Obudziło mnie z głębokiego snu silne bujanie. Łoskot lin i okuć obijających się o maszt. Powodem były bloki do spuszczania na wodę dingi . Dyndały w powietrzu na luźnych linach. Może i były kiedyś naciągnięte, ale pod wpływem dużego rozkołysu jachtu i martwej fali poluzowały się. Fale wchodzą z oceanu przez wąski kanał, którym wpłynęliśmy i rozchodzą się we wszystkich kierunkach sporej zatoki. Wydaje się, że jesteśmy w niewielkim zagłębienia lądu, ale tak naprawdę to nie do końca. Przed nami bowiem rozległa rafa, która ciągnie się pod powierzchnią wody szerokim łukiem i zamyka zatokę. Dostaliśmy się tutaj przesmykiem, tak trochę z boku omijając betonową ostrogę wysuniętego nabrzeża. W tej chwili stoimy naprzeciwko brzegu porośniętego cyprysowymi drzewami. Poprzednią noc, to znaczy naszą pierwszą na Morgan Bluff, spędziliśmy bardziej centralnie, bliżej wejścia do basenu portowego.
Dla przyzwoitości wybraliśmy się na ląd, by nie przebywać całego dnia na jachcie. Przeszliśmy może z pół kilometra – zaczął siąpić deszcz i zawróciliśmy do dingi. Jednak warto było się ruszyć. W drodze powrotnej w pobliskiej knajpce złapaliśmy internet. Gosia ściągnęła aktualną pogodę na kolejnych kilka dni. Zadzwoniliśmy do naszej Kasi i wykonaliśmy kilka telefonów do Polski.
Nabierałem wody pitnej do przywiezionego z jachtu zbiornika, kiedy zobaczyłem lokalnego rybaka, natarczywie przywołującego mnie ruchem ręki z miejsca gdzie w kilku rzędach stały zacumowane do nabrzeża jednostki. Zostawiłem pojemnik i poszedłem za nim. Przeskakiwaliśmy z jednego kutra na drugi, to wdrapując się to zeskakując. Po chwili staliśmy przy wolnej burcie. Poniżej wielka krowa morska zajadała ze swoim maleństwem wyrzucaną przez rybaka do wody połamaną na kilka części głowę kapusty. Unosiła się ta kapusta na powierzchni wody, a Manati wciągała ją jak odkurzacz, wystawiając niewielki kawałek głowy. Wspaniałe wodne stworzenie w naturalnym środowisku. Piękny widok z pokładu rybackiej łodzi pozwalał obserwować mamę i jej maleństwo, karmione ręką człowieka. Wróciliśmy do naszej dingi. Wsiedliśmy z Gosią i ruszyli z powrotem na jacht. Powoli przepłynąłem w niewielkiej odległości od burty kutra i oglądaliśmy te piękne, ogromne ssaki, majestatycznie poruszające się w przeźroczystej wodzie.
Ale nie o tym chciałem pisać. Jest już noc. Poszliśmy spać przed dziesiąta. Właściwie to ja poszedłem. Gosia zapamiętale czytała książkę o historii amerykańskiej łodzi podwodnej Grunion, zatopionej podczas drugiej wojny światowej gdzieś niedaleko Alaski. Kiedy wstałem, by sprawdzić co się dzieje na pokładzie, już smacznie spała . Spojrzałem na budzik, była dopiero północ. Pełnia księżyca . Dzięki temu obeszło się bez przytwierdzania latarki na czoło. Poszedłem na dziób. Poprzemieszczałem liny, by nic się nie obijało o maszt. Przy okazji wypuściłem więcej łańcucha do kotwicy. Wydawało mi się, że jacht myszkuje to w lewo, to w prawo zbyt nerwowo. Była to trochę brudna robota, ale trudno. Położyłem się na bukszprycie i wybrany łańcuch z komory łańcuchowej wypuściłem najpierw do wody. Wyczekując na właściwy moment, kiedy nie było naprężenia na łańcuchu, wyciągnąłem amortyzującą linę, zakończoną hakiem na oczku łańcucha i przesunąłem ją na nowe miejsce. Kiedy jacht zdryfował do tyłu, łańcuch naprężył się ponownie . Wahadło było już znacznie dłuższe, przesuwanie się jachtu po obwodzie wycinka koła znacznie wolniejsze. Rozejrzałem się jeszcze dookoła. Wiatr hulał, woda mocno falowała, a ja na ugiętych nogach, balansując na unoszącym się i opadającym jachcie, wróciłem do kabiny. Gosia siedziała i czytała książkę. Nie dziwota, tupiąc i hałasując przy pracy z linami i łańcuchem, nawet nieboszczyka bym obudził.
Znowu odbiegłem od tematu, ale jak tu skupić się na rozmyślaniach, kiedy tyle rzeczy się dzieje. A jak tu nie nadmienić jeszcze, że mieliśmy dzisiaj gości. Właśnie skończyliśmy jeść zupę rybną, a tu słyszę głosy na zewnątrz i tłuczenie się czegoś o burtę jachtu. Wyszedłem do kokpitu, a tu mały dwunastoletni chłopiec z sąsiedniego katamarana przypłynął swoją dingi z młodszą o dwa lata siostrą. Dziewczynka podała mi linę, chłopiec wyłączył silnik. Zaprosiłem ich do środka, wdrapali się jak dwie zwinne małpki z rozkołysanej mocno dingi na rozkołysany nieco mniej nasz jacht. Zupa w garnku z lanymi kluseczkami jeszcze była gorąca. Gosia zaproponowała im coś na rozgrzewkę. Dzieci chętnie przyjęły zaproszenie, tak więc siedzieliśmy i przyglądaliśmy się nieoczekiwanym przybyszom, wiosłującym świeżo ugotowaną zupę z trzerch głów złapanych przez nas tuńczyków. Prawdę mówiąc, to chłopiec zjadł zupę z dwóch talerzy, gdyż dziewczynka poskubała trochę ugotowane warzywa z zupy i dała do zrozumienia , że to nie jest dokładnie ten smak, którym się zachwyca. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Za jakiś czas na radiu wywołał nasz jacht ich tata z prośbą, by dzieci wracały, bo zaczęło się już ściemniać. Dzieci sprawnie założyły kapoki. Chłopiec odpalił silnik po kilku pociągnięciach. Kiedy wrzucił go na bieg, oddałem dziewczynce linę i rodzeństwo odpłynęło na niewielki, jak na rodzinę, czteroosobowy katamaran, oddalony od nas o jakieś sto pięćdziesiąt metrów. Mamy cichą nadzieję, że nasi goście jeszcze nas odwiedzą. Z rodzicami, jak i całą rodziną znamy się od kilku lat. Spotykamy się dość luźno na najróżniejszych przystankach i imprezach żeglarskich organizowanych w Georgetown, do którego większość z nas zmierza na okres wakacyjny.
Może jednak pójdę spać. Wiatr ucichł . Jachtem dość intensywnie buja, ale co tam.
To na tyle .
Krzysztof