Podróż za jeden uśmiech

Podróż za jeden uśmiech

Budziłem się już w najróżniejszych miejscach miejscach. A to:

  • na stacji kolejowej w Euskirchen koło Bonn;
  • w namiocie przy wjeździe na autostradę w LeMans;
  • na dworcu autobusowym w centralnej Francji;
  • pod gołym niebem, na poboczu drogi gdzieś między Montpellier a Narbonnes;
  • w namiocie na poboczu autostrady nieopodal Brukseli;
  • na małym przystanku kolejowym w okolicach Osnabruck.

Ta ostania lokalizacja zapadła mi mocno w pamięć. Otóż tego dnia rano wyruszyłem autostopem z Hamburga, do którego dotarłem nocnym pociągiem z Kopenhagi, by według planu wylądować we Francji. Wydostałem się jakimś autobusem miejskim na przedmieścia. Lokalizację ustaliłem wcześniej mniej więcej na mapie, tak aby znaleźć się gdzieś w pobliżu autobany prowadzącej na południe Niemiec. Mercedesy, Audi i inne VW mijały mnie obojętnie, a jeśli już któryś się zatrzymał, to okazywało się, że jedzie do pobliskiego Aldika po mleko. Oraz, że ma blade pojęcie o Metzu, który był moim celem etapowym. No i nikt nie wiedział, że jest taki film „Podróż za jeden uśmiech”, w którym przemądrzały Duduś wraz z bratem ciotecznym przemierzają autostopem Polskę!

Trampen to brzmi dumnie!

Ja natomiast miałem blade pojęcie o języku. Moja znajomość niemieckiego ograniczała się do zdawkowego powitania, pożegnania, oraz specyficznego pozdrowienia, którego użycie mogłoby sprowadzić na mnie kłopoty. Zresztą komunikat wysmarowany na tekturze wyraźnie oznajmiał, że kieruję się w stronę Osnabruck. Robiło się już niebezpiecznie późno. Wreszcie jakiś kierowca zdecydował się mnie podwieźć. Szczęściem w nieszczęściu była to Brema, oddalona o 130 kilometrów. Sukces, bo urwałem kawałek trasy, ale wjazd na autostradę, w którym mnie wysadził, był tak położony, że wydostanie się z niego była prawie niemożliwe. Mój brak doświadczenia w wynajdywaniu dobrych punktów autostopu przerodził się w kilkugodzinną „wartę”. Dopiero później nauczyłem się, żeby wysiadać przy stacjach benzynowych na trasie, nawet kosztem przejechania kilkudziesięciu kilometrów mniej.

Byłem głodny, chciało mi się pić. Czułem, że Francja oddala się ode mnie zupełnie tak, jak kiedyś dzieliły się kontynenty. Dobrze po południu zatrzymał się busik – „ogórek” Volksvagena z pasażerami o ździebko podejrzanym wyglądzie. Trochę przypominali hippisów z musicalu „Hair”, a trochę wycieczkę dealerów do Kolumbii.
„Wo tramps du?” – zapytali, a widząc moja zbaraniałą minę przeszli na angielski. „Dokąd jedziesz stopem?”. Zgodnie z prawdą odrzekłem, że do Metz, pierwszego miasta za granicą. Roześmiali się, popatrzyli po sobie i kazali mi wsiadać razem z ogromnym plecako-garbem, który taszczyłem ze sobą z Oslo. Oczywiście nie pamiętam o czym rozmawialiśmy, ponieważ zbliżał się wieczór i mój mózg zaprzątnięty był kombinowaniem, gdzie spędzę noc. Okolica nie zachęcała do optymizmu, żadnych miejsc godnych zainteresowania. Zresztą byłem na łasce moich dobroczyńców, gdyby zechcieli, mogli mnie zostawić na środku pustyni…

Podróż za jeden uśmiech?

