Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Meru znaczy szczyt

Meru znaczy szczyt

Kluczem do filmu „Meru” nie są moim zdaniem trickowe zdjęcia. Sfilmowane poklatkowo, malowniczo przesuwające się chmury nad niedostępnymi szczytami stanowią zaledwie banalne dopełnienie esencji tego niezwykłego dokumentu.

Filmy o wspinaczce wysokogórskiej cieszą się dużym zainteresowaniem ze względu na niepewność losów ich bohaterów. Przyznajmy, że na codzień chętnie sięgamy do tekstów, których nagłówki zapowiadają czyjąś śmierć. To jest chyba trochę tak, że odczuwamy satysfakcję, że to jeszcze nie my jesteśmy bohaterami notatki lub reportażu. Owszem, współczujemy, ale w głębi rozpiera nas radość egzystencji.

Wspinacze spoglądaja na to inaczej. Kołu ruletki powierzają swoje życie. Stawiają je na przekór zdrowemu rozsądkowi, prośbom najbliższych i dyskusjom, które co jakiś czas przetaczają się przez media. Sam jestem wielkim miłośnikiem gór, Tatry złaziłem wzdłuż i wszerz, ale nieśmiałe próby skałkowej wspinaczki skutecznie wyleczyły mnie z taternickich zapędów. Rekompensatą było kolekcjonowanie książek o eksploracji ścian skalnych. Mam ich spory zbiorek, który często gęsto przydaje się przy pisaniu tekstów.

Zresztą rzemiosło operatorskie i himalaizm czasem stanowią tragiczny splot. Przykładem śmierć Stanisława Latałły w trakcie realizacji filmu o zimowej wyprawie na Lhotse w 1974 roku. Filmowiec zasłabł podczas zejścia z obozu III. Niestety lekarz orzekł zgon.

Meru

to trójwierzchołkowy szczyt w indyjskich Himalajach Gharwalu. Zdobycie środkowego wymaga pokonania niespotykanych trudności na ścianie Shark’s Fin. Szczególne ich spiętrzenie znajduje się na końcowym odcinku drogi, co wymaga wyniesienia odpowiedniej ilości „szpejów” ułatwiających wspinaczkę. Pokonanie tej właśnie ściany obrali sobie bohaterowie filmu.

Dowiadujemy się z niego nie tylko o dramatycznych przeżyciach podczas kilkunastodniowej ekspedycji, ale przede wszystkim poznajemy nadzieje i rozterki uczestników, którym towarzyszą strach i oczekiwanie najbliższych. To, co dzieje się poza Himalajami rozciąga się na przestrzeni kilku lat. Z zapartym tchem śledzimy przygotowania i wydarzenia, które pod znakiem zapytania stawiają sukces przedsięwzięcia.

Dla mnie osobiście, poza dramatyzmem akcji, duże znaczenie ma próba odpowiedzi na pytanie, do którego momentu warto ryzykować własnym życiem w imię pasji i zdobycia upragnionego celu. Czy wycofanie się jest porażką, czy zwycięstwem zdrowego rozsądku? Przyznam, że trzymałem kciuki za powodzenie wyprawy, ale z drugiej strony myślałem o wszystkich, którzy na zawsze pozostali w skalnych lub śnieżnych pustkowiach. Wartością filmu jest jego uniwersalizm. Piekielnie trudna ściana to tylko metafora dążenia człowieka do przekraczania granic za wszelką cenę.

Dlatego właśnie na wstępie zdyskredytowałem wartość samej strony wizualnej filmu, chociaż jest ona naprawdę na niezwykłym poziomie. Ale dla mnie kluczowe są refleksje „spiritus movens” projektu – amerykańskiego wspinacza Conrada Ankera. Nie ustępują mu towarzysze – młodszy stażem i wiekiem Renan Ozturk i wspomniany już Jimmy Chinn. Zresztą obaj przeżyli chwile, które mocno zachwiały ich wiarą w szczęśliwą gwiazdę.

Mówię Wam. Warto oderwać się od tasiemcowych seriali i spędzić na Netfliksie półtorej godziny z elitarną trójką himalaistów!

3 komentarze do “Meru znaczy szczyt

  1. Dzięki za ten felieton. W ramach rewanżu polecam „Północną Ścianę ” z 2008 r. Robi wrażenie, jeśli autor jeszcze nie zdążył obejrzeć.

  2. Dziękuję za ten felieton. Już planuję kolejny seans.
    W ramach rewanżu polecam „Północną Ścianę „,
    jeśli autor jeszcze nie oglądał.

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę