Kiedy w rozmowie ze znajomymi usłyszałem, że mam do opowiedzenia mnóstwo ciekawych przeżyć, bardzo się zdumiałem. Przecież nie zdobyłem jakiejś szczególnie wysokiej góry, oprócz Omu w rumuńskich Karpatach. Nie pojechałem, o czym przez lata marzyłem, nad Don, żeby odwiedzić miejsce akcji mojej ulubionej książki – „Cichego Donu” Michała Szołochowa. Afryka, o której pisałem w wypracowaniu w IV klasie podstawówki też odmówiła mi gościny.
To jak? Moje zupełnie mikro-podróże po Europie nadają się do opowiadania?
Zagadkowy autostop, noclegi na dworcach i pod gołym niebem?
I nagle uświadomiłem sobie, że nawet te przyziemne z pozoru przeżycia, nie były dane ludziom, którzy, w przeciwieństwie do mnie, prowadzili ultra osiadły tryb życia.
Pamiętajcie, że moje studenckie czasy przypadały na okres 1979-84, czyli późny Gierek, „Solidarność” i stan wojenny. Wyjazd nie był kwestią zabukowania biletu lotniczego, noclegu i wypożyczenia samochodu. To było wielkie, logistyczne przedsięwzięcie.
A przekroczenie granicy z Europą Zachodnią automatycznie powodowało zubożenie do granic ludzkiej wytrzymałości.
W Polsce zarobki oscylowały wtedy w granicach 12-15 dolarów. To absolutnie nie pozwalało na luksus zwiedzania. Naturalną więc koleją rzeczy najpierw należało znaleźć sobie pracę, a dopiero potem zarobione pieniądze przeznaczyć na eskapady. Niektórzy woleli kumulować zyski, ale dla mnie przygoda i zwiedzanie stanowiły absolutny priorytet. Mam tak do dzisiaj. Nuda mnie zabija!!!
Wyjazd na Zachód to była magia, której nie można porównać do najegzotyczniejszych wycieczek do Azji czy Afryki. To było, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – kino w 3d, poprzedzone długotrwałym staniem w kolejce po bilet.
Jedynymi dostępnymi mapami samochodowymi były wydawnictwa węgierskiej Cartografii, z reguły w dość niedokładnej skali. Z jedną z takich map przemierzyłem kontynent trzy albo czterokrotnie.
Zanim opowiem Wam coś więcej, wrócę do logistyki. Pierwszy raz poza granicę „demoludów” czyli krajów demokracji ludowej ( jakby demokracja mogła być inna: demos: lud; kratos – władza), udało mi się wymknąć we wrześniu 1979 roku.
DYGRESJA NUMER 1
Celem był Londyn, miasto które znałem z różnych książek, a najbardziej utkwił mi w pamięci opis wojennej metropolii z trochę satyrycznej pozycji: „Od Torunia do Londynu. Podróż z przeszkodami”. Autor – Władysław Ksielewski – opisuje losy rezerwistów, którzy po klęsce wrześniowej – przez Rumunię, Węgry i Francję – trafili do stolicy Wielkiej Brytanii. Znalazł się tam sarkastyczny opis polskich koterii politycznych, które walcząc między sobą, szukały równocześnie wpływów w rządzie Jej Królewskiej Mości – Elżbiety II. Był to oczywiście obraz przerysowany, karykatura na potrzeby ówczesnych władz komunistycznych, ale patrząc na współczesne wojenki polsko-polskie, jest spore ziarno prawdy w tych opisach!
Po tej dygresji – jest wielu świadków na to, że to moja ulubiona forma pisania i rozmowy:
DYGRESJA DRUGA
Tak się złożyło, że na pierwszym roku studiów odwiedzili Kraków młodzi eurokomuniści. Byli to przeważnie studenci, przekonani o tym, że ustrój socjalistyczny w wydaniu wschodnioeuropejskim znacznie przewyższa znany im z autopsji krwiożerczy kapitalizm. Wraz z Markiem, kolegą ze studiów, obsługiwaliśmy ich medialnie.
Przyjęto ich iście po królewsku. W Krakowie mieszkali w najlepszym na owe czasy hotelu „Cracovia”. W Zakopanem zakwaterowano ich w luksusowym pensjonacie „BelAmi”. Spędzili też upojny wieczór w „Chacie Zbójnickiej” z grillem i nieograniczoną ilością alkoholu. Zwiedzili oczywiście obóz w Auschwitz, który wywarł na nich przygnębiające wrażenie.
Myślę, że tak zorganizowany pobyt, bez ujawniania prawdziwych szczegółó ówczesnej sytuacji w zadłużonej przez Gierka Polsce, pozwolił im umocnić pozytywne zdanie o dobrodziejstwie komunizmu…
Wśród gości byli Włosi ( a jakże, śpiewaliśmy „Avanti o poppolo, alla riscossa, bandiera rosa la trionferra”), Hiszpanie, Francuzi i Anglicy. I właśnie z jednym z nich – Terrym, zadzierżgnęliśmy szczególne więzy sympatii. Właściwie to Marek zadzierżgnął, bo mój angielski w owym czasie był mniej więcej na poziomie Zulu Gula. Tak więc byłem niemym, aczkolwiek aktywnym świadkiem tej znajomości.
Koniec dygresji.
Marek dogadał się z naszym Anglikiem, który studiował w Brighton i był członkiem Komunistycznego Związku Studentów, że złożymy mu rewizytę, tym razem o charakterze całkowicie prywatnym! Poinformowaliśmy go, że konieczne będą zaproszenia zarówno do paszportu, jak i do wizy. Jakież było nasze zdumienie i rozczarowanie, kiedy w kwietniu nadeszły te zaproszenia. Były to po prostu wypisane na papierze firmowym ichniego związku studenckiego słowa: „We invite you… etc.etc”, które nie miały absolutnie żadnej mocy sprawczej – ani w milicyjnym biurze paszportowym, ani w konsulacie brytyjskim. Marek natychmiast wszczął alarm, nie pamiętam, pocztowy czy telefoniczny, dość na tym, że jakieś trzy tygodnie później nadeszły oficjalne zaproszenia, potwierdzone przez polski konsulat w Londynie.
Teraz zaczęło się prawdziwe „chażdienie pa mukam”, czyli „droga przez mękę” ( swoją droga bardzo polecam tą epopeję Aleksieja Tołstoja, to coś na kształt naszej „Sławy i Chwały” Jarosława Iwaszkiewicza, które to książki bardzo pomagają zrozumieć zawiłości otaczającego nas świata). Ponieważ to była zaledwie mini-dygresja, pozwolę sobie specjalnie jej nie wyróżniać!
Najpierw zapisaliśmy się do paszportowej listy kolejkowej przy ul. Siemiradzkiego w Krakowie. Należało się tam zgłaszać codziennie rano w celu potwierdzenia obecności, gdyż w przeciwnym razie komitet kolejkowy wykreślał delikwenta z listy. Był chyba też obowiązek jednego lub dwóch dyżurów, czyli zawiadywania przez kilka godzin listą, na którą wpisywały się wciąż nowe ofiary.
Ta kolejkowa procedura trwała od dwóch do czterech tygodni, plus około miesiąc na wyrobienie i wydanie paszportu.
Grunt powoli zaczął palić nam się pod nogami,
czasu było coraz mniej, bo planowaliśmy wyjazd w sierpniu. A zostawała jeszcze kolejka wizowa w brytyjskim konsulacie w Warszawie.
Było na tyle późno, że zaistniała konieczność dostania się do komendanta milicji, w celu złożenia podania o tzw. przyspieszenie. I tu zaczął się prawdziwy dramat! Ilośc chętnych do wizyty u naczalstwa była ogromna, a porządku żadnego. Niezbędne były mocne łokcie lub znajomości. Mimo, ze obaj byliśmy dość szczupli, a może właśnie dlatego, udało nam się dostać przed oblicze najwyższego rangą decydenta. Klepnął przyspieszenie i teraz wypadało czekać na książeczkę paszportową.
Dzisiaj już nie pamietam dokładnie, ( minęło bez mała 45 lat), ale jeszcze bez paszportów rozpoczęliśmy starania o wizę brytyjską. Ponieważ jako studenci nie śmierdzieliśmy groszem, pierwszą podróż do stolicy odbyliśmy autostopem.
Wyglądało to w skrócie tak:
- Na wylotówce do Warszawy udało nam się dostać do autokaru, który jechał do Radomia. Pech chciał, że kierowca miał jakiś biznes poza trasą, więc zostawił nas w knajpie w Książu Wielkim i odjechał w siną dal. Wrócił po jakichś trzech godzinach. Po drodze usuwał jeszcze awarię, więc w centrum Radomia wylądowaliśmy około północy! Dziwnym trafem naradę bojową odbywaliśmy w bezpośredniej bliskości Komitetu Wojewódzkiego PZPR, co zaniepokoiło służby mundurowe. Zostaliśmy wylegitymowani i przepędzeni z tego strategicznego dla władzy miejsca.
- Szybkim marszem wydostaliśmy się na drogę do Warszawy, a tam gdzieś koło 1. w nocy złapaliśmy TIRa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że kierowca co chwilę przysypiał i zjeżdżał albo na pobocze, albo poza oś jezdni. Próby zagadywania nie dały rezultatu, był rozmowny jak ślimak po burgundzku w momencie wkładania do piekarnika! Z duszą na ramieniu dojechaliśmy w okolice Marszałkowskiej i popędziliśmy na Aleję Róż do konsulatu. To było gdzieś koło 3. nad ranem, więc ogonek był jeszcze umiarkowany. Dzięki temu udało się złożyć wniosek wizowy jeszcze tego samego dnia.
- Pomni doświadczeń z poprzedniej nocy postanowiliśmy wrócić pociągiem, ale połączenia były tak kiepskie, że znaleźliśmy się na dworcu PKP w Kielcach około przeklętej pierwszej w nocy, bez widoków na połączenie do Krakowa!
- Zagraliśmy va bank i po kilkunastu minutach ustawiliśmy się na szosie w kierunku Krakowa, na malowniczym wiadukcie nad torami kolejowymi. Ku naszemu zdumieniu po dość niedługiej chwili zatrzymał się dostawczak marki „Żuk”, który szczęśliwie dowiózł nas do Krakowa!!! Wierzcie mi – jazda w nocy, na pace „Żuka” z bocznymi ławkami, pod fiurgającym brezentem, to przeżycie o wiele większe niż lot klasą biznes do Dubaju czy Dohy.
Odetchnęliśmy.
Machina została wprawiona w ruch. Teraz należało wierzyć, że jej trybiki się nie zatną i nasz wyśniony wyjazd dojdzie do skutku. A ja, po przeczytaniu ponownie całego tekstu, uświadomiłem sobie, że znajomi mają stuprocentową rację. Trudne czasy, w których żyliśmy, były wylęgarnia kreatywności przez duże „K”.
Czekajcie na ciąg dalszy London’s Story, bo bedzie niemniej mrożąca krew w żyłach.
BYE!!!
A gdyby ktoś chciał się wybrać do Gori, miejsca urodzenia Stalina, to może sie przenieść klikając TUTAJ.