Na tym właśnie polegają uroki autostopu. Nie znasz dnia, ni godziny. Nie możesz się spieszyć, ani wymagać od kierowców cudów. Wszystko zasadza się na Twojej cierpliwości i ich dobrej woli. Wbrew pozorom musisz być dobrze zorganizowany, mieć jakiś zapas jedzenia i picia. Powinieneś być też przygotowany na niemiłe niespodzianki.
Kiedyś na trasie z Paryża nad Morze Śródziemne szofer, chyba tylko trochę młodszy niż ja teraz, zaczął mnie wypytywać o wolność seksualną w Polsce. Zaniepokoiło mnie to, bo w wakacje 1981 roku Francuzi głównie pytali o Walezę i Solidarite. Musicie pamiętać, że moje dwie duże podróże po Europie odbyły się w pierwszej połowie lat 80. W momencie, gdy kierowca zasugerował, że być może jest mi za gorąco i powinienem zdjąć podkoszulek, przestraszyłem się nie na żarty. Wobec mojego zdecydowanego oporu pan stwierdził, że skręca w prawo, wręcz wyrzucił mnie z samochodu i… pojechał prosto. W ten sposób ominęła mnie przyjemność wstąpienia do ruchu LGBT zanim jeszcze oficjalnie zaistniał.

Na szczęście to był jedyny taki dziwny przypadek. No, może pominąwszy suszące się majtki i staniki na desce rozdzielczej samochodu. Ale to nie działo się w trakcie autostopu, więc nie miejsce tu, żeby podawać szczegóły tej „bieliźnianej afery”.

Oczywiście warto mieć dobrą kondycję, bo zdarza się, że trzeba wydostać się z jakiegoś niewielkiego miasteczka na piechotę. Mnie zdarzyło się to kilka razy. Między innymi po bezskutecznym „stróżowaniu” przy autostradzie w LeMans oraz spędzonej tam w moim namiociku nocy, byłem zmuszony wrócić do centrum. Po drodze skontrolowali mój paszport i wizę francuscy żandarmi, a w poczekalni dworca kolejowego zobaczyłem pięknego Peugeota 205, w którym zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Następnie ominąwszy kasy biletowe wsiadłem do pospiesznego do Rennes i w kibelku przejechałem na gapę jakieś półtorej godziny.

Tschüss,

rzucili za mną pasażerowie „ogórka”, gdy wysadzali mnie w szczerym polu, jakieś 40 kilometrów przed Osnabruck. Powoli zapadał zmrok, wokół same pola, przy drodze rów melioracyjny. Zerowe szanse na sensowny biwak. Gdy zobaczyłem w oddali majaczące domy, postanowiłem poszukaćtam szczęścia. Teraz zastanawiam się, co bym zrobił, gdyby to do mnie ktoś, kto wyglada na włóczęgę zapukał wieczorem i poprosił o nocleg. Dlatego, mimo, że wtedy kląłem Niemców w ich ojczystym języku, rozumiem, dlaczego żadne drzwi nie stanęły przede mną otworem.

Zlitował się dopiero jakiś Pakistańczyk, prawdopodobnie imigrant, który podrzucił mnie do najbliższej stacji kolejowej w Lamforde. Wyjaśnił, że tu mogę sobie przekimać, a rano wsiądę w pociąg. Cóż było robić. Wyjąłem mój dewizowy, kupiony za ciężkie pieniądze w Norwegii śpiwór – polski zgubiłem gdzieś pod Goteborgiem – i wsunąwszy się w jego przytulne wnętrze spałem do pierwszego pasażera. Śpiwór mam do dzisiaj, wspomnienia też, na szczęście niezupełnie zwietrzałe.

No i pamiętajcie, że wyczerpałem zaledwie jeden z sześciu punktów, od których zacząłem.

Podróż za jeden uśmiech trwa, mimo, że czasem ten uśmiech bywał dość kwaśny!

Leave a Reply

Powrót na górę