Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Książka Książka

Książka Książka

Zdecydowanie nie polecam czytania. Czytanie książek wiąże się z ich kupowaniem. A każda kupiona książka musi znaleźć na regale swoje miejsce. Każdy regał jakiś kąt w mieszkaniu. I tu zaczyna się problem. Bo oprócz książek warto mieć w mieszkaniu szafę, łóżko, jakieś biurko, stół i krzesła. To absolutne minimum, które z nabytą drogą kupna literaturą, daje podstawy znośnej egzystencji.

O ileż łatwie być telewidzem. Nawet największy – powiedzmy – 100 calowy telewizor nie zajmie tyle miejsca, co skromna biblioteczka przeciętnego mola książkowego. I jestem absolutnie pewien, że oglądanie więcej niż dwóch filmów równocześnie, jest czynnością rzadką. A tymczasem obłożenie się co najmniej pięcioma książkami, to wyczyn dość powszechny pośród książkofili…

A propos „fili”, a właściwie filii.

Książka, którą ostatnio pożyczyłem w najbliższej filii Biblioteki Kraków bardzo przypadła mi do gustu. „Feliks Mendelssohn. Na skrzydłach pieśni” Wilfrida Blunta opowiada o życiu geniusza muzycznego, jakże odmiennym od wielu mu współczesnych. Pozbawiony trosk materialnych, tęsknoty za ojczyzną, w końcu nieprzesadnie romansowy, różnił się od Chopina czy Schumanna. Co nie przeszkadzało mu być z obydwoma w znakomitej komitywie. Sporo ciekawych informacji, chociaż nie wszystkie są wiarygodne. Postanowiłem jednak kupić dla siebie egzemplarz! W ten sposób zrobiłem samobójczy krok ku upchnięciu kolejnego tomu na przeciążonych regałach, co w najbliższej przyszłości może grozić katastrofą budowlaną!!!

I tu rozpoczyna się tytułowa historia. Sobotniej nocy, zawieszony miedzy wodami Dunajca i skałami Sokolicy, znalazłem egzemplarz biografii rzeczonego kompozytora. Czekał na mnie w największym polskim antykwariacie wysyłkowym – Tezeuszu. Ze skarbnicy tej już kilkukrotnie korzystałem, między innymi znalazłem małą płytkę z czterema utworami zespołu „Tropicale Thaiti Granda Banda”. To muzyczna formacja, założona i zasilana tekstami przez krakowskiego kompozytora i satyryka Zbigniewa Raja. Tezeusz też jest pewnego rodzaju rajem, bo możesz tu kupić pozycje, których nie uświadczysz w innych miejscach…

Tezeusz, jak przystało na Eden jest również czynny w niedziele,

nie będąc pocztą, ani stacją benzynową. Wewnątrz miła panienka z lekko zblazowaną, aczkolwiek zawodowo uprzejmą miną, udziela nieśpiesznie informacji. Przed nią, oprócz klawiatury i monitora, szklane naczynie z losami.

No i masz ci los! Zwykle nie wygrywam, no może czasem jakiś radiowy konkurs – a tu stoi przede mną otworem Skarbiec! „GRATULUJĘ!!! Odbierz losową książkę u sprzedawcy w prezencie” głosi napis na pasku papieru. Pewnie, że odbiorę.
Ale świat nie jest taki piękny. Do wyboru jest tylko półka cenowa 9,99… Wychodzę na pięterko, staję przed regałem i czuje się jak osiołek, któremu dano… etc! Bo jednak za tę dychę bez grosza sporo ciekawych tytułów. Jest Hepburn, jest Wałęsa, są rozmowy Anne Applebaum z Tuskiem o Europie, jest biskup Ryś. Już, już sięgam po cegłę Tuska, gdy wzrok pada na tytuł: „Byłaś serca biciem”. Zza ucha dobiega głos Andrzeja Zauchy. Ale skąd tu on? Obejmuję spojrzeniem całą okładkę i odkrywam autora – Zbigniew Książek. Tym razem zamiast cukierka psikus. Tusk idzie w odstawkę, Hepburn wraca do Hollywood, a ja oczywiście wybieram z biciem serca książkę Książka. Na skrzydełkach znajduję rekomendacje Jana Nowickiego i Marka Stryszowskiego, na wewnętrznej stronie okładki dorzuca swoją pochwalną cegiełkę Andrzej Seweryn.

Książka to ja lubiłem zawsze.

A właściwie od czasów studenckich, gdy z Krzysztofem Piaseckim odegrał w „Klubie pod Jaszczurami” skecz o Goprowcu Janie Naskosie! ( po kliknięciu w link wersja późniejsza z Piaseckim i Zauchą). To było w 1979 roku, przy okazji wręczania nagrody „Gęsiego Pióra” za najlepszy tekst dla studenta dziennikarstwa. Przez przypadek to nie ja dostałem to pióro, ale niejaki Marek o cholernie skomplikowanym nazwisku Payerhin. Mogę o nim pisać w miarę swobodnie, bo oprócz pióra, dawno temu dostał już amerykańską wizę i wyjechał do rodziny swojego ojca w Connecticut. To trochę niesprawiedliwe, bo ja wizy nie dostałem i zaczęło mi to wyglądać na jakiś spisek. Brak wizy pozbawił mnie kolejnej nagrody, czyli Pulitzera, który przypadł w udziale komuś o wiele bardziej ustosunkowanemu niż ja.

Nic to! Pierwsze paroksyzmy śmiechu już za mną. Zmieniam zdanie ze wstępu i polecam gorąco czytanie. Najlepiej w formie papierowej!
A za tytuł felietonu, powinienem dostać co najmniej tytuł „Tytułu Miesiąca”. Ze szczególnym uwzględnieniem czystości stylu!

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę