Minął dokładnie rok i dzień od momentu, gdy napisałem o mrówkach. Te pracowite stworzonka przeprowadziły naonczas pobieżną inwentaryzację najbliższych okolic okna pokoju na parterze, włącznie z parapetem. Ne śmiem przypuszczać, iż w jakiś nadprzyrodzony sposób dotarły do tamtego tekstu. Być może w procesie ewolucyjnej adaptacji nauczyły się czytać. I to od razu po polsku. Świadczy to dobrze o naszym obecnym rządzie, który nawet owadom potrafi zaszczepić patriotyzm. Jest to być może o tyle łatwiejsze, że zwierzątka są koloru czarnego. Mrówki czerwone zapewne skłaniałyby się ku internacjonalizmowi, z utworzeniem owadziej międzynarodówki włącznie.
Faktem jest, że kilka dni temu ponownie odwiedziły moje rodzinne siedlisko. Tym razem złożyły mi wizytę na pierwszym piętrze, co świadczy o ich wygórowanych aspiracjach. Po krwiożerczym stłumieniu pierwszej fali przy pomocy odkurzacza, opadły nie wyrzuty sumienia. Przecież nie zrobiły mi krzywdy. Nie właziły do łóżka, nie łaskotały mnie pod pachami. Nie agitowały za wstąpieniem do Zjednocznej Mrówicy, ani stowarzyszenia Mordo Mrówis. Zachowywały się nadzwyczaj przyzwoicie. Nie tupały, ani nie wykrzykiwały wrogich rodzajowi ludzkiemu haseł. Krzątały się tam i sam, zaglądały do doniczek. Jedna zapędziła się na biurko, ale próba założenia słuchawek zakończyła się niepowodzeniem.
Postanowiłem tedy
dać mrówkom spokój. Zorientują się, że wyraźnie odstaję od ich pracowitych charakterków, groźny dla królowej nie jestem. Ponadto chrapię niepokojąco mocno, wywołując mrówczy tajfun. I rzeczywiście forpoczty najeźdźców przekazały do ichniego centrum dyspozycyjnego, że ten kierunek prowadzi w ślepy zaułek. Brak wspólnych interesów w polityce międzygatunkowej sprawił, że rozstaliśmy się pokojowo. Podejrzewam, że jako przeciwnika liczebnie upośledzonego mrówki zostawiły mnie w spokoju. Obawiały się po prostu moralnego potępienia ze strony innych sublokatorów ze świata fauny. Tym samym zawarliśmy niepisany pakt, że kolejnego zwiadu mogę spodziewać się najwcześniej za rok. Mam jeszcze do dyspozycji poddasze!
Tymczasem na poziomie minus 1 zagościł
krecik
O ile z mrówkami nawiązałem kontakt wzrokowy, o tyle moja ulubiona postać z czeskiej kreskówki ( Krtek) nawiedza mnie incognito. Podobnie jak one wypuścił „balona próbnego” w postaci kilku kopców. Rozgrabiłem je grzecznie licząc na takt i dobre wychowanie podziemnego sublokatora. Skoro zorientuje się, że zrównałem z ziemią jego baszty, dyskretnie wycofa się na teren sąsiadów.
Figa z makiem. Wygląda na to, że ma zamiar stworzyć model krakowskiego metra, o którym od kilku miesięcy jest bardzo głośno. Obawiam się jednak, że wykonanie oryginału przeciągnie się do XXII wieku. Ilość nagromadzonych pod ziemią archeologicznych skarbów może stać się przeszkodą nie do pokonania. Zupełnie nie mam przekonania do tego pomysłu, widząc jak ślimaczy się budowa Trasy Łagiewnickiej, która przy okazji doszczętnie zrujnowała otoczenie wielu właścicielom domów jednorodzinnych.
Po przeczytaniu sposobów na zwalczanie kreta, który jest pod ochroną, przyjąłem strategię pokojowego współistnienia. Nie będę zakładał pułapek, ani tym bardziej straszył zwierzątka ultradźwiękami. W odróżnieniu od upierdliwych kundli sąsiadów, krecik jest stworzeniem dyskretnym, który nie przeszkadza mi w lekturze złośliwym ujadaniem. Mimo, że sam pozbawiony jest możliwości rozkoszowania się beletrystyką, nie pozbawia tej przyjemności innych.
Być może, w uznaniu jego zasług przygotuje powyższy felieton w formie audiobooka, tak, aby i ten ryjówkokształtny osobnik miał możność zakosztowania kunsztu tej formy dziennikarstwa :). I za rok razem z mrówkami zorganizujemy warsztaty powszechnej symbiozy istot żyjących…