Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Trudne wybory

Obiecałem byłem, że tematem niniejszego felietonu będą wybory. Nie, nie. Ani zwolennicy prawicy, ani lewicy, ani mniej lub bardziej umiarkowanego centrum nie znajdą w moim tekście pożywki dla swoich przekonań. W chwili, gdy piszę te słowa, Jego Magnitudencja Prezes postawił ziobrystów i gowinistów pod ścianą. Kaczyńskiemu jest bliżej do Morawieckiego niż Ziobry, dlatego ten w akcie zemsty nie klepnął ustawy o bezkarności. Koalicja już się z włoska urwała, a mnie póki co wisi kto komu da sójkę w bok, bo mam dość własnych problemów.

Dylematy i wybory

Bo ja, Szanowne Czytelnikowstwo, przez dwa tygodnie próbowałem dokonać wyboru. Miotałem się po internetach tam i nazad. Wpatrywałem się w parametry jak sroka w gnat. Czym więcej czytałem, tym mniej wiedziałem. Z rozrzewnieniem wspominałem czasy, gdy po odstaniu kilku godzin, ( lub dni), brało się towar jak leci.

Wybory były onegdaj niełatwe. Pewnego razu staliśmy z Mamą kilka godzin ( a może dni), po małą wirówkę, ale akurat rzucili maszyny do pisania. Szkoda było tego stania zmarnować, więc kupiliśmy Łucznika. Ponieważ radomska fabryka produkowała głównie na potrzeby przemysłu zbrojeniowego, nasz zakup był tegoż produktem ubocznym. W związku z tym przynajmniej wagowo przypominał wymarzoną wirówkę. Kto wie, czy w tym momencie nie dokonał się mój los. Stojąca w pokoju maszyna do pisania, nie została przez radomian wyposażona w funkcję wirowania. Aby ją zagospodarować zacząłem wystukiwać mozolnie teksty. Myliłem się co i raz, dlatego zacząłem się samodzielnie uczyć bezwzrokowego pisania. Sukces był taki, że zdecydowanie pogorszył mi się wzrok. Pisałem dalej trzema palcami, wślepiając się wściekle w klawiaturę…

A dzisiaj? Teoretycznie miodzik

Otwierasz neta i cyk. Szukasz czegoś w dobrej cenie, klikasz… i za dwa dni kurier jest już u twych bram.

Figa z makiem.

Wybrać silnik Hondy, Kawasaki czy może chinola? Honda droższa i w dodatku delikatniejsza. Aleć to zawsze Honda. Kawasaki nie, bo za drogi. To jasne. Szkoda, bo ładnie mieć taki japoński „brand” na widoku. Sąsiadów szlag by trafił. Chyba jednak chinol. Ale ożeniony z Włoszką. Może być przypał, bo Chińczyk cichy i pracowity jak mrówka, a Włoszka taka bardziej rozdarta – „mamma mia, mamma mia” z ust jej nie schodzi. Tyle, że szykowna i byle czego z marketu na siebie nie włoży. Design jak się patrzy.

W sumie jak już wybrałem, to się okazało, że towar niedostępny. Może na wiosnę. Łosz kurde. Czyli deja vu. Niby ten kapitalizm taki galanty, a tu wpadka. Tydzień poszukiwań poszedł na marne.

No to jedziemy od nowa. A może jakaś tańsza wersja? Nic z tego. Jakieś badziewia z dziwnymi kółkami, niewygodne kierownice, trzeszczące podwozia. I wersje silnikowe też marne. Jednak jakimś minimum mocy trzeba dysponować. Nawet bez marki kolącej w oczy.

Znalazłem też mariaż Chinola z Austriaczką. Ale gabarytowo może nie być cacy. Rozleci się po upływie gwarancji i cóż ja pocznę. Sen mnie powoli odchodził, zmysły traciłem, a żadnych wyborów nie dokonałem. Totalna kicha. Byłem już tak odmóżdżony, że myszkę od kompa zacząłem karmić żółtym serem w plasterkach przerabiając go uprzednio dziurkaczem na wersję szwajcarską

Czarna rozpacz

mnie ogarnęła. Postanowiłem zawistować w ciemno i wybrać Hondę w wersji austriackiej. Ucieszony udałem się na konsultację budżetowe do żony. Po podaniu ceny wstrzymałem oddech – uda się zakończyć męki Tantala? Nic z tego. Finanse nie puszczają. Co racja to racja. Japończyk ceni się bardziej od kontynentalnego sąsiada.

Był piątek. Koniec drugiego tygodnia poszukiwań. Do tej pory dłużej kupowałem tylko komputer. Zdecydowałem, że sobota jest ostatecznym terminem.

I wiecie co? Pojechałem i kupiłem. Stoi teraz w garażu. Kolor pomarańczowy, cztery koła. Juz jeździłem. Naprawdę fajna sprawa :).

.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę