Nie wiem czy pamiętacie z dzieciństwa zabawę zatytułowaną „Pomidor” ( jej wersja faunistyczna brzmiała „Swiński ogonek”). Polegała na tym, że rozmówca zadawał pytanie kolejnym uczestnikom, a ci, bez mrugnięcia okiem musieli wymienić nazwę tytułowego warzywa ( lub części ciała). Śmiechu było co niemiara, gdy na pytanie jak ma na imię twoja mama, padała odpowiedź „pomidor”. Uczestnik wypadał z gry, gdy nieopatrznie parsknął śmiechem. Bardzo lubiłem zabawę w pomidora, bo z jednej strony wymagała kreatywności w wymyślaniu pytań, a z drugiej siły woli, żeby mimika twarzy nie zdradziła wesołości.
Któż by się spodziewał, że w świecie dorosłych opisana gra będzie również miała wzięcie! Jakiś czas temu, gdy spoglądałem na przygotowywaną przez informacyjne media rządowe papkę, uświadomiłem sobie, że wystarczy zastąpić „pomidora” niewiadomą x, a następnie podstawiać potrzebne pojęcie lub nazwisko. Piszę o TV rządowej, a nie publicznej, bo chociaż co poniektórzy dziennikarze uprawiają intelektualną prostytucję, to określenie „pubbliczna” stanowiłoby obrazę dla porządnie prowadzonego burdelu.
Zapewne nie tylko ja zauważyłem, ze przez długi czas „iksem” był Donald Tusk. W świadomości telewidzów Tuskowy „pomidor” utrwalił się jako „wina Tuska”. Tak więc wystarczy zadać pytanie „Kto jest winien luki vatowskiej?” – Tusk. „Kto spowodował zapaść służby zdrowia” – Tusk. „Jak ma na imię kot suwerena” – Tusk. Tutaj jednak odpowiadającemu nie byłoby do śmiechu, bo prawdopodobnie w trybie pilnym zostałby usunięty z gry. Albo przynajmniej przeniesiony do gry w gumy w wersji ZOMO. Pomyślałem sobie, że w miejsce „pomidora” można wstawić również 5 literowego Trumpa. Co do układania pytań – zostawiam je Czytelnikom, ponieważ z polityką międzynarodową zawsze byłem na bakier. Chętnie przeczytam je w komentarzach.
Na płaszczyźnie obyczajowej zabawa w „pomidora” również kwitnie. Pomimo głośnego „mea culpa, mea maxima culpa” rozbrzmiewającego gromko w kościołach, i pomimo bicia się w piersi aż dudni, nieczęsto zdarza się w codziennym życiu, że otwarcie przyznajemy się do popełnienia zabronionego czynu. Jeśli ktoś ma zwierzęta domowe typu kot lub pies, to pół biedy. Może Mruczka lub Kajtka podstawić za „iksa”. Ale na przykład u mnie? Nawet najmarniejszej świnki morskiej, na którą można by coś zwalić! W tym miejscu, ponieważ mój blog ma również ambicje literackie, polecam opowiadanie Mrożka „Mały przyjaciel”, w którym kotek bierze na siebie grzechy narratora. Jest krótkie, zwarte – jak to u Mrożka – a przynosi wielki ładunek podskórnego humoru, którego tak mi brakuje we współczesnej literaturze polskiej.

Ja też należę oczywiście do ludzi niechętnie wcielających się w „pomidora”. Jedyne do czego przyznaję się bez bicia, to wyjadanie w nocy z szafki ciastek – z tej prostej przyczyny, że ślady z okruszków prowadzą do mojego łóżka. Za każdym razem odpycham więc jak mogę zarzuty o niedomknięcie drzwi lodówki, głośne ciamkanie podczas jedzenia deseru i zużywanie nadmiernych ilości papieru toaletowego. „Pomidor” nieodmiennie odpowiadam na zadane przez żonę lub dzieci pytanie: „KTO?”. Wiem, że mogę zostać srodze ukarany, powoli zamieniając się w warzywo, ale przyznam, że wolę być Panem Pomidorem niż dajmy na to Panią Ogórek, która z sobie tylko wiadomych przyczyn firmuje program „W tyle wizji”.
Na pytanie: „KTO ZA TYM STOI?” odpowiedź jest jedna: „ŚWIŃSKI OGONEK”
Masz coś przeciwko Pani Ogórek?