Pierwsza spytkowicka przejażdżka poczęstowała nas burzą, na drugiej królował wiatr i zimno. Nie przekonałem się o tym osobiście, ponieważ akurat 3 lipca zażywałem kąpieli słonecznych nad spokojnym i nieco leniwym Adriatykiem. Charakter tego morza wynika z natury otaczających go ludów, które do najpracowitszych nie należą. Wydawało by się, że refleksja zupełnie nie na temat, bo co ma Podhale Tour do nieróbstwa Włochów.
Okazuje się, że ma… W jednym z miejsc, które zaplanowałem na etap naszej podróży miało być do dyspozycji 5 rowerów. Górskich, ale jednak. Ponieważ miejscowość Spello położona jest nieopodal rozległej góry Subasio, jeszcze w Polsce ostrzyłem sobie zęby na kilka treningowych wycieczek. Forma musi być. Po przybyciu na miejsce okazało się, że rowery są, ale nie 5 tylko dwa, i nie do dyspozycji, tylko do naprawy. Czekały sobie na tą naprawę spokojnie przez 4 dni naszego pobytu, zarastając trawą i wbijając się siodełkiem w ziemię.
Pozostał tylko basen, biegi i spoglądanie zazdrosnym okiem na liczne grupki Włochów „śmigających” na stylowych rowerach szosowych przeróżnych miejscowych marek – od Basso poczynając, a na Vinerze kończąc. Na pocieszenie odwiedziłem lokalny sklep (www.mondodueruote.it), łamaną włoszczyzną opisałem właścicielowi perypetie mojej złamanej na Maratonie w Ustroniu ramy. Okazało się, że kogoś z jego znajomych spotkał podobny przypadek. Cóż, pogadali, ale ceny rowerów ( od 2000 Euro) były poza moim zasięgiem. Odnośnik podaje nie w celach reklamowych, ale dla orientacji, jakie cudeńka stały w lokalu…
Po drodze do Spytkowic była jeszcze Pętla Beskidzka w Istebnej ( opis na moim blogu). Acha, i korek w Naprawie, który w niewielkim stopniu opóźnił nas w punktualnym przybyciu do biura zawodów. Początkowo myśleliśmy, że to światła w Skomielnej, ale przyczyna leżała gdzieś dalej, nad Chabówką, prawdopodobnie u zbiegu odcinka dwupasmówki na Piątkowej.
Na miejscu byliśmy trochę zaskoczeni mniejszą od spodziewanej frekwencją. Ale serdeczność i profesjonalizm gospodarzy była odwrotnei proporcjonalna do ilości uczestników. Pobieramy z Marcinem numer. Start w odwrotnej do zajmowanego miejsca kolejności. Jestem 37, absencja na poprzedniej edycji spowodowała spadek o 10 miejsc w ogólnej klasyfikacji. Plan na dzisiaj – wejść do 30 w generalce po trzech etapach, i poprawić pozycję w kategorii.
![]() |
| Przed startem – Staszek Radzik, syn Janek i Ja |
Na miejscu wita mnie Staszek Radzik. Nasza rywalizacja trwa. Na razie przegrywam do zera. Piękne słońce zapowiada upał na trasie. Postanawiam dać z siebie wszystko na podjazdach. Wiem, że „ z góry” idzie mi gorzej. To co jest zaletą pod górkę – niska waga – przeszkadza w zjeździe. I co tu dużo mówić, brak techniki. Kilka podjazdów dla rozgrzewki, obowiązkowe siusiu i start…
Dość ostro idę z góry, chociaż „dojazdówka” do głównej drogi jest trochę nierówna. Odcinek do skrętu na Rabę Wyżną pokonuję w miarę szybko, tym razem nie daję się dogonić następnemu zawodnikowi. Na przełęcz jedzie mi się dobrze, prawie cały czas widzę plecy poprzednika. Za mną przez moment też mi ktoś mignął, ale potem zniknął na dobre. PO drodze ktoś – chyba sędzia krzyknął mi, że mam dobry czas. Mobilizuje mnie to do mocnego kręcenia, ale do Przełęczy Pieniążkowickiej nie doganiam nikogo. Zjazd o niebo szybszy, niż za pierwszym razem, nawet zjazd na Piekielnik pojawił się na mój gust zbyt wcześnie, waham się, czy to już skręt, ale dwie osoby przede mną jadą właśnie tędy. Powoli podganiam mojego poprzednika, wyprzedzam go na podjeździe, ale jeszcze za zakręcie, którego pilnuje „stary znajomy” w kowbojskim kapeluszu, zrównujemy się. Krótka chwilkę jedziemy razem, potem, o ile mnie pamięć nie myli, wysforowuję się przed niego. Noga jest dużo lepsza niż na Pętli, ładnie mi się kręci pod górkę. Swoje robi też mała tarcza, na którą zrzucam łańcuch, mimo pewnego zapasu w nogach. Podjazd robi wrażenie, ale nie jest jakiś strasznie zabójczy. Po pewnym czasie wyprzedzam kolejnego kolarza, wymieniamy uwagi o pokonywanej stromiźnie.
![]() |
| Końcówka podjazdu Autor: Paweł Kowalcze |
Przede mną miga mi żółta koszulka zawodnika, którego miałem nadzieję dogonić. Ale co dobre, dla mnie już się skończyło. Teraz będę tracił, chociaż wcale na zjazdach się nie oszczędzam… Kilka kolejnych podjazdów troszkę wytrąca mnie z równowagi, chyba w Harkabuzie dogania mnie uczestnik w niebieskim stroju. Jadę chwilę w pewnej odległości za nim, skręcamy w Podwilku w kierunku mety. Wykorzystuję krótki podjazd na przełęcz i ponownie go doganiam, ale to wszystko, na co mnie stać. Jazda w dół szybka, licznik zanotował maksymalną prędkość 66 km/h.
Na metę mam ochotę wjechać z odwrotnej strony, na posterunku znajduje się żona, która kieruję mnie na właściwą drogę. Wpadam na metę zmęczony, ale zadowolony.
Średnia 27,8 km/h, o włożonym wysiłku świadczy średnie tętno, które wyniosło 90% maksymalnego. Czyli wniosek, że nie „woziłem” się na zjazdach.
Klasą dla siebie jest Staszek, który po starcie w imprezie w Lanckoronie na dystansie 160 km, wykręcił w Spytkowicach 2. miejsce w kategorii i „dołożył” mi 9 minut, bez 8 sekund. Brawo!!!
My przechodzimy do najmilszego punktu programu, czyli pysznej kiełbasy, chociaż niektórzy uważają, że poprzednio była lepsza. Sędziowie liczą wyniki, które zostały dość szybko i bez pomyłek ogłoszone.
Ponieważ powrót do Krakowa planujemy nieco okrężną drogę przez Maków i Sułkowice, tym razem nie czekamy na dekorację, tylko wyjeżdżamy wcześniej.
Po III etapach jestem 7 w mojej kategorii i 31 w generalce. Wyniki – wynikami, ale najważniejsze, że bawiliśmy się dobrze, a Rodzinka mogła pooddychać świeżym powietrzem. I fajnie, że poznałem Spytkowice także od kolarskiej strony. Bo od zimowej, narciarskiej – znam je świetnie. Gościnny stok i zaplecze przyciągają tu nas szczególnie na nocne jeżdżenie… Ale zanim na deski trzeba jeszcze zaliczyć IV Etap przejażdżki…
Do zobaczenia w leśnym zakątku.



dobry tekstKuba
Dziękuję 🙂