Oczywiście, podobnie jak dzielny wojak Szwejk zaplątałem się w dygresję. No, może to jednak bardziej strumień świadomości, o którym wspominaliśmy na języku polskim z nieodżałowaną prof. Krengiel. Jak w dzisiejszym pandemonicznym świecie: każdy gada swoje, a mało kto słucha. A jeszcze jak gada głośno i ładnie wygląda, to jest the best. Czyli na tym tle wypadam słabo. To nawet ostatnio laryngolog stwierdził, bo nie potrafiłem wyjąkać zwykłego „yyyy” z lusterkiem w gardle. Po prostu porażka.
Niezaprzeczalnie jednak od pewnego czasu człowiek zaczął zachowywać się jak dureń. Ufny w potęgę swojego rozumu i przedsiębiorczcości coraz bardziej ograniczał przestrzeń, z której wyrósł. Z przerażeniem obserwowałem w Krakowie, jak grzyby po deszczu wyrastają deweloperzy, którzy zwietrzywszy krociowe zarobki, zaczęli zabudowywać każdą piędź ziemi.
Mogę nie oglądać TV, mogę nie mieć dostępu do gazet. Ale nie mogę nie czytać książek i nie pisać. To akurat czynności, którym koronawirus niestraszny. Cóż, w dzisiejszych czasach pisanie o tyle ma sens, o ile można się z jego efektem dość szybko podzielić. I tu zaczyna się problem. Bo, jak śpiewał nieoceniony Jerzy Stuhr – śpiewać każdy może. I – jak się okazuję – pisać też. Cóż, ale nie każdy powinien.
Żaden nie pisze papirus,
skąd w świecie się znalazł wirus!
Jak mówią ustne przekazy:
Chińczyk jest winny zarazy.