Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Technokrata na zakupach

Technokrata na zakupach

Yamaha Music Cast Bar

to, jak zupełnie błędnie przypuszczacie, nie jest nazwa jedynego otwartego baru w okolicy, który nie poddał się Covidovi. Nie jest to też casting na baristów, którzy potrafią grać na instrumentach muzycznych. Yamaha Music Cast Bar to urządzenie, które od niedawna zagościło w moim domu.

Ale może zanim zapoznam Was z tym dziwacznym „cosiem”, wrócę do początku lat 70. Wtedy to w moim mieszkaniu moim oczom ukazały się 4 kartonowe pudła z zupełnie magiczną zawartością. Jego oznaczenie było jeszcze dziwaczniejsze: DSL-201. Z marketingowego punktu widzenia mało atrakcyjna nazwa kryła w sobie ogromną siłę:
Domowy Stereofoniczny Lampowy.

Dzisiaj już tylko najstarsi górale wiedzą co kryje się pod tym kryptonimem. A ja oczami wyobraźni widzę fantastyczny, jak na epok ę wczesnego Gierka sprzęt grający. Wyglądał następująco:

Yamaha Music Cast

To była dla mnie pierwsza lekcja, że radio to nie radio tylko tuner, którym dostrajamy częstotliwości, a dźwięk słyszymy dzięki wzmacniaczowi i głośnikom. Jak pisze Wikipedia, wyprodukowano tylko 1200 egzemplarzy. Jeden z nich kupił za 8000 ówczesnych złotych mój nieoceniony Tato. Były to, o ile się nie mylę 4 ówczesne średnie pensje. Nie pamietam już reakcji mojej Mamy na tą nowość, ale na pewno nie była zachwycona. Sprzęt towarzyszył mi przez dobre 15 lat. Uczyłem się na nim słuchać „Trójki”, przeżywałem wzruszenia pierwszych audycji w stereo, które poprzedzały specjalne testowe dźwięki.

Stałem się sławny, a moje „graty” gościły od czasu do czasu na szkolnych zabawach w podstawówce i w liceum. Wyparła je dopiero Meluzyna Jurka Kięczkowskiego, produkt dojrzalszy, ale o kilka lat młodszy.

Hi-fi znaczy wysoka wierność

Ten zestaw nauczył mnie obcowania z muzyką dobrej jakości. Oczywiście cały czas poruszałem się w peerelowskiej rzeczywistości. Kupowałem krajowe płyty z Polskich Nagrań, ( Tato doposażył nasz zestaw w gramofon ), gdyż o zagranicznych mogłem tylko pomarzyć. Nie dorobiłem się nigdy magnetofonu szpulowego stereo, chociaż chodziłem koło niego jak wygłodniały wilk. No, ale na fanaberię za za jakieś 5000 już nas stać nie było. Zazdrościłem kuzynkom czterościeżkowego ZK-140, na którym mogłem do znudzenia słuchać „Oye Como Va” Carlosa Santany. Nie był to sprzęt Hi-fi, jednak zapewniał całkowitą dowolność w wyborze muzyki. Taki lokalny Spotify z ograniczoną biblioteką muzyczną. Bohater mojego lokalnego patriotyzmu muzycznego dokonał żywota w fatalnych dla polskiej elektroniki czasach. Musiałem go zastąpić dużo gorszym amplitunerem, jedynie na otarcie łez kolega Jacek załatwił mi spod lady kolumny głośnikowe Altusy. Duże to było jak cholera, ale grało całkiem przyzwoicie.

Ale właściwie o co chodzi z tym

Music Cast Bar ?

Ano chodzi o to, że od momentu kupna płaskiego TV denerwowała mnie fatalna jakość dźwieku. Przez pewien czas telewizor współpracował z amplitunerem kina domowego z podłączonymi dwiema kolumnami. Na więcej się nie zdecydowałem ze względu na straszną wizję plątaniny kabli. Koniec końców pozbyłem się grata, kolumny z nowym amplitunerem stereo przeniosłem do sypialni, a osierocony TV znowu nieprzytomnie charczał. Należało zapewnić mu godne towarzystwo. Zdecydowałem się na soundbara, który zadowalał poczucie estetyki całej Rodziny a równocześnie dawał nadzieję dla naszych przewrażliwionych uszu. Ponadto dawał możliwość połączenia przez sieć z wspomnianym powyżej wzmacniaczem, zdecydowanie zwiększając funkcjonalność całego systemu w kierunku multiroomu.

I o tym właśnie jest poniższy film:

Debiut recenzencki w kategorii Audio 🙂


Ponieważ jest to mój pierwszy tak poważny youtubowy wyczyn, zamiast deszczu nagród spodziewam się fali krytyki. I dobrze, bo tylko na takiej fali mogę udoskonalić moje umiejętności. A może przy okazji ktoś ciekawy technologii dowie się czegoś nowego.
A na zakończenie stosowna fraszka ( ze smrodkiem dydaktycznym, jakby napisał Wańkowicz):

Gdy spotkasz Terrę Incogni†ę,
to gdzie pieprz rośnie nie uciekaj!
To, co nieznane nie jest mitem.
Inni już wiedzą, wiec nie zwlekaj
.

Miłego odbioru 🙂

PS. A, żeby nie było żem technokrata z krwi i kości to zapraszam do mojego felietonu o gruźińskiej uczcie muzycznej suto zakrapianej alkoholem.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę