W poprzednim odcinku:
- Spotykamy się z eurokomunistami, z których jeden – Brytyjczyk Terry zgadza się zaprosić nas do Londynu!
- Rozpoczynamy procedury wyjazdowe, czyli walkę o paszporty i wizy. Przypominam – jest rok 1979, ostatni pełny rok władzy Edwarda Gierka, którego odsunęły od władzy wypadki sierpniowe 1980. Jego niewątpliwą zasługą było zliberalizowanie gomułkowskiego PRLu, wadą natomiast – wpędzenie Polski w 20 miliardowy dług – mowa tutaj o dolarach amerykańskich.
- Uroki autostopu – oszczędzamy na wyjazd, jadąc składać wnioski wizowe przygodnymi, ale za to darmowymi środkami transportu. O tym wszystkim możecie przeczytać TUTAJ ( Kliknij niebieskie).
Jak już wspomniałem, czas kurczył się w postępie geometrycznym, a progres logistyczny był odwrotnie proporcjonalny do zamierzonego. Wyobraźcie sobie jednak dwóch dwudziestolatków, którzy dostąpią zaszczytu reprezentowania samych siebie w europejskiej stolicy biznesu i kultury. Staną dosłownie na głowie, żeby dostać się za żelazną kurtynę, która naonczas była juz jakby trochę mnie szczelna!
Drzemiący we mnie frankofil potwornie kopie mnie od środka w brzuch za zdradę ideału paryskiej dominacji w świecie. Fakt jest niezaprzeczalny – Paryż odwiedziłem w dwa lata później, we wrześniu 1981 roku!
I tak sobie od kilku lat marzę, że bardzo chciałbym Londyn po ponad 40 latach zobaczyć. Taka podróż w czasie!!!
Pozostawała kwestia jak do Londynu dotrzeć! Samolot odpadał. Trudno sobie dziś, w dobie tanich linii lotniczych, wyobrazić tamte ceny, w dodatku przeliczając waluty po kursie czarnorynkowym.
DYGRESJA NR 3
Tutaj uwaga dla młodzieży. Kurs oficjalny był kilkukrotnie niższy, ale można było kupić tylko 100 dolarów co dwa lata. Natomiast po cenie czarnorynkowej walutę oferowali tzw. „cinkciarze” lub „konie”. Stali z reguły pod Pewexami ( sprawdźcie w necie, nie mam siły wyjaśniać) i zachęcali – „change money, change money”. Mówili dość szybko, robiła się z tego zbitka słowna „cink money, cink money”. I z tego powodu mądry polski naród przechrzcił ich na „cinkciarzy”. Ci pod Pewexami to były płotki, nici biznesu sięgały znacznie wyżej, prawdopodobnie także do wysoko postawionych funkcjonariuszy partyjnych. Pamietam, że kiedyś spod PEWEXU przy ówczesnej ulicy 18 Stycznia, cinkciarz emeryt zaprowadził mnie do swojego mieszkania i wyjął żądaną kwotę „zielonych” z taboretu!
Tak jak napisałem ani British Airways,
ani PLL LOT nie oferowały nam atrakcyjnych stawek taryfowych. Pociąg był również drogi, a od granicy NRD z RFN koszt biletu uiszczało się w walucie obcej. Wspomniany przelicznik odrealniał wtedy wszelkie ceny za granicą. Regularna, międzynarodowa komunikacja autokarowa jeszcze wtedy nie funkcjonowała w Polsce.
Pomoc przyszła z najbardziej niespodziewanej strony – czyli od morza. Powiał wiatr nadziei w postaci Przedsiębiorstwa Żeglugowego Polferries, które właśnie w roku 1979 uruchomiło linie promową ze Świnoujścia do Felixtowe, małego portu ok 70 mil w linii prostej na północny-wschód od Londynu. Czym prędzej zaopatrzyliśmy się w „bilety pokładowe”deck tickets”, które dawały nam pełne prawo do okupowania dowolnego miejsca na jednym z wielu pokładów promu „Pomerania”, oddelegowanego do zaszczytnej służby odbycia dziewiczego rejsu dwóch Krakusów. O samej podróży promem opowiem w kolejnym odcinku, na razie wróćmy do Polski, w której wydarzyły się kolejne trzęsienia ziemi.
DYGRESJA NR 4
Otóż 24 czerwca, w swoje imieniny, termin egzaminu z ekonomii politycznej wyznaczył niejaki docent Jan Pawlik, postać tyleż sympatyczna, co zgryźliwa. Jak nietrudno się domyślić, studentom dziennikarstwa przedmiot nie był szczególnie bliski, toteż głowy posypały się obficie. Ale, co ciekawe, obronna ręką ( a właściwie nogą), wyszły studentki, które w charakterze prezentu imieninowego ubrały kusawe spódniczki. Widocznie długość tychże musiała być jakoś pozytywnie skorelowana ze wskaźnikami ekonomicznymi, bo ich ( spódniczek, nie wskaźników) właścicielki, zdały egzamin bez większych kłopotów. Natomiast egzaminator absolutnie nie wziął pod uwagę naszych kalkulacji i najzwyczajniej w świecie nas oblał. Na domiar złego wziął nas w kleszcze i wyznaczył poprawkowy termin we wrześniu, jak się potem okazało, skracając nasz londyński pobyt do dwóch tygodni.
Zauważcie teraz, jakimiż byliśmy desperatami. Ponad pół roku przygotowań! Odliczywszy podróż, sam pobyt trwał 10 dni!!!
Moment odebrania paszportu był dla nas chwilą niezapomnianą.
Dumnie spoglądaliśmy na pieczątkę „Wszystkie Kraje Europy. Z prawem jednokrotnego przekroczenia granicy”. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że możemy pojechać do dowolnego kraju europejskiego, ale po powrocie dokument musi powrotem powędrować do milicyjnego depozytu. Po to, aby przy okazji kolejnego wyjazdu, cała karuzela rozkręcała się na nowo!
Pominąłem bardzo istotny etap, mianowicie wypełnianie kwestionariusza paszportowego. Napiszę tylko, że liczył 8 stron formatu A4 i zawierał pytania obejmujące niemal wszystkie sfery życia prywatnego i zawodowego. Samo uzupełnienie dokumentu wymagało wiedzy niemal magicznej, na pograniczu ezoteryki i literatury faktu!
Kolejną nietypową decyzją, którą podjęliśmy po wspólnej naradzie, było zabranie ze sobą rowerów w celu taniego zwiedzania Londynu. Pomysł był o tyle trafiony, że udało nam się zorganizować pojazdy z kierownicą po właściwej stronie, co znakomicie ułatwiało nam unikanie wszelakich kolizji! Jak więc widzicie nasz wyjazd coraz bardziej przypominał sztuki Eugeniusza Ionesco, pełne absurdalnego humoru i odrealnione do granic możliwości…
Sam wyjazd zorganizowaliśmy w ten sposób, że po otrzymaniu promesy, pojechaliśmy z pełnym wyposażeniem do Warszawy po wizę, tym razem rezygnując z autostopu. Walka toczyła się o to, abyśmy na tyle szybko załatwili formalności przy al. Róż w konsulacie GB, aby zdążyć na pociąg do Świnoujścia, który osiągnie cel przed zamknięciem odprawy w terminalu promowym.
Rowery podróżowały z nami, w przeznaczonym specjalnie do tego celu wagonie bagażowym. Gdy zobaczyliśmy otwartą gardziel „Pomeranii” po raz drugi odetchnęliśmy z ulgą:
PŁYNIEMY!
Zaokrętowanie poszło gładko, przy czym okazało się, że takich jak my „łebków” z najtańszymi kartami pokładowymi jest znacznie więcej niż sensownych miejsc do rozlokowania. Nie zdziwiło nas to specjalnie, gdyż za komuny podróżowanie pociągami odbywało się przy zagęszczeniu równym tłumowi na ulicach Delhi. Znaleźliśmy sensowne miejsce nieopodal łazienek
Rozpoczął się 48 godzinny rejs przez Bałtyk, cieśniny Duńskie i Morze Północne. Wkrótce okazało się, że ten dość niespokojny, było nie było, akwen, absolutnie nie ma ochoty nosić na swoim grzbiecie dziwnego tworu w postaci kilku ustawionych na sobie puszek sardynek… zwieńczonych biało-czerwoną banderą!
Ale o tym przeczytacie już niedługo w kolejnym odcinku londyńskiego cyklu.