Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

RAJCZAŃSKI RAIN MARATON

Zaraz po Pętli Beskidzkiej zaczęła mi kołatać myśl o przejechaniu dystansu giga Rajcza Tour. Ponieważ na sam start jest trochę daleko, znalazłem punkt styczny najbliżej Krakowa – Stryszawę. Zorganizowałem nabór, który wyszedł dość słabo, zamówiłem pogodę, która wyszła jeszcze gorzej. Jedyne, co mi się udało to transport. Zamiast tłuc się pociągiem z rowerem na szyji, zawiozłem rano żonę do pracy, wróciłem po rower i „Bradieg”o. Jan Bradecki, bo tak brzmią jego oficjalne dane, zakwalifikował się na trening po uważnej analizie jego dotychczasowych dokonań sportowych. Pozostałych kandydatów odrzuciłem w pierwszej eliminacji…
Dzień wstał szarobury ze smugami deszczu, ale gdy około 9 wyjeżdżaliśmy z Pychowic powiało optymizmem. Nastąpiła przerwa w opadach aż do… Stryszawy. Zresztą po drodze Bradi opowiedział mi, że jakoby nazwa Sucha Beskidzka pochodzi od wyjątkowego mikroklimatu, który jest bardziej suchy niż gdzie indziej. Nie wiedział tylko jaki promień obejmuje ów mikroklimat.
Ale do rzeczy, bo brać kolarska ze zniecierpliwieniem czeka na obrazki z samej trasy.
Bradi na Krowiarkach

Ponieważ padać nie przestawało, a jak zeznała pani sklepowa, padało bez przerwy gdzieś od 4 rano – postanowiliśmy zrobić mimo wszystko rekonesans na Krowiarki, oddalone o około 23 km. Gdyby pogoda się nie poprawiła, plan awaryjny przewidywał powrót przez Zawoję i Suchą na parking, przy którym zostawiliśmy samochód.
Od razu uwaga techniczna dla uczestników giga – skręt
w Stryszawie, po przejechaniu kilkukilometrowego odcinka drogą Żywiec- Sucha, za stacją benzynową w zielonych barwach ( nazwy nie pamiętam), następuje w prawo w kierunku podjazdu pod Przysłop. Jest to mniej więcej 70 km trasy, położony miedzy dwoma bufetami. Potem, aż do Zawoji jedzie się cały czas główną drogą.
Czym wyżej wspinaliśmy się w kierunku Przysłopu, tym gęstsze siekły nas krople deszczu. Jednak po przekroczeniu punktu krytycznego, czyli nasiąknięciu butów i przemoczeniu odzieży, nasz kwaśne miny rozwodniły się na tyle, że podjazd upływał w dość dobrym nastroju. Nawierzchnia dobra, kilka trochę stromszych, ale nie zbyt długich odcinków. Na Przysłop wjechaliśmy razem. Jeszcze na początku zapowiedziałem, że na zjazdach będę się „woził”, bo nie bardzo mi się podoba stosunek szerokości mojej slickowej opony do przyczepności mokrej nawierzchni. W dodatku rozgrzany organizm nasiąknięty wodą marzł dodatkowo. Powolutku więc zjeżdżałem sobie w kierunku Zawoji. Dokładnie nie pamiętam, ale chyba było kilka nierówności, wymagających większej koncentracji. Krowiarek się nie obawiałem, pamiętając, że dwa lata temu srodze się zawiodłem ich niewielkim nachyleniem i nużącym, niekończącym się podjazdem. Ale tu – uwaga. Przelęcz Lipnicka, bo tak brzmi jej nazwa topograficzna, jest przedostatnią z serii przełęczy, licząc od startu na mniej więcej 100 km. Wcześniej jest do pokonania  kilka wzniesień, które może nie są bardzo trudne, ale jednak powodują ubytek sił.
Przemek na Krowiarkach
Na szczycie pamiątkowe fotografie z mgłą w tle. Ruszamy w dół. Początkowo droga równa, może po 3-4 km zaczyna być mocno dziurawa, co należy wziąć pod uwagę rozpędzając się z górki. Zwalniałem bardzo mocno, obawiając się wywrotki. Bradi, zresztą zgodnie z założeniami poszedł mocno do przodu. W razie czego miał czekać w Jabłonce. Zachwyciły nas malownicze pejzaże Orawy, a co najważniejsze fakt, że przestało padać od Krowiarek. Zjechaliśmy się przed Jabłonką. Zaraz za centrum skręt w prawo w kierunku Lipnicy Wielkiej. Droga nadal dobra, niewielki wzniesienia i zakręty doprowadzają nas do przejścia granicznego. Tutaj nagle wystrzał jak z armaty – to Bradi złapał gumę. Wymiana zajęła nam dobrą chwilę, przy umiarkowanym zainteresowaniu kręcących się robotników. Czas nie najlepszy, prawie   2 i pół godziny, a jesteśmy dopiero na 50 km trasy. Zbieramy się, zaraz za granicą trochę dziurawy mostek… i to tyle nierówności. Aż do samego zjazdu do Rajczy droga naprawdę dobrej jakości. Odcinek od granicy do miejscowości Bobrow prowadzi prostą, bięgnąca między łanami zbóż drogą. Bradi zatrzymuje się i cyka fotki.
Bardzo piękna”cesta”
 W Żubrohlavie łączą się dwie trasy Maratonu rajczańskiego. Tu uwaga gigowcy – musimy ustąpić pierwszeństwa!!! Potem aż do Lokcy cały czas prosto. Droga dość monotonna, ruchliwa – nam przeszkadzał jeszcze wiatr. Robiliśmy zmiany i kilometry mijały dość sprawnie. Na jednym ze skrzyżowań chwila wahania – Janek wyjmuje sprokurowaną przeze mnie na kartce A4 mapę, schowaną rzekomo w bezpiecznym miejscu. Niestety, mapa przedstawia smętny widok, trudno cokolwiek z niej wyczytać. Wobec tego podchodzę do policjanta, który łapie przejeżdżające samochody. Pytam go o kierunek (smer po słowacku): Zakamenne, Novot. Potwierdza konieczność skręcenia przed Lokcą na północ. Na szczęście nie legitymuje nas, gdyż jak się okazuje dokumenty Bradiego leżą sobie spokojnie w autku w Stryszawie. Drogi są oznakowane dobrze, myślę, że nawet bez strzałek, znając nazwy tranzytowych miejscowości można spokojnie, bez błądzenia przejechać. Mijamy Zakamenne, w którym rok temu kończył się zjazd z przełęczy granicznej. Przed nami około 9 km podjazd,po drodze jakieś dzieci wykrzykują „Tour de France, Tour de France”. Próbujemy przypisać sobie funkcję Contadora i Schlecka. Odpadam w przedbiegach, z powodu nieadekwatnego stroju w kolorze czarnym. Ostatecznie Bradi, który ma białą koszulkę z czarnymi akcentami, zostaje mianowany liderami. Mnie przypada rola nietypowego gregario, który trzyma się raczej z tyłu. Jeszcze przed podjazdem zastanawialiśmy się, czy zaatakujemy Kotelnicę, czy też Milówkę przetniemy na wprost. Późna pora przemawia za drugim rozwiązaniem. Podjazd dość zjadliwy, co chwilę topografia sugeruję dojazd do przełęczy, a tu zaskakuje nas kolejna prosta pod górkę. Wreszcie są graniczne budynki. Zjazd zapowiada się smakowicie, równy asfalt zachęca do „dokręcania”. Zachęca… ale niezbyt długo. Równolegle z dziurawą nawierzchnią pojawia się rzęsisty deszcz, który odbiera nam resztki nadziei na w miarę suche zakończenie objazdu. Tak czy inaczej pędzimy do Rajczy, żeby po 5 godzinach jazdy „przetrącić” coś ciepłego. Już w Ujsołąch rozglądamy się za knajpą. Jednak ja, jak koń dorożkarski prowadzę do jadłodajni, znanej mi z ubiegłorocznej edycji maratonu. Pani pozwala wprowadzić rowery. Zamawiam żurek, pierogi i kawę po turecku, a Bradi kotleta z ziemniakami i surówkami. 45 min pobytu owocuje zaspokojeniem głodu i dwiema wielkimi kałużami na podłodze. Pokonaliśmy 104 km.
Zastanawiamy się, czy jest jakiś mniej mokry wariant dotarcia do Stryszawy – bus, pociąg, autobus – ale za każdym razem wychodzi nam, że jest to czasowo nieopłacalne. Cóż trzeba zgrzeszyć do końca. Rzucamy się z Rajczy w kierunku Milówki na tyle szybko, żeby rozgrzać przemoczone mięśnie. Cały czas w dół, prędkość oscyluje w granicach 32-36 km/h. Gdy jadę jakiś czas drugi, spod tylnego koła pryska na mnie prawdziwa fontanna. To samo spotyka Bradiego, gdy ja wychodzę na prowadzenie.
A może jednak zawrócimy?

W Węgierskiej prawidłowo skręcamy na drugim skrzyżowaniu w stronę Juszczyny ( pierwsze prowadzi do Żabnicy), ale potem gubimy slad i znowu wyjeżdżamy na drogę Milówka-Żywiec. Potworny, popołudniowy ruch samochodów w obie strony. Podejrzewamy, że w strugach deszczu niewiele nas widać. Mijamy Przybędzę i Wieprz. Na pierwszym napotkanym skrzyżowaniu uciekamy z gównej drogi w prawo, by po pewnym czasie znaleźć się w Bystrej, do której skręt zlekceważyliśmy w Cięcinie. Mam wrażenie, że to był najtrudniejszy orientacyjnie odcinek drogi. W ten sposób nadkładamy kilka kilometrów. Osiągamy też najniższy punkt trasy – 365 metrów npm.  Na przełęcz U Poloka pokonujemy ok. 210 metrów na przestrzeni 7 km. Tu miła niespodzianka – bardzo dobry asfalt na bardzo stromym zjeździe . Rozpędzam się dość odważnie, wiatr świszcze w uszach, ale słyszę jakby wołanie. Wyhamowuję, odwracam się i nie widzę Bradiego. Zaliczył drugą „gumę” dzisiejszego dnia. Prawdopodobna przyczyna – przetarta opona. Podkładamy pod przetarcie papierek z batona. Powinno wystarczyć do Stryszawy. Zjazd nadal ostry, trzeba uważać. Na chwilę się przejaśnia. Docieramy do Jeleśni. To już naprawdę niedaleko… za torami skręt w prawo i tu jeden, może dwa kilometry nawierzchni bardzo złej jakości. Podjazd na Hucisko mniej męczący niż ten poprzedni, podziwiam, jak mój towarzysz pnie się do góry i znika z pola widzenia. Ostatnie 11 km pokonujemy z myślą o suchych rzeczach pozostawionych w samochodzie. Okazuje się, że żaden z nas nie wziął ręcznika. Ale w końcu nie wybieraliśmy się na basen…
Wyjeżdżamy ponownie na drogę Żywiec – Sucha i zamykamy pętlę. 163 km, czas jazdy 6 godzin 36 minut, jest jak na te warunki całkiem niezły. Przewyższenie 1900 metrów. Akurat przestaje padać na chwilkę. Ubrania nasiąknięte wodą ważą tonę, pakujemy wszystko do worków, rowery do bagażnika i przez Zembrzyce, Sułkowice, „zakopiankę” docieramy około 21 do Krakowa.
Najważniejsze, że zrealizowaliśmy w 90% plan ( te brakujące 10% to Kotelnica, którą znamy z innych maratonów), i nie daliśmy się, mimo krótkich chwil zwątpienia paskudnej pogodzie, która z nawiązką „wynagrodziła” nam piekielne upały z Istebnej. Temperatura wahała się od 12 do 16 stopni, przy średniej 14,5 na całej trasie. Czyli o połowę mniejszej niż na Pętli Beskidzkiej. Jechało nam się dobrze, trochę nam przeszkodziły awarie. Tylko jedno zmylenie trasy, to też dobry wynik
Cóż, teraz pozostaje tylko ukończyć sam Rajcza Tour z jak najlepszym dorobkiem punktowym. I samopoczuciem. Bo to jest dla mnie, oprócz wyniku, najważniejsza sprawa.

ps.
Ponieważ bloga czytają też cudzoziemcy, angielskie słowo w tytule zostało wtrącone na ich potrzeby. Resztę mogą przetłumaczyć Googlem

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę