Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Easy rider, czyli Związek Zwariowanych Rowerzystów

Easy rider, czyli Związek Zwariowanych Rowerzystów

Rower to było coś, co mnie zawsze kręciło. Już wtedy, gdy o Peselu nie miałem zielonego pojęcia, a czterdziestolatek to był człowiek niewyobrażalnie stary. Pamiętam, że miałem taką swoją miarę dorosłości: jeśli mogę się cały rozciągnąć w wannie, to oznacza, że jeszcze nie jestem stary. Dzisiaj dzieci mają trudniej, bo pod prysznicem naprawdę łatwo zmieścić się przez długi czas. Trudno mają też dlatego, że jest poważny problem z wyborem odpowiedniego roweru i dokonywany on jest nie przed pierwszą komunią, a właściwie tuż po urodzeniu.

Ja w drugiej klasie dostałem damkę – nie taką szachową, której poprawna nazwa brzmi hetman, ale rowerową – koloru zdaje mi się stalowo-jasno-niebieskiego. Owa damka – miała z przodu dumnie pyszniące się litery ZZR, co wedle naszej opinii znaczyło Związek Zwariowanych Rowerzystów, a w istocie był to skrót komunistycznej korporacji – Zjednoczonych Zakładów Rowerowych. Jakby nie patrzeć, posiadacze ich wyrobów byli przedstawicielami arystokracji, gdyż, przeważnie na wsiach, królowały Ukrainy – potwornie ciężkie molochy. W roku 1967 ( lub 68) nikt jeszcze nie śnił o przerzutkach, hamulcach tarczowych i temu podobnej ekstrawagancji. Wszystko było w rękach… „nóg” posiadacza. Również hamowanie, którym rządziła tzw. „kontra”. Nie podejmuję się opisania jej technicznej strony, ale działała w ten sposób, że należało nacisnąć pedały odwrotnie niż przy jeździe do przodu, aby spowodować zatrzymanie roweru. Mój rower nie był może stopniem skomplikowania zbliżony do promu kosmicznego, ale przedstawiał dla mnie równie cenną wartość. Dlaczego?

Po prostu odbywałem nim podróże w nieznane, równie fascynujące, jak wyprawy na Księżyc. Opisywanie wszystkich jest bezcelowe, bo prawdopodobnie brakło by na serwerze wolnych bitów. Dobrze przypominam sobie jedną z nich, która wykraczała poza obszar Błoń, Tyńca i podjazdu do ZOO. Była to wyprawa do Rącznej, oddalonej od Krakowa o niewyobrażalne 25 km. Pojechaliśmy we troje – Wiechu, Andrzej i ja, przy czym koledzy, jako zamożniej urodzeni, dysponowali maszynami typu „Start” i „Albatros”. Były to już młodzieżowe kolarzówki. Tym samym byłem pariasem tego skromnego peletoniku. Dzielnie dotrzymywałem im koła. W Rącznej Wiechu miał jakąś rodzinę. Cała wyprawa trwała około 4- 5 godzin. W drodze powrotnej, podczas jakiegoś postoju zostałem zgubiony – nie wiem czy nieświadomie, czy też koledzy mieli dość marudera i zorganizowali ucieczkę. Pamiętam, że byłem mocno zmęczony. Przejechanie ponad 50 km dla dwunastolatka na bolidzie ZZRów było nie lada wyczynem. Do tej pory zwykle pokonywałem odległości do 20 km. Dodam jeszcze, że odległości były mi znane, gdyż dysponowałem mechanicznym licznikiem, zamontowanym na osi przedniego koła. Wystawało z niego kółko zębate, pokręcane przez zamontowany na szprysze sztyfcik. Odpowiednia ilość obrotów dawała żądaną jednostkę odległości. Nie bardzo pamietam, na czym polegało kalibrowanie tego ustrojstwa, pozostaje faktem, że odmierzał odległość do 999 km, a mnie udało się przez paręl at chyba potroić ten dystans…

Trudno uwierzyć, że ta maszyna służyła mi do końca podstawówki. Nie znam jej dalszych losów, nie wiem czy ktoś ją przejął po mnie w spadku. Nagrodą za moją wierność był prawdziwy rower szosowy – „Huragan”. Ale o tym może w następnej wyprawie do przeszłości.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę