Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Dzień Dziadka

Dzień Dziadka

Wracam do Dziadka. Od mojego Taty usłyszałem jeszcze kilka szczegółów. Na tyle ciekawych, że Wam opowiem. W wieku 20 lat, czyli w 1907 powędrował do woja. Oczywiście austriackiego. Nie jesteśmy tego pewni, ale prawdopodobnie musiał odsłużyć 5 lat. Czyli wrócił jakieś dwa lata przed wybuchem I wojny. Nie za długo nacieszył się z bycia cywilem, bo jako poddany miłościwie panującego ( jeszcze), Franciszka Józefa, został powołany i pojechał na front. O pobycie na wojnie Tato nie potrafił nic więcej powiedzieć, ponad to, że wojak z Krakowa trafił do rosyjskiej niewoli i wylądował na Syberii. Czyli losy nie tak znowu oryginalne dla Polaków. Kto wie czy zesłanie nie uratowało mu życia. W każdym razie uznał, że Sowietom należy zwiać.

Z taborów wojennych do Taborskiej – Anny..

Po dwóch latach wędrówki, głównie pieszej, dotarł w okolice Przemyśla. Był rok 1920, trwała wojna z bolszewikami. Liczył się każdy bagnet, więc Wawrzek znowu został zmobilizowany w wieku 33 lat. I tu historia potoczyła się zupełnie inaczej niż we współczesnych serialach. Dziadek nie rzucił się w bój przeciwko Rosjanom w obronie katolickiej Europy, tylko najzwyczajniej… zwiał. Trudno mu się dziwić. Każdy, nawet największy patriota miałby dość wojaczki. Gdy znalazł się w Krakowie było już „po chlebiczku”, lub jak chcą inni – „po herbacie”. Widmo komunizmu oddaliło się na ćwierć wieku, a Dziadkowi dostała się w nagrodę Babcia, czyli Hanka Taborska. Ślub wzięli w 1922 roku w kościele św. Mikołaja przy ulicy Kopernika, tym samym, któremu w 1945 urwało dach, gdy Niemcy wysadzili pobliski wiadukt.

Po dwóch latach urodził im się pierwszy syn – Wujek Marian, po kolejnych trzech – ciocia Tosia, w 1929 wujek Jasiek, aż wreszcie przyszedł ten szczęśliwy dla mnie moment narodzin mojego Taty, czyli Piotra Józefczyka. Jak obliczył, Dziadek miał wtedy 45 lat, piątkę dzieci, zaliczone dwie służby wojskowe, dwie ucieczki i pracę urzędnika w krakowskim sądzie przy ulicy Grodzkiej. Rodzina zamieszkiwała przy ul. Św. Jana 14. I tu szczęśliwie udało mi się nagrać kilkanaście minut wspomnień Cioci Tosi. Zaraz po spisaniu trafią na bloga.

Swoją drogą pewnie zwrócę się jeszcze do dzieci Mariana, kuzynostwa – Ewy i Wacka o wspomnienia z ich domu Rodzinnego. Zdradzę tylko, że jednym z nich jest oblewanie moich urodzin przy ówczesnej ulicy Marchlewskiego :). Musiały być obfite, bo rosłem zdrowo i oprócz astmy alergicznej i choroby lokomocyjnej, nie trapiły mnie w dzieciństwie inne przypadłości. Roztargnienie i skleroza doszły później, o cym pisałem i mówiłem wielokrotnie, miedzy innymi tutaj.

Okruchy i miedziaki

Zanim jednak dotrę do tych wspomnień, jeszcze rzucę kilka okruszków moich własnych, które pominąłem w tym felietonie.
Funkcję woźnego, o której tam wspomniałem, Dziadek pełnił na emeryturze. Dorabiał sobie pare groszy, które między innymi wydawał na „Sporty” w dziesiątkach, szklane lufki do tychże – oraz, prawdopodobnie ku niezadowoleniu Babci, na hazard. Nie inwestował na giełdzie – takowa w Polsce nie istniała, nie obstawiał walk kogutów, ani nie rujnował zdrowia grą w pokera. Miał tylko jedną słabostkę. Grę liczbową, znaną dzisiaj pod nazwą Lotto, a onegdaj w Krakowie i regionie był to „Lajkonik„. Na Śląsku była „Karolinka” a we Wrocławiu „Liczyrzepka”.

Otóż zdarzyło się kiedyś, że Dziadkowie nie mogli dopiąć budżetu i naszemu poszukiwaczowi szczęścia brakło na obstawienie kuponu. Wawrzyniec miał zgromadzony niewielki zbiór monet i banknotów przedwojennych. Nie miały one jakiejś wielkiej wartości, ale po spieniężeniu dały możliwość oddania się cotygodniowej przyjemności. Gdy podano rozlosowane liczby, Dziadek po raz kolejny przekonał się, że wygrał figę. Wtedy zaczął podwójnie przeżywać stratę. Pamiętam dobrze, jak zamartwiał się, że pozbył się pamiątek, które przypominały mu czasy przedwojenne. Ja martwiłem się wraz z nim, bo był naprawdę bardzo kochany i nie wiedziałem jak mu pomóc.

Deus ex machina

I tu stała się rzecz zupełnie niezwykła. Koleżanka z podwórka, Boguśka, przytargała skądś żółte, plastikowe pudełko z przegródkami. A w nim – trochę monet, kilka banknotów, między innymi prawdopodobnie przedwojenną, papierową złotówkę. Nie był to zbiór muzealny, ale na tyle atrakcyjny, że mógł przerwać katusze Dziadka. Namówiłem koleżankę do sprzedaży. Zapewne przy pomocy rodziców sfinansowałem inwestycje i zaniosłem na Floriańską. Dziadkowi jakby kto w kieszeń napluł. Nie pamiętam czy mnie wyściskał, ale na pewno wróciłem mu jego zwykły, dobry humor, który z reguły przejawiał się w dość oryginalnych powiedzonkach. Podam tylko charakterystyczne przykłady: nie mówił – zgaś radio, tylko „do wora” :). Nigdy nie chodził do WC lub ubikacji. Zawsze „tam gdzie król chodzi piechotą”. Ewentualnie „do telefonu”.

Czy gdyby dzisiaj powiedział: „idę do komórki”, nie zabrzmiałoby to zabawnie? Bo przecież dzisiaj często idziemy z komórką „do telefonu” !
A Panowie nie dość, że nie na 5 lat, to w ogóle nie idą do armii! Może dlatego bywają tacy „wymuskani”.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę