Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Z Bieguna Południowego na Turbacz

Z Bieguna Południowego na Turbacz

Jak przeżyć zimę?

Takie pytanie zadają sobie ciepłolubni obywatele różnych krajów. Jak przeżyć zimę?, głowią się zdrapując szron z szyb samochodowych. Sposoby maja różne: zamożniejsi jak ptaki odlatują co jakiś czas do ciepłych krajów . Ubożsi otulają się ciepłymi kocami lub wkładają na siebie kilka warstw ubrań. Rozgrzane do czerwoności kaloryfery pozwalają zasiąść przed telewizorem i angażować się w serialowe perypetie. Lub też podziwiać egzotyczne krajobrazy na kanałach przyrodniczych. I dobrze, ponieważ jak mawia mój nieoceniony Tato, każdy Cyryl ma swoje Metody!

Amundsen w Gorcach?

Ale zastanawiam się czy mógłbym im polecić biografię Roalda Amundsena, która ostatnio wpadła w moje książkożercze łapska. Bo jednak autor, kanadyjski pisarz Stephen Bown, siłą rzeczy sporo uwagi poświęca obszarom arktycznym i antarktycznym. Jak tu utrzymać optymalną temperaturę otoczenia czytając opis zawiei i zamieci śnieżnych, odmrożonych palców oraz pięćdziesięciostopniowego mrozu podczas polarnej nocy…

Norweskim podróżnikiem zainteresowałem się z prostej przyczyny. Relacja ze zdobycia Bieguna Południowego stała na półce mojej biblioteczki. A wierzcie mi, niewiele książek pozostawało niedostrzeżonych przeze mnie. Z biegiem lat coraz więcej z nich padało łupem nałogowego pożeracza literatury. I któregoś pięknego dnia, miałem wtedy może 11 lat, dostrzegłem wydaną w 1957 roku historię zmagań Amundsena ze Scottem. Wpadłem. Wpadłem jak w szczelinę lodu, z której uratować mnie może tylko przytomny towarzysz podróży. Czytałem ją tak wiele razy, że znałem każde dramatyczne wydarzenie. Zadawałem sobie pytanie: jak przeżyć zimę?, gdy na zewnątrz panują egipskie ciemności. Z biciem serca kibicowałem psim zaprzęgom, od których skuteczności zależał sukces polarników.
No i radość, gdy szczęśliwie zatknęli norweską flagę na „dnie” Ziemi, a potem cali i zdrowi wrócili do bazy na lodowcu szelfowym Rossa.

Książka Kanadyjczyka świetnie pokazuje kulisy niełatwego życia Amundsena. Totalnie pokręcone relacje damsko-męskie, upór w dążeniu do celu, ale równocześnie lekceważenie spraw finansowych. Stephen Bown patrzy na swojego bohatera życzliwie, niemniej jednak dostrzega w nim rozmaite „pęknięcia” charakteru.
Po zamknięciu ostatniej strony, zafascynowany lekturą, pomyślałem sobie: „Dość siedzenia!”.
Na Biegun Południowy nie polecę, nawet z duchem Amundsena, bo wirus. Należy poszukać szczęścia gdzieś bliżej. Pomyślałem: „wezmę go” na Turbacz :). Niech wie, że Polacy nie foki i tłuszcz potrafią spalić.

Jak przeżyć zimę

Logistyka, głupcze…

Zafascynowany drobiazgowym przygotowywaniem wypraw przez mojego bohatera zacząłem planować. Gdzie jechać? Oczywiście na Turbacz, który czeka już na mnie od kilkunastu dobrych lat. Czym? Samochód odpadał, gdyż do auta trzeba wrócić, a to wykluczałem. Pozostawała komunikacja zbiorowa. Czyli: 5:39 auobus miejski do Dębnik, 6:00 Majerbus spod „Jubilata” do Nowego Targu. Tam tworzyła się dwudziestominutowa luka przed odjazdem autobusu MZK na Kowaniec, którą mógł wypełnić jedynie 5 kilometrowy marsz sennymi ulicami stolicy Podhala. Punkt docelowy? Początkowo plan zakładał Rabkę, z której w razie draki można nawet wrócić pociągiem. Ponieważ syn zadeklarował „podwózkę” z powrotem, więc zdecydowałem się na przełęcz Przysłop u stóp Gorca.

Plan był świetny, dlatego zaraz po jego opracowaniu właściwie odniechciało mi się jechać. Pobudka o 5 rano? Nieee! Po cichu zacząłem liczyć, że któryś element zawiedzie. Albo autobus się spóźni, albo będzie przepełniony – zgodnie z zaleceniami sanitarno-epidemiologicznymi.I wtedy z duszą przepełnioną radością wrócę w domowe pielesze.
Jak przeżyć zimę? Najlepiej we własnym, ciepłym łóku. Taki dyskretny plan B.

