Siedzisz w domu? Miałeś jechać na świąteczną wycieczkę na Kubę? Nic się nie martw – kiedyś pojedziesz. Ale najpierw poczytaj opowieści jak to kiedyś wyglądało. Wszystkiego nie opiszę, bo musiałbym się zajmować tym tematem przez najbliższy rok. Wspomnę tylko kilka moich przygód. Do 1979 roku, czyli do I roku studiów moje wojaże ograniczały się do krajów demokracji ludowej. W skrócie mówiło się na nie demoludy. Były to państwa bloku sowieckiego. Mnie – głównie z Rodzicami – udało się zwiedzić Czechosłowacje, Węgry, Rumunię i Bułgarię. Tą ostatnią odwiedziłem nawet dwa razy – raz autokarem, a raz pociągiem. Za każdym razem spotkało nas trochę przygód. Nie byłem w NRD i ZSRR. I kilku innych krajach – Mongolii, Kubie i KRL-D czyli KOreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznejo

Nadszedł rok 1979. Poznaliśmy z kolegą z Uniwersytetu Jagiellońskiego – Markiem, angielskiego studenta z Brighton. Od słowa do słowa zdeklarował, że nas do Wielkiej Brytanii zaprosi. tylko bidusiek nie wiedział jak to się robi. Żeby dostać paszport i wizę konieczne było oficjalne zaproszenie potwierdzone przez polski konsulat na Wyspach. A tymaczasem Terry sprokurował śliczne zaproszonko na firmowym papierze związku studentów w Brighton. Tym dokumentem można było jedynie sobie podetrzeć d…., a co dopiero starać się o paszport i wizę. Musicie pamiętać, że wtedy po pierwsze paszport nie leżał w szufladzie, tylko w biurze paszportowym na milicji, a po drugie wydarcie go z tej jaskini zła wymagało wielu zabiegów.
Należało zacząć od wypełnienia wielostronicowego wniosku paszportowego, w którym pytano o dane rodziców i dziadków ( włącznie z panieńskim nazwiskiem babci), miejsce zatrudnienia Rodziców, członków rodziny przebywającyh za granicą. Oczywiście konieczna była pieczątka uczelni. Nie pamiętam czy potwierdzenia wymagało miejsce pracy Rodziców. Już samo przebrnięcie przez tego molocha bez błędów było sukcesem. Teraz należało się ustawić w kolejce do złożenia wniosku. W Krakowie taka kolejka stał początkowo przy ulicy Siemiradzkiego. Czas oczekiwania na złożenie wniosku: minimum tydzień. W praktyce wyglądało to tak, że lista przechodziła z rąk do rąk, a każdy miał wyznaczone godziny dyżuru. Chyba raz dziennie o określonej porze należało potwierdzić swoją obecność, tak, aby nie zostać skreślonym z listy. Oczywiście, na zmianę z Markiem skwapliwie wypełnialiśmy kolejkowe obowiązki. Czas naglił, poleciliśmy Terremu zorganizować oficjalne zaproszenie, a sami ustawiliśmy się w dodatkowej kolejce do naczelnika biura w celu przyspieszenia wydania paszportu. To było nasze być albo nie być, na szczęście Marek miał tam jakieś „plecy” i udało się wysmażywszy jakieś wyssane z palca powody wniosek o przyspieszenie złożyć. Pamiętam tylko, że na korytarzu kłębił się tłum, za jakiś kwadrans naczelnik kończył robotę, a przed nami były jeszcze dwie albo trzy osoby. Papier musiał trafić w jego ręce oficjalną drogą, dopiero potem zaczynały działać znajomości.

Tylko, że paszport dawał możliwość wyjechania z Polski, natomiast do wjazdu do Zjednoczonego Królestwa konieczna była wiza. Tydzień stania przed angielskim konsulatem przy alei Róż, aby ją odebrać. Zresztą, żeby złożyć wnioski o wizę do Wawki udaliśmy się stopem ( chudy portfel!) z przystankami w Książu Wielki i Radomiu, do którego dojechaliśmy o pierwszej w nocy, bo przygodny autobus zepsuł się po drodze. Kiblowałem pod konsulatem codziennie rano, sumiennie zgłaszając swoją chęć odwiedzenia Albionu. Tak sobie myślę, że niejednemu podróżnikowi dzisiaj wystarczyłoby już wrażeń. Była jeszcze kwestia skorelowania terminu odbioru wizy z biletem na prom. Właściwie można powiedzieć, że prosto z konsulatu pojechaliśmy na prom do Świnoujścia. „Pomerania” przez dwa sezony pływała na trasie Świnoujście – Felixtowe, ale potem okazało się, że prom nie jest przystosowany do żeglugi po wzburzonym Morzu Północnym. Zresztą sprzedawano chyba niemal nieograniczoną ilość biletów pokładowych, bo śpiwory zajęły niemal każdy wolny kawałek. Mieliśmy też ze sobą rowery – obydwa pożyczone, które stanowiły źródło sporej wesołości. Głównie Marka psujący się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Jednym z nich był Speakers Corner w Hyde Parku. Właściciel naprawiał bicykl i miotał takie przekleństwa, których nie powstydziłby się najbardziej zapamiętały mówca.
Napiszę tylko, że przygotowania trwały co najmniej trzy, może cztery miesiące, a my byliśmy w Londynie dwa tygodnie. Musieliśmy wracać na egzamin z ekonomii politycznej, oblany w czerwcu – pamiętam jak dziś – zdawaliśmy go 24, w imieniny wykładowcy – Jana Pawlika.
Teraz już wiecie, że do cierpliwych świat należy i przy odrobinie dobrej woli na pewno gdzieś się za jakiś czas wybierzecie!