W poprzednim odcinku:
- Zaginęła cenna saszetka z dokumentami, bez których nie jest możliwe opuszczenie granic Polski. Zrozpaczony właściciel wszczyna desperackie poszukiwania.
- Gdy nie przynoszą one rezultatu zawiadamia osoby zainteresowane wyjazdem o rozpaczliwej sytuacji. Niedoszli pasażerowie przyjmują wiadomość ze zrozumieniem, ale bez entuzjazmu.
- Właściciel, a raczej były właściciel zwraca się do sił nadprzyrodzonych o pomoc w odszukaniu zguby. Zakończenie odcinka daję widzom nadzieję na szczęśliwy finał całego wydarzenia.
Jakub Paganel
Pamiętacie postać uczonego z „Dzieci Kapitana Granta”? Jego roztargnienie było wprost proporcjonalne do posiadanej wiedzy geograficznej. O ile mogę poszczycić się pierwszą cechą w stopniu co najmniej podobnym, to jednak znajomość geografii występuje u mnie w stosunku odwrotnie proporcjonalnym. Jedno jest pewne, podobnie jak profesor Paganel narobiłem niezłego ambarasu moim gapiostwem.
Jest poniedziałek, Anno Domini 1990. Już po ostatecznym wdrożeniu planu B, wczesnym popołudniem, odzywa się u mnie w domu telefon. Wtedy, po 17 latach czekania, byłem szczęśliwym posiadaczem linii telefonicznej. Dzwoni moja koleżanka z Ośrodka TV w Krakowie z informacją, że z Kroniką Krakowską skontaktował się ktoś, kto natknął się na moją legitymację telewizyjną. Co pozwala przypuszczać, że i pozostałe dokumenty są w rękach znalazcy.
Już wyobraziłem sobie, jak moi znajomi odchodzą od kasy z wykupionymi do Narbonne biletami – bez możliwości zwrotu. Szybki telefon do ich domu. Odbiera Mama i informuje mnie, że niedawno poszli do biura turystycznego. Co robić?
Nie pamietam w jaki sposób wyszukuję numer telefonu biura. Dzwonię i pytam: „Czy przypadkiem tacy to a tacy nie pojawili się u Państwa?”.
„A jakże – właśnie kupują bilety u mnie!”
Dosłownie wyciągnąłem ich spod gilotyny!!!
Przez chwilę zastanawiam się, co będzie jeśli zmaterializowała się tylko legitymacja, a reszta przepadła…
Po pewnym czasie dzwonią do mnie bezpośrednio z Kroniki z numerem telefonu do krakowskiego św. Antoniego :).
Przypominam, że epoka komórek w powszechnym uzyciu musi jeszcze poczekać co najmniej 10 lat.
Z drżeniem serca wykręcam numer. Nie pamiętam czy odezwał się głos męski, czy żeński. W każdym razie dowiaduje się, że saszetka z nienaruszoną zawartością jest w posiadaniu głosu.. Do odebrania na osiedlu Kościuszkowskim, na drugim końcu Krakowa.
Zastanawiam się jak się zrewanżować i wpada mi do głowy kupienie w PEWEXIE jakiegoś wytwornego alkoholu dla Pana i zupełnie odjazdowej czekolady dla Pani, gdyż okazało się, że moją zgubę znalazło małżeństwo z małym dzieckiem. Dziecko też coś dostaje, ale nie pamiętam już co.
Umawiamy się z nimi bodaj na 18. Pamiętam, że było już szarawo, gdy zastukałem do ich mieszkania w bloku.
Znowu dach
No i dowiedziałem się, że saszetka leżała sobie na jezdni przy krawężniku na wprost pawilonu, w którym odbywało się drugie wesele. Dostrzegli ją idąc rano do kościoła. Zachowali się bardzo przytomnie, bo zamiast szukać mnie przez policje, poszli tropem legitki służbowej. Zapewne dzisiaj znaleźli by mnie na fejsie, no ale wtedy jedyny oficjalny komunikator to była budka telefoniczna lub plac targowy.
Dzięki ich informacjom odtworzyłem przypuszczalny bieg wypadków: otóż pakując po weselu, albo tuż przed jego zakończeniem część sprzętu, sprytnie odłożyłem przeszkadzające dokumenty na dach samochodu. A potem odjechałem w błogim stanie dobrze spełnionego obowiązku i dość dobrej wypłaty, nie troszcząc się zupełnie o najbliższą przyszłość.
Co srodze się na mnie zemściło.
I chociaż ten epizod zakończył się happy endem, bo w poniedziałek późnym wieczorem ruszyliśmy w prawie 2 500 km trasę, to jednak worek z przygodami okazał się być wypełniony emocjami zupełnie tak samo, jak traktor winogronami po kilku godzinach zbierania.