki polecamy każdemu miłosnikowi ciszy i spokoju.
Kolejny cel – Ostra Brama w Wilnie. Oj, będzie się działo…
 
Kilka ujęć, które nie zmieściły się w tekście:
Zabawna rzeźba nieopodal Muzeum Druskiennik
Hotel Royal i „muzykalna” fontanna
Charakterystyczna cerkiewka położona nieco z bolu
Na parking wracaliśmy przez cudownie pachnący las spsnowy!

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę