Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

LĄDUJĘ NA TEMPELHOF

 
Lepiej późno niż wcale.
Gdyby taki tytuł ukazał się w prasie polskiej przed kilkudziesięcioma laty, wywołałby sensację. Tymczasem obecnie nie ma w nim nic groźnego. Tym bardziej, że moje lądowanie nie miało charakteru desantu powietrznego, ale raczej było połączeniem marszobiegu i zakupów w czasach braków żywnosciowych.
Zapytacie po co i na co znalazłem się na Tempelhof?
Bo Czytelnik, tym bardziej ten ze starszego pokolenia rozumie, że w stanie wojennym było to najbliższe zachodnie lotnisko, na które można było dolecieć z Polski unikając radarów.
 
 

BERLIN NA MOJEJ MAPIE POJAWI Ł SIĘ DZIĘKI ROLKOM

 
Tak, tak, moje snobistyczne upodobania popchnęły mnie na koniec sezonu do stolicy Niemiec. Maraton Cracovia na rolkach okrył się już kurzem, wytężone treningi spowodowały, że zapragnąłem zmierzyć się z wyzwaniem najwyższego kalibru. Jeśli chodzi o rolkarstwo szybkie jestem zdecydowanie amatorem, ale na zupełnie przyzwoitym (moim zdaniem), poziomie. Jednak start musiało poprzedzić osobisty odbiór pakietu startowego właśnie w budynkach lotniska Tempelhof.
Bardzo chytry plan, który zakładał, że na miejsce dostanę się w przeddzień razem z Agą i Piotrami upadł z powodu – jak to zwykle bywa – splotu nieoczekiwanych okoliczności! Bez wdaawania się w szczegóły napiszę tylko, że: po pierwsze z powodu pewnego niesolidnego osobnika, który nie zarezerwował sobie na czas kwatery i opóźnił nasze wyjście na zakupy; a po drugie za przyczyną zostawionego w pensjonacie telefonu – minąłem się z umówioną grupą i w piątek po odbiór numeru nie zdążyłem!
 
POZOSTAŁA WCZESNO-PORANNA WYPRAWA PO ZŁOTE NUME-RUNO
 
Podróż w jedna stronę komuikacją publiczną trwała około godzinę. Na nic się zdał nasz wcześniejszy przyjazd i grzeczne ustawienie się w kolejce. Przed samą 9 zrobił się okropny tumult i wysportowana tłuszcza ludzka – biegaczy i rolkarzy, zaczęła napierać na drzwi wejściowe Tempelhofu.
Po otwarciu bram raju zostałem wepchniety do środka i trochę na ślepo biegłem przez lotniskowe tereny chcąc zdążyc przed innymi. Mniej więcej w połowie dystansu zacząłem się zastanawiać, czy nie jest to już właściwy maraton, a ja powinienem założyć rolki. W mijanych po drodze salach rozkładano dobra sportowe wszelakiego rodzaju – a to stroje, a to buty, a to suplementy dodające skrzydeł. Ale stanowisk z numerami ani widu, ani słychu! Śmiałem się z biegnąca obok mieszkanką Miami, że organizatorzy sprawdzają stopień przygotowania uczestników :).
Wreszcie jest. Na wprost stanowiska dla biegaczy, po prawej dla rolkarzy. Wychodzi na to, że jestem pierwszy!!! Dwie starawe Niemki wciskają mi numery, chipa i worek na depozyt ubraniowy. Worka nie biorę, bo plan zakładał, że dotrzemy na miejsce kompletnie ubrani jakąś godzinę przed startem.
 
(Tu już krztuszę się ze śmiechu jakim perfekcyjnym timingiem wykazaliśmy się popołudniu).
 
Teraz powrót wśród konsumpcyjnego rozpasania rolek, butów biegowych, opasek i całego pokłosia pracy małych, chińskich rączek!
Łączę się ponownie z Zosią, która towarzyszy mi podczas tego maratonu. Właściwie to już w tym momencie mam dość wszystkiego. Wczoraj od rana podróż – co prawda samolotem, ale te wszystkie wyczekiwania, odprawy jednak męczą psychicznie. Dzisiaj od 6.30 na nogach, żeby zdążyc po pakiet startowy. Trochę stresu czy trafimy z powrotem do Waltersdorfu. Meldujemy się na kwaterze przed 11 i ustalamy z Agą i Piotrkiem godzinę „0” na 12.30. Teoretycznie czasu sporo na zjedzenie po drodze obiadu i dotarcie na start.
 

ALE TYLKO W TEORII

 
Kiedy wpadliśmy do włoskiej restauracji i krzyknęliśmy kelnerowi, że zależy nam na czasie, to stwierdziłem, że większego faux pas być nie może, jak domagać się szybkiej obsługi w przybytku, który z natury rzeczy służy do celebracji posiłku. Dławimy się makaronami, parkujemy samochód, zakładamy rolki i pędzimy do stacji metra. Tu niespodzianka taka, że dwa zejścia w remoncie i trzeba lecieć dookoła!
W wagoniku kolejki budzimy dużą sympatię, sąsiadka oznajmia mi, że zapewne jestem zwycięzcą. Przez grzeczność nie zaprzeczyłem :).
Kolejny etap to przebicie się do startu. Co tu dużo gadać, gdyby nie Piotrek, to bylibyśmy w czarnej dupie. Panie Boże zapisz już teraz Jego zasługi na poczet przyszłego życia…
Sprawnie i bezbłędnie prowadzi nas na lnię startu.
Gdy wchodzimy do naszego sektora właśnie ruszają zawodnicy. Przyjechaliśmy punkt 15.30 po dość nietypowej rozgrzewce w formie rolkowej gry miejskiej…
No i właściwie zastanawiam się czy jest sens opisywać sam przebieg maratonu? Bo wygląda na to, że największe emocje już za nami!
Po makaronie mam sucho w gębie, jestem niewyspany, boli mnie głowa.
 

NO I RÓB TU CHŁOPIE ŻYCIÓWKĘ!

Ale dusza centusia podpowiada, że skoro zapłacone to jechać trza!!!
No i jadę. Tłum nie jest na tyle zwarty, żeby nie dało się przepychać do przodu. Troszkę lewą, troszkę prawą, głównie solo, poprawiam swoją pozycję. Po jakichś dwóch kilometrach słyszę doping Zosi, która ustawiła się na mostku… Dodaje mi to otuchy, ale pędzić się nie da, trzeba mocno uważać, żeby na kogoś nie wpaść. Trasa maratonu nie jest bardzo trudna, tylko od czasu do czasu zakręt i tory tramwajowe do przejechania. Najbardziej uważać trzeba w pociągu (rolkarskim, czyli gęsiego ustawionymi zawodnikami), żeby nie zaczepić kogoś rolką. Ja osobiście widziałem tylko dwa lub trzy upadki, ale podobno było ich całkiem sporo.
Także katastrofa żeńskiego pociągu, w którym po wywrotce prowadzącej zawodniczki powpadały jedna na drugą.
Przez pewien czas trzymam się dziewczyny w pomarańczowym kombinezonie, głównie z powodu równego tempa. Potem jednak gubi mi się gdzieś i dołączam do innej grupy. Ale moja niepokorna dusza ciągle pcha mnie do przodu, co z punktu widzenia taktycznego nie jest zbyt mądre, tym bardziej, że dokucza czołowy wiatr. Zdarza się, że odskoczę od pociągu w pogoni za innym, ale odległość jest na tyle duża, że muszę pokornie wrócić do rolkowej gąsieniczki. Po pewnym czasie tracę orientację w przebytej odległości i dopiero po macie pomiarowej na półmetku orientuję się jaki dystans przebyłem. Cały czas czuję się dobrze, zastanawiam się gdzie Piotrek, bo na starcie mignęła mi tylko Aga. Potem okazało się, że świadomy zapasu czasu odwiedził jeszcze kibelek! Ale cały czas jechał przede mną i wpadł na metę około 3 minut wcześniej.
Co fajne, to spora ilość kibiców na trasie dopingująca waleniem w bębny, okrzykami i oklaskami. No i oczywiście dzieciaki wyciągające dłoń do przyklępniecia!

Przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Na sam Berlin nie zwracałem szczególnej uwagi, jednak z każdym kilometrem zmęczenie rośnie i trzeba koncentrować się coraz bardziej na technice jazdy i uniknięciu upadku. Na 12 km przed metą doganiam niewielką grupke, w której jedzie Polak. Wyprzedzam ich, próbują siąść mi na plecach, ale bez sukcesu. Potem znowu odnajduję dłuuugi pociąg, jadę drugi lub trzeci, na 2 kilometry wysforowuję się na prowadzenie, żeby sprawdzić jakie to uczucie „ciągnąć” za sobą kilkanaście osób. Wydaje mi się, że czas mam niezły, ale raczej poniżej półtorej godziny nie zejdę. Z oddali widać już Bramę Brandenburską i mam wrażenie, że mijam metę. Nawet wyłączam Garmina. Ale cóż, radość przedwczesna, trzeba jeszcze przejechać odcinek kostki, potem pod Bramą i dopiero za kilkaset metrów Ziel. Znacznie zwolniłem, ale pojąwszy pomyłkę wykrzesałem jeszcze z siebie ostatek sił!
 

KONIEC!!! TRZECI MARATON ROLKARSKI ZALICZONY!!!

 
 
Czas poprawiony – 1h 32m 11s, średnia przejazdu 27,6 km/h. Do półmetka było lepiej. Pobiłem też swój rekord w półmaratonie – 44,28 ( śr. 28,06 km/h), na 10 ( śr. 29,23) i 20 km.
Półtorej godziny nie złamałem. Będzie jeszcze o co walczyć!
Po zawodach spotykam Jorge, czyli Obitę – Portugalczyka, którego poznałem na Maderze. Fajny gościu, zaprosił nas do Portugalii na drużynowe zawody 6 godzinne. Przy naszym szczęściu i logistyce na pewno warto się wybrać. Znowu będzie co wspominać.
A za ukończenie maratonu będzie nagroda. Dwa dni na Flaeming skate czyli rowerowo-rolkarskim raju.
Tam padną kolejne rekordy. W towarzystwie Agi, Piotra M. i Piotra P., który wykręcił zupełnie dla nas nieosiągalny czas: 1h 14m 23 sek.
Ale o tym w kolejnym odcinku s-agi 🙂

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę