Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

GRUZJA – spacerkiem po Tbilisi

GRUZJA – spacerkiem po Tbilisi

Tbilisi przywitało nas deszczową pogodą. Była 5 rano miejscowego czasu. Zmęczeni ponad trzygodzinnym lotem, poprzedzonym podróżą z Krakowa, marzyliśmy, żeby rozprostować kości, a właściwie ułożyć je w pozycji leżącej.
Jadąc do Gruzji trzeba oczywiście pamiętać, że niezbędny jest ważny paszport. Nie jest wymagana wiza.
My lecieliśmy LOT-em. Trasa przelotu Embraerem wiodła z Warszawy nad Czechami, Węgrami, Rumunią, by wzdłuż tureckiego wybrzeża Morza Czarnego zaprowadzić nas do Tbilisi. Zapewne szybciej leci się nad Ukrainą, ale ze względów bezpieczeństwa samoloty unikają tej strefy powietrznej.

Do Gruzji można także dostać się Wizzairem do Kutaisi, miasta położonego bardziej na wschód, bliżej wybrzeża morskiego. Jeśli chcecie odwiedzić nadmorskie Batumi ( a naprawdę warto), to Kutaisi jest lepszym miejscem wypadowym. Natomiast do Tbilisi można dostać się stąd tzw. „marszrutką”, czyli po naszemu busem. Odległość wynosi 230 km, a podróż trwa około 3-4 godzin.
My mamy do pokonania jeszcze zaledwie 15 km. Jest więc okazja porozmawiać o motoryzacji. Zaskoczył nas fakt, że Nissan Micra gospodarza ma kierownicę po prawej stronie. Vazha opowiada, że samochodów takich jak jego jeździ w kraju dość sporo. Co więcej, po zarejestrowaniu nie obowiązują żadne przeglądy techniczne. Trzeba przyznać, że przewóz osób marszrutkami, szczególnie poza stolicą odbywa się na granicy ryzyka, w iście azjatyckim stylu.
Podróż samochodzikiem Nissan Micra przez puste o tej porze ulice zajęła nam około pół godziny. Gruzińska metropolia budziła się dopiero ze snu. Przez okno mignął nam zbudowany przez Michaiła Saakaszwilego Pałac Prezydencki, który wielokrotnie pojawiał się w wiadomościach podczas wojny toczącej się tu w 2008 roku. Trudno o tym pisać, ale Gruzini przeżyli bardzo ciężkie czasy. Brakowało jedzenia, pozbywano się cennych pamiątek, aby przeżyć. Do dzisiaj na stołecznym pchlim targu można kupić pamiątki rodzinne lub pozostałości komunistycznej przeszłości… Mieszkańcy wyzbywają się ich niemal za bezcen, po to, żeby zdobyć pieniądze na jaką taką egzystencje. Zresztą zjawisko ulicznego handlu jest w Tbilisi powszechne. Sprzedaje się tu wszystko. Od biżuterii po owoce, od książek po alkohol.

Katedra Metekhi nad rzeką Mtvari

Przekonujemy się o tym następnego dnia, gdy wyruszamy na zwiedzanie miasta. Po Tbilisi można poruszać się metrem, otwartym w 1966 roku, autobusami lub żółtymi marszrutkami, które gęstą siecią oplatają miasto. Oddajemy się całkowicie w opiekę Vazhy, po prostu nie chcemy się wgłębiać w komunikacyjny galimatias.
Bałagan panuje też w moim opisie, ale znakomicie odzwierciedla on status Tbilisi.
Właściwie to nie bałagan, tylko jakaś niezwykła atmosfera, której próżno szukać w bogatych metropoliach Zachodu. No, może gdzieś w Warszawie czy Rzymie mignie żebrak, może dalej od centrum znajdziemy jakiś mocno podniszczony budynek.

Ale Tbilisi to co innego. Trudno nam przywyknąć do ludzi żebrzących na każdym kroku. Tuż obok kapiących złotem prawosławnych świątyń. Dziwi spora ilość bardzo dobrych aut przemierzających ulicę, obok zrujnowanych, rozsypujących się budynków.

Mamy wrażenie, że te eleganckie SUV-y to urzeczywistnienie kaukaskiego dżygita. Wojownika, który świetnie opanował sztukę jazdy konnej. A to, że ma pod sobą konie mechaniczne? To znak czasu…
Żeby nieco osłabić ten dysonans, Vazha prowadzi nas na reprezentacyjną arterię metropolii – aleję Shota Rustawelego. Warto wspomnieć, że Rustaweli to średniowieczny poeta, jeden z prekursorów Złotego Wieku gruzińskiej literatury. Wiedzę o jego życiu czerpiemy głównie ze współczesnych źródeł.

Podziwiamy monumentalne budynki opery, zaprojektowanej w stylu bizantyjskim, Teatru Rustawelego, za którym skrył się Hotel Mariot. Oczywiście nie można pominąć gmachu parlamentu, ale jakoś dziwnym trafem nie został na zdjęciu uwieczniony. Czyżby umiłowanie sztuk wszelakich przeważyło w duszy globtrotera nad wrodzoną niechęcią do polityki?
Mamy sztukę, mamy brak polityki – czegóż nam brakuje w tej układance? Oczywiście religii. Wchodzimy do cerkwii Kashueti, której nazwa oznacza „urodzić kamień”. Wiąże się ona z legendą o mnichu Dawidzie z Garedży, jednym z trzynastu Ojców Syryjskich, głoszących ewangelię w Gruzji. Został oskarżony przez zakonnicę o ojcostwo jej nienarodzonego dziecka. Mnich oznajmił, że jeśli to prawda, wówczas urodzi ona dziecko, lecz jeśli to kłamstwo, to urodzi się kamień. Zgodnie z legendą zakonnica urodziła kamień. Cóż, w każdej legendzie jest ziarnko prawdy, a wątpliwości co do czystości stanu duchownego istnieją, jak widać, już od dawna.

Czas na lunch. Wpadamy na obowiązkowe chaczapuri. Restauracja mieści się przy ul. Mitrophana Laghidze, który opracował popularną w Gruzji wodę sodową Laghidze, dostępną również w postaci różnosmakowych lemoniad. Wcześniej ulica nosiła nazwę rewolucjonisty, którego nazwiska Vazha nie pamięta. Dla nas najważniejszy jest fakt, że w okresie przedsowieckim była to ul. Krusensterna, którego nazwisko kojarzy się z wspólnym przodkiem Zosi, Jurka i Vazhy – admirałem Adamem Johanem von Krusensternem. Właśnie z tytułu tego pokrewieństwa znaleźliśmy się w Gruzji, żeby oprócz zwiedzania móc zacieśnić więzy rodzinne. Jednak Vazha wyprowadza nas z błędu. To Krusenstern z innej, nie spowinowaconej z nim linii. Ulica prowadzi do Konserwatorium Państwowego Tbilisi, w którym nasz opiekun i przewodnik jest wykładowcą. Doskonali swoich następców, przyszłych mistrzów gry na gitarze klasycznej, której jest uznanym w świecie wirtuozem. Nic nie zastąpi koncertu na żywo, ale tutaj możecie się przekonać, jak wspaniale Maestro radzi sobie z tym niezmiernie trudnym instrumentem. Czytanie o Tbilisi przy tak wspaniałym akompaniamencie to prawdziwa rozkosz!

Dochodzimy do Placu Wolności. Charakterystyczna kolumna Św. Jerzego, za którą znajduje się siedziba merostwa, czyli mówiąc po naszemu urzędu miasta. Tutaj funkcjonuje tylko część admininstracji, większość przeniosła się do nowoczesnego budynku w pobliżu mieszkania Vazhy.

Pięknie prezentują się okolice Placu Wolności. Wspomniany już Pałac Prezydencki, cerkiew Metekhi, w której modliła się caryca Tamara. Jak mówi legenda, właśnie dla niej tworzył zakochany Rustaweli, zatrudniony u ministra skarbu władczyni. Wszystko to leży nad rzeką Mtkvari dzieląca Tbilisi na dwie części….
Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem. A to dopiero początek. Za chwilę zagłębimy się w uliczki starego miasta. Na początek – niespodzianka. Polska lodziarnia. Nie jestem fanem lodów, ale pozostali napawają się ich znakomitym smakiem. Inna sprawa, że sporo już turystów z Polski. Fama urokliwych zakątków Gruzji szeroko rozeszła się po naszym kraju. My mamy tę przewagę, ze nie mieszkamy w hotelu, tylko u Mariny i Vazhy Kalandadze.
Kręte uliczki kryją w sobie urocze restauracyjki, często gęsto oferujące muzyczną oprawę. Zresztą w ogóle Gruzini to naród uwielbiający muzykę, śpiew i taniec. No, dla ich pełnego obrazu musimy dodać, że spożywanie alkoholu też podnieśli do rangi sztuki. Mogliśmy się przekonać o tym w Borjomi, gdzie rodzina przyjaciela naszego Vazhy – Nikoloza, ugościła nas w iście słowiańskim stylu. Tak, tak, o tańcach, hulankach swawolach też będzie! W wersji od lat 18.

Kończymy nasz spacer przy termach z charakterystycznymi ceglanymi kopułami. Robi się coraz ciemniej i głodniej, a na nas czeka pyszna kolacja przygotowana przez Marinę.
A jutro kierunek Mcheta i słynna katedra Svetickhoveli.



2 komentarze do “GRUZJA – spacerkiem po Tbilisi

  1. Czyta się Przemku jednym tchem. Pozdrawiam , podziwiam równieź zdjęcia.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę