Ślimak zauważa małe niedociągnięcie w moim sprzęcie. Otóż pasek od kasku jest zamotany. Próbuje odmotać, ale mu się nie udaje. Pada na mnie blady strach - jechać, czy nie jechać z zamotanym paskiem. Za późno - start:
No i co? Miało być giga, a zrobiło się mega. Niby niewielka różnica, jakieś 50 km, ale jeszcze dwa podjazdy – Przysłop i Krowiarki.
Nasze obawy przedstartowe potwierdziły się. Spora część uczestników na miejscu skraca dystans. Proporcje 150 do 70. Do rozjazdu w Jeleśni będą jakieś grupy, potem, kto się nie utrzyma w czole, będzie walczył samotnie. Do ostatniej chwili zastanawiamy się, czy też nie zmienić trasy. Lepsza rywalizacja będzie na pewno na krótszej. Nie mamy zbyt dużo czasu na podjęcie decyzji. Jesteśmy w biurze zawodów w Rajczy za dwie dziewiąta.
Wybieram dystans Giga
Jednak giga – więcej punktów, ciekawsza trasa. I perspektywa samotnej jazdy. Widzę, że Marcin nie jest przekonany, ale cóż – klamka ( od hamulca) zapadła. Wokół startu kręcą się starzy znajomi z maratonów. Pozostało przebrać się, zaopatrzyć w Izotonic, dopompować koła. Korzystam z uprzejmości kolegów z nożna pompką – mam o wiele za mało powietrza, szczególnie w tylnym kole…
Ustawiamy się do startu wspólnego. Jeszcze wywoływanie zapominalskich, uzupełnianie listy startowej. Stoję mniej więcej pośrodku stawki, Staszek po prawej, Marcin nieco z przodu po prawej. Postanawiam jak najdłużej trzymać się grupek, żeby potem złapać dwie trzy osoby do wspólnej jazdy przez Słowację. Tam, na odsłoniętym terenie, zachodni wiatr będzie o wiele dokuczliwszy, niż najstromsze podjazdy. Samotna jazda spowoduje spore straty czasowe. Tym bardziej, że na długim odcinku od Krowiarek do Zakamennego nie ma bufetu.
Start
Wreszcie ruszamy. Peleton rwie się do przodu, jest dość ciasno, tym bardziej, że mimo zamkniętego ruchu, od czasu do czasu lewy pas blokują stojące na poboczu pojazdy. Rwąca kolarska rzeka musi zawęzić swój nurt i wtedy robi się dość ciasno. Okrzykujemy się wtedy i zwalniamy. Próbuje przebijać się do przodu, ale nie jest to łatwe. To z lewej, to z prawej pojawia się ktoś szybszy. Mijam kilku znajomych. Droga prowadzi lekko w dół. Tempo dość zawrotne. Po drodze już pierwsze awarie pechowców. Wreszcie Milówka i skręt na Nieledwie. Pierwszy raz jadę tędy w tak licznej grupie. To bardzo mobilizuje, pociskam mocno i udaje mi się powoli przesuwać na czoło. Zapominam o tym, że to dopiero pięć kilometrów. Kotelnica z reguły była na końcu, albo w drugiej połowie maratonu. Teraz Wiesiek serwuje ją na przystawkę. Pierwsze danie w Juszczynie, drugie między Stryszawą a Jabłonką, a na deser Słowacja i podjazd do granicy.
Pełny obiad należy się tylko uczestnikom Giga, Megowcy konsumują zupę i część deseru. No i wszyscy razem makaron na mecie….
Rozglądam się za czerwoną koszulką z płomieniami. Ciekawe, gdzie jest Staszek? Nie liczę, że mu dotrzymam koła, ale warto się rozglądać. Najstromszy odcinek blokuje sporą ilość tych, którzy mnie wyprzedzili. Robin boryka się z napędem, kilka osób kręci ciężko… A to dopiero początek… Dobrze, że adrenalina przesłania oczy i trzeźwe kalkulacje. Na zjeździe ostrożnie, ale szybko.
Potem znowu przetasowania pod Tarliczne, widać, że niektórym nie leżą podjazdy. Po Nieledwi ta górka, to nieledwie trening.
Wreszcie zjazd, szybki i niezbyt bezpieczny. Po prawej widzę dwóch kolarzy w ciemnych strojach , którzy chyba wypadli z trasy. Stoją na własnych nogach – chyba obyło się bez kontuzji. Z rozpędu wjazd na górkę, skręt w lewo, w prawo i wracamy do Milówki.
Mam za sobą ten odcinek, który z uwagi na deszcz i późną porę opuściliśmy z Bradim dwa tygodnie wcześniej.
Grupetto
Stawka zdecydowanie rozjechała się. W grupkach tylko niektórzy mają czerwony pasek na numerze. To oznacza dystans Giga. Trochę to niewygodne, zaglądanie komuś przez kierownicę, w którym maratonie uczestniczy. Na głównej drodze formuje się 5-6 osobowa grupka, która jednak dość szybko się rozjeżdża. Przed dojazdem do Węgierskiej doganiam 4, może 5 osób, w tym 2 na mtb. Jadą świetnie, trzymają mocne tempo, jednak, jak mówi jeden z nich, ciężko jest im wyjść na zmianę. Widać, że mają sporo przejechane, bo jednak pod Przysłop odjeżdżają mnie bez problemu. Czyżby koniec sił? Przed pierwszym bufetem. Niedobrze. Kątem oka widzę, jak szybko zbliżają się do mnie Ślimaki z Road Maraton Team razem z Robinem, którego wyprzedziłem w Nieledwi. Nie siadam im na koło, bo nie wiem, na ile mnie stać… Bufet na przełęczy zajmuje mi jakieś 3 minuty, Szef osobiście uzupełnia moje bidony a konto relacji, pakuję banany do kieszonek i uciekam przed nadciągającą większą grupą.
Zjazd jest boski, równy asfalt aż do poprzecznej drogi. Tutaj Bradi złapał ostatnio drugą gumę. Tym razem sucho i bezpiecznie. Ktoś mnie tam wyprzedza, jednak przedkładam własne bezpieczeństwo nad wynik… Na dole zjeżdżamy się w trójkę – dwóch gigowców i megowiec. Gwarzymy chwilkę, ale rozdzielają nas nierozerwalnie strzałki. Zostajemy we dwóch i przejazd przez dziury w rejonie Peweli umilamy sobie pogawędką. Kojarzymy się z finiszu na Pętli. Wyprzedziłem go na ostatnim podejściu, goniąc ( a właściwie wlekąc się) resztkami sił. Trzyminutowa przewaga była żadna w kontekście ponad 160 km zmagań. Wspólnie z Leszkiem z Radomia jednym głosem pomstujemy za ten podjazd i delikatnie wyżywamy się na jego pomysłodawcy. Łącząca nas niedola z Pętli powoduje, że wspólnie pokonujemy kolejny podjazd. Początkowo jestem trochę z przodu, ale moja ogólnie znana z Pucharu Ustronianki brawura powoduje, że na zjeździe zostaje w tyle – i tyle Leszka widziałem. Teraz do Stryszawy szybki i trochę odpoczynkowy fragment przed Przysłopem. Droga w miarę dobra. Przeskok do Zawoi tylko trochę bolesny z zerowym bilansem – jeden wyprzedzony bikeholik, inny kolarz dość swobodnie odjeżdża mi pod górę jeszcze przed najstromszym odcinkiem. Bikeholik dochodzi mnie na zjeździe i tak sobie jedziemy po zmianach przez kilka kilometrów. Jednak, gdy po raz kolejny wychodzę na prowadzenie ( jeszcze przed wyciągiem na Mosornym Groniu) swoim tempem, po kilkuset metrach zostaję sam. Czerwona koszulka zlewa się po chwili z zielenią lasu.
Krowiarki
Do bufetu pod przełęczą prawie bez historii, wyprzedza mnie zawodnik, o ile pamiętam o czerwono-białym zabarwieniu. Spotykam się z nim przy postoju, właśnie w chwili, gdy rusza z kopyta auto. Okazało się, że kierowca poganiał za zapominalskim uczestnikiem, który zostawił dwa bidony. Posunięcie taktycznie ryzykowne, zważywszy, że do Zakamennego ponad 60 km. Może chciał odwrócić uwagę pozostałych od swoich rzeczywistych zamiarów. Ale nie udało się – czujne oko organizatora wypatrzyło stratę i bidony wróciły do koszyków.
Tutaj popas dłuższy, miła obsługa dwoi się i troi ( no bo nas trzech) w propozycjach kulinarnych. Pożeram moje ulubione wafelki, dopycham bananami, uzupełniam bidony, które przezornie pakuję do koszyków.
Nie jest źle – połowa za nami, właśnie wybija godzina czternasta. Jak się dobrze zbierzemy, to jeszcze o skansen w Zubrzycy Górnej zawadzimy. Młody kolarz ( jak mi potem podpowiadano Piotrek Kukla, jeśli się mylę, to proszę o sprostowanie) ucieka pod górkę. Kolejny rusza za mną, ale nieco zostaje. Przekraczam pułap 1000 metrów i o raz trzeci zdobywam Krowiarki.
Zjazd dość szybki, nawet dziurawy kawałek asfaltu nie robi większego wrażenia. Jadę dość szybko, w końcu aluminiową ramę nie tak łatwo złamać – mogę sobie pozwolić.
Prędkość oscyluje w granicach 35-55 km/h.. Przez głowę przelatuje równie szybka myśl, że zgodnie z opowieściami mojego Taty, który w czasach mego dziecięctwa meliorował Orawę, w Zubrzycy zostałem dość mocno uderzony przez agresywnego barana. Skończyło się to fikołkiem i płaczem. To chyba właśnie to historyczne pobodzenie pobudza mnie wciąż do jazdy na „szosie” ze szczególnym naciskiem na idiotycznie długie samotne maratony. Musiałem przejechać w tym sezonie ponad 2000 km i znaleźć się tutaj, żeby skojarzyć te dwa fakty. No bo tylko urazem głowy, wzmocnionym w Ustroniu szlifami od drutu kolczastego, można wytłumaczyć fakt uczestnictwa w cyklu Road Maratonów wśród Szalonych Ślimaków, Bikeholików, Jaskółek, Dawców Szpiku i innych stworów, których nie uświadczysz ani u Tolkiena, ani wśród towarzyszy Harry Potera.
Teraz solo
Na dowód mojego zakręcenia, na pierwszym lepszym podjeździe przed Jabłonką Piotrek skutecznie odskakuje, tak jakby to była Kotelnica. Utrzymanie się na kole graniczyłoby z fantazją Lema, jeśli już jesteśmy w nastroju literackim. I właściwie to był ostatni żywy uczestnik Rajcza Tour, którego plecy miałem okazję oglądać aż do ronda przed metą.
Począwszy od skrętu w prawo w Jabłonce, a skończywszy na skręcie w prawo w Zakamennym, czyli przez jakieś 40 km pozostało mi nucić jedynie przebój „Odpowiedź zna wiatr, ukryty wśród drzew, odpowiedź zna tylko wiatr…” Tyle, że wiatr wcale nie był ukryty, tylko swoją złośliwą naturę pokazywał na szosie. Odkryte tereny dawały mu pole do popisu, a jak droga długa i szeroka nie było nikogo do współpracy. Na szczęście w Bobrovie spadł mi łańcuch i usuwanie awarii dało trochę wytchnienia. Żeby nie zwariować z nudów i jakoś mobilizować się do jazdy zacząłem układać wierszyki:
„Maratonów pierwsza liga, ci co jeżdżą dystans giga”. Albo: „Tak jak Pętla trudna Rajcza, wiatr gigowcom urwie…”.
Tu ze względu na młodocianych Czytelników takie bardziej niedomówienie. Umilając czas minąłem Namestovo, w którym jakiś targ czy odpust się odbywał, dojechałem do Lokcy i wreszcie ujrzałem tabliczkę Żywiec, która w mojej konkretnej sytuacji mogła ( ale nie musiała) oznaczać, że do Rajczy dojadę żywy. Chociaż z (za)kamienną twarzą, bo i nazwa tej miejscowości pojawiła się na drogowskazie.
Nie będę szczegółowo rozpisywał się na temat mojej radości z ujrzenia za zakrętem, nieopodal obskurnego sklepu coop, ostatniego już bufetu. Zresztą moją radość podzielał też przygodny Słowak, który zwietrzył pod maratonowym namiotem jakąś promocję i dopytywał się, co też można tutaj kupić. Próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że to jest bufet, ale na dźwięk tego słowa zaczął rozglądać się za „ciapowanym” piwem. Wreszcie, kiedy już zobaczył, że nic nie utarguje, wsiadł w samochód, trzasnął drzwiami i odjechał.
Zupełnie jak ja ( tylko bez trzaskania) – odjechałem w stronę Novotu, w którym moją uwagę zwróciły