„Saszetka
na pewno leżała na stole” pomyślałem niespokojnie, gdy około południa zebrałem się na dobre do życia. Pomimo, że rzecz działa się 3 dekady temu bardzo plastycznie pamiętam moje nerwowe ruchy. Niewtajemniczonym wyjaśnię, że saszetka, to było utensylium dla panów, którym nie mieścił się w kieszeniach portfel z forsą i dokumentami. Jej popularna nazwa brzmiała: „pedałówka”, ale tego tematu nie będę rozwijał ze względu na zagrożenia procesami sądowymi.
No więc ja też byłem w posiadaniu, a przynajmniej tej niedzieli tak mi się wydawało, saszetki z dowodem osobistym, paszportem i dowodem rejestracyjnym. Prawdopodobnie tkwiła tam też legitymacja krakowskiego ośrodka TV. Chwilowy jej brak złożyłem na karb mojego nieustającego roztargnienia.
Jednak gruntowne przeszukanie mojego pokoju nie przyniosło rezultatu. Sztruksowa torebka koloru jasnobrązowego z zielonym uchwytem ze skaju rozpłynęła się w niebycie. Pewne nadzieje dawała inspekcja w samochodzie, którym przemieszczałem się ostatniej nocy. Ale i tu penetracja schowków i skrytek była bezowocna.
Serce coraz bardziej podchodziło mi do gardła, a pod zmarszczonym czerepem kłębiły się czarne myśli. Gdzie ja do cholery tą saszetkę zostawiłem. Do tej pory nie uruchamiałem posiłków w postaci mojej Mamy. Po prostu nie chciałem jej martwić moją zgubą, tym bardziej, że w saszetce był ważny paszport uprawniający do podróży do wszystkich krajów świata. Po co mi ten dokument – o tym za chwilkę.
Wesele
Był to okres, w którym trudniłem się „kamerowaniem” ślubów i przyjęć weselnych. Poprzedniego dnia i nocy „obskoczyłem” dwa takie wesela, zamieniając się z drugim operatorem. W głowie zaświtała mi myśl, że skoncentrowany na odpowiedzialnym zadaniu uwiecznienia kluczowych momentów w życiu nowożeńców posiałem wspomniane papiery gdzieś w szale videofilmowania. Rozumiecie – byłem oświetleniowcem, akustykiem i operatorem. Musiałem dopilnować reflektora, statywu, kamery i całego niezbędnego majdanu o znacznej wartości. Takie drobiazgi jak paszport nie liczyły się w ogóle. Cóż było robić. Tam gdzie miałem numer telefonu zacząłem wydzwaniać w poszukiwaniu mojej zaginionej saszetkowej arki. Ani śladu mojego skarbu. Nikt nic nie wie. Czeski film. Czarna dziura.Księżyc w nowiu.
Rozszerzam poszukiwania
Cóż, musiał nastąpić moment wyznania tej straszliwej prawdy mojej Rodzicielce. A moja Mama przejęła się stratą nie mniej ode mnie. Było to tym bardziej bolesne, że następnego dnia wieczorem miałem zaplanowany wyjazd do Francji na winobranie. Tym samym paszport był elementem decydującym o powodzeniu przedsięwzięcia. Co więcej, uzyskanie kolejnego wymagało wiele zachodu.

Coraz bardziej osuwałem się w głąb mojej jaźni. Nie był to pierwszy, a jak się później okazało nie ostatni przypadek roztargnienia. Ale chyba najpoważniejszy w konsekwencjach. Słaba nadzieja tkwiła jeszcze w członkach zespołów muzycznych. Być może oni gdzieś znaleźli moją zgubę. Niestety, wyprawa gdzieś na krańce Nowej Huty nie przyniosła rezultatu. Jak kamień w wodę.
Kostki domina
Mimo, że jestem człowiekiem pogodnym i optymistycznie nastawionym do wszelkich kataklizmów, tym razem moja rozpacz sięgnęła głębin Rowu Mariańskiego. Jeszcze pół biedy, gdyby wyjazd dotyczył tylko mojej, skromnej i niezaprzeczalnie nieuporządkowanej osoby. Ale jako właściciel pojazdu mechanicznego pochodzenia jugosłowiańskiego, białej Zastawy rocznik 79, miałem niewątpliwą przyjemność wziąć na pokład małżeństwo – Dorotę i Jarka. W zamian mieli wskazać mi miejsce poszukiwań pracy dla całej trójki w okolicach Carcassonne.
W momencie, gdy ja, już bez paszportu, wypadłem z gry, musieli kupić sobie bilet na autobus do Narbonne. I to na kolejny dzień. W dodatku zostali pozbawieni tłumacza, bo tylko ja znałem przyzwoicie język francuski. Kolejna kostka domina przewróciła się z łoskotem na podłogę.
Czułem się jakbym wypił cały dzbanek cykuty, napoju leczniczego tak popularnego w starożytnym Rzymie. No bo i sobie, i znajomym zrobiłem kuku.
Boże, myślałem, żeby tak św. Antoni Padewski zlitował się nad moim marnym, skołatanym duchem i wskazał miejsce pobytu zguby.
I wskazał!
W sposób zupełnie niespodziewany. Ciekawe, czy ktoś domyśla się w jaki? Oczywiście oprócz tych nielicznych, którzy byli świadkami tamtych zajść ( i niemal zejść)!
Ale o tym w kolejnym poście :).