Korcące Gorce

Dlaczego Gorce mnie korcą? Bo tam jest tak pięknie jak w raju. Ale o tym za chwilę. Z Majerbusa wysiadłem o 7.25. Zobaczyłem ponury, pusty krajobraz dworca autobusowego, na którym przyszłoby mi czekać prawie pół godziny na połączenia na Kowaniec. Odpada. Od czego mam nogi? Ruszyłem bez namysłu przez zupełnie puste i senne mieszanką mgły i dymów z komina ulice. Przeciąłem Rynek, Dunajec i nieskończenie długą ul. Kowaniec tuptałem ku początkowi szlaku. Pomimo, że jeszcze z autobusu widziałem rożek księżyca na w miarę bezchmurnym niebie, tutaj atmosfera przypominała źle wygaszoną kuźnię po pracy. Jedynie w oddali majaczyły lasy i pagóry. Ale już pierwsze metry podejścia przez osiedle Oleksówki wróciło mi wiarę w przyrodę. Niebo rozjaśniało się, psy ujadały coraz rzadziej, za to tu i ówdzie słychać było kwilenie ptaków, wystraszonych wizytą tak wczesnego gościa.

jak przeżyć zimę
Zima w Gorcach

Zupełnie niespodziewanie wkroczyłem w bajkowy świat świerków oprószonych śniegiem. Jeszcze nie dowierzałem, że cywilizacja oszczędziła te rejony. Ale widok 3 sarenek, które ciekawie przyglądały się moim manipulacjom przy aparacie fotograficznym, przekonał mnie, że plan B jest zupełnie bez sensu! Zacząłem oddychać rześkim, mroźnym powietrzem, bez którego muszę się na codzień obywać w zapyziałym Krakowie. Zupełnie nie odczuwałem trudów dość stromego podejścia, gdyż ilość tlenu zupełnie oszołomiła mój zdezorientowany mózg. Z planowanych 3 godzin podejścia zrobiły się 2. Na całej trasie do schroniska spotkałem tylko 6 osób. To niebywałe!

Komu w drogę, temu czas

Szlaki po schroniskiem na Turbaczu

Pod Turbaczem mały popas – herbata za jedyne 7 złotych miała smak ambrozji w połączeniu z przyszykowanymi rano kanapkami z kotletem i serem. Ale tłum zaczął gęstnieć, więc szybko dałem dyla na szlak. Tym razem czerwony, wiodący przez Długą Polanę do Polany Gabrowskiej. Tam, po krótkiej konsultacji z przygodną turystką i jej smartfonem, zmieniłem kolor na zielony, który miał doprowadzć mnie do samego Gorca. W tym jakże suchym zdaniu mieści się zarówno piękny widok z Polany Kamienieckiej na mój punkt docelowy, a także liczne panoramy na południe i północ ze szczytami, których nazw nie potrafię wymienić. Podobno z jednej z polan przy dobrej pogodzie widać Tatry, ale tymczasem deczko się zachmurzyło i horyzont nieco się zacieśnił. No cóż, może innym razem się uda w ramach planu C :).

Ostatnim sprawdzianem mojej kondycji było podejście na szczyt Gorca dość stromym zboczem, na którym udało mi się wyprzedzić trzech młodzieńców. Powód? Jeden dostał sporej zadyszki. Ale szczęśliwie przeżył, bo kilka minut po mnie cała trójka dotarła pod solidnej konstrukcji wieżę widokową. Na niewielkiej przestrzeni wokół niej panowała atmosfera przedszkolno-azylowa, co oznaczało, że przewagę turystów stanowiły dzieci i psy. Należało czym prędzej stąd uciekać. Jeszcze tylko pamiątkowe selfie z panoramką Gorców i lecim w dół

na łeb na szyję.

Dosłownie. Stromizna, wyślizgane kamienie i zamarznięta ziemia zamieniły ostatni odcinek drogi w prawdziwy survival. Nawet podeszwy moich butów dostawały czasem czkawki i spychały mnie w stan chwiejnej równowagi. Było to niebezpieczne nie ze względu na stan moich kości, lecz przede wszystkim integralność aparatu fotograficznego, który owinięty w podkoszulek spoczywał w plecaku. Na szczęście na prawie 5 kilometrowej trasie zaliczyłem tylko jednego, niegroźnego „dupala”. To cud koncentracji, bo mięśnie zmęczone prawie 30 km „wyrypą” zaczęły dawać znać o sobie.

Punkt piętnasta, dokładnie tak jak zaplanowałem, wylądowałem w Rzekach. Mimo zimowej pory czas przejścia uważam za krótki. Dodam, że się nie ścigałem, czego dowodem jest ponad 100 zdjęć, których część publikuję.

Jak przeżyć zimę?

Już wiem, że najlepiej w górach. Z książką…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę