O wakacjach najlepiej piszę się na wakacjach. Bo pisanie o wakacjach po wakacjach zakrawa na masochizm. No i właśnie to jest mój przypadek.
Obiecywałem sobie solennie prowadzenie kroniki wakacyjnej i dzielenie się z wiernymi Czytelniczkami i Czytelnikami moimi spostrzeżeniami z bałtyckich plaż. Liczyłem nawet, że pogoda niespecjalnie dopisze i będę mógł dzielić urlop pomiędzy lekturę i pisanie na blogu. Ale po cichutku i tak wiedziałem, że nic z tego nie wyjdzie. Właściwie udała się tylko połowa zamierzeń. Mianowicie czytanie.
Dodam, że to mi się z reguły udaje. Mimo zupełnie przeciwnej tezy, którą ogłosiłem w felietonie „Czyta nie”. Lubię wgryzać się w książkę, mimo, że z wiekiem coraz mniej mi z niej w głowie zostaje. Nie znaczy to wcale, że w okresie młodzieńczym zostawało mi dużo. Nie, moje roztargnienie i tutaj dawało o sobie znać. Wraz z gubieniem dokumentów, kluczy i pieniędzy pozbywałem się też fabuły, nazwisk bohaterów i miejsc, które autor z takim mozołem opisywał. Zostawało w pamięci ogólne wrażenie i czasem tytuł. Zapewne z tej przyczyny nie zostałem profesorem filologii polskiej. Ba, nawet zwykłym doktorem. Musiałem zadowolić się tytułem najzwyklejszego magistra i to zdobytym po upływie nieprzyzwoicie długiego czasu. Wzmiankuję o tym tutaj.
Pozytywna strona tego medalu to możliwość czytania danej pozycji w nieskończoność bez uczucia nudy i uczucia deja vu. Czego nie mogą powiedzieć fani niniejszego bloga.
„Ale przeńdźmy do ad remu”,
jak mawiał nieodżałowany kolega kierownik z audycji „60 minut na godzinę”.
Dwutygodniowy pobyt w Jastarni obfitował w tyle atrakcji, że postanowiłem je konsumować zamiast opisywać. Główną przyczyną było niewątpliwie urocze towarzystwo mojej żony oraz przyjaciółki rodziny – Karoliny. Ten wakacyjny triumwirat wykazywał tyle inwencji, że zbrodnią było ślęczeć nad kronikami.
I tu znowu cytata z kolegi kierownika, jednej z postaci stworzonych przez znakomitego Jacka Federowicza.
„Po pierwsze primo” mieliśmy fantastycznych sąsiadów z Panią Klaudią i Jej mężem Mieczysławem na czele, którzy zadbali o to, żebyśmy przypadkiem nie wrócili z półwyspu helskiego odchudzeni, co było celem niektórych.. Dopychali nas ciastami, słodyczami, a na dokładkę uraczyli fantastycznym wędzonym łososiem bałtyckim. Pychotka!. Czas umilały nam też ich dwie prześwietne i utalentowane córki: Michalina i Cecylia, którym należy się osobne opisanie w postaci co najmniej trylogii o tysiącu stron każdego tomu.
„Po drugie primo” nawet nie myślcie, że zdradzę Wam adres, pod którym przebywaliśmy. Lepszego miejsca nie znajdziecie na całym Wybrzeżu!!! Na sygnał, iż lodówka zachowuje się jak Biegun Południowy podczas najsroższej zimy i zamienia wszelkie dobra spożywcze w sople lodu, przemiły i dowcipny gospodarz – Pan Bogdan – w ciągu godziny dostarczył nowy, sprawny egzemplarz!
Jednakowoż załamał lekko ręce, gdy zaakceptowawszy techniczną jakość urządzenia, zgłosiliśmy pretensje do jego wyglądu – narzekając na nie dość zaokrąglone kształty obudowy. Prawdopodobnie nie zostaliśmy grzecznie wyproszeni tylko dlatego, iż poprzestaliśmy na tych dwóch ekscesach. A mogliśmy przecież jako rozwydrzeni letnicy zażądać kolejnych danin w postaci 65 calowego telewizora, srebrnej zastawy i pełnomorskiego jachtu. Oczywiście z pełną obsługą w postaci rosłych matrosów i powabnych hostess.

I „po trzecie primo”, ( Rzymianie wstydźcie się waszego banalnego tertio) przyzwoita temperatura wymuszała na nas rozliczne spacery, rowery i rolki. Wracaliśmy każdorazowo padnięci, nie było mowy o żadnych nocnych Polakach rozmowach, a nasza maskota – kundelek Marceli, zwany też mamincyckiem – zasypiał po powrocie na stojąco, wzgardziwszy strawą, co zakrawało u niego na jakiś głęboko przemyślany bunt.
Długi czas zdecydowanie
motywem przewodnim był zachód słońca,
które niecnie zamiast całować wodę nad Zatoką Pucką, jak miewa to w zwyczaju w sierpniu, przeniosło się na pełne morze. Działo się to codziennie, ale o zupełnie nieakceptowalnej porze, kiedy to nasze siły witalne były już na wyczerpaniu. Dopiero pod koniec pobytu bohatersko wyszliśmy na plażę fotografując na potęgę to piękne i niezwykle kiczowate zjawisko.

Innym zjawiskiem, już nie przyrodniczym, ale paranormalnym, było rzekome istnienie przystanku kolejowego „Jastarnia wczasy”. Ale niestety jego lokalizacja w terenie przekraczała nasze topograficzne zdolności. Zaszyty w leśnej głuszy, odcięty od świata został odkryty dopiero przez Olę, córkę Karoliny.
Ola zaszczyciła nas trzydniową wizytą. Przywitaliśmy ją hucznie z transparentem i imitacją dźwięków orkiestry dętej. Wywołaliśmy tym niemałą sensację na peronach, a nawet prośbę przygodnej letniczki o możliwość dodatkowego powitania Pani Anety, jako skromnego suplementu do naszej uroczystości. Jako ludzie z gruntu życzliwi przystaliśmy na to z entuzjazmem…

No i widzicie, Moi Drodzy! Tyle już przeczytaliście, a tu żadnych konkretów! Cen posiłków, odległości, średnich temperatur, nawet jakiegoś lokalnego towarzyskiego skandaliku. Chociażby tego, że żona Pana Bogdana, Pani Ania wybrała się do Chałup na rowerze, w co początkowo trudno nam było uwierzyć…
Do bani z taką relacją! Jedyna pociecha, że opublikowanie felietonu przysporzy mi masochistycznych towarzyszy niedoli. No bo jakież inne uczucie może żywić Czytelni(k) (czka) po takiej lekturze?
CDN