List do M. czyli wariacja na temat…
Na wstępie proszę w liście,
nie żebym był zachłanny,
by szmalu wielkie kiście
usłały mi dno wanny…
A potem drogi Święty,
Gdy wydam szmalec ździebko,
dorzuć mi coś do renty,
by umrzeć było lekko.
I proszę Cię serdecznie,
jeśliś nie zakłamany,
to spraw by były wiecznie
wpatrzone we mnie damy
Nie proszę Cię poza tym
o zdrowie i awanse.
To pierwsze dość mi służy,
na drugie marne szanse.
Na koniec złożę jeszcze
postulat dość banalny,
byś dał mi rymy wieszcze,
lecz nie był zbyt nachalny.
Bo nie chcę leżeć w krypcie
nagrobkiem przywalony,
by moherowe drypcie
składały mi pokłony.
Nadmieniam, że List do M. to tylko jeden z moich wierszyków, którymi chłoszczę, a także składam samokrytykę. Ich uniwersalizm budzi nawet mój podziw, jakże skromnego wyrobnika słowa. Szczególnie polecam „Erotyk erudyty”, który koresponduje z trzecią zwrotką.
Nie śmiem uważać siebie za damę ale wpatrzona jestem od lat!
Jak najbardziej za damę uważać się możesz, a mnie bardzo miło być obiektem Twojego w(y)patrywania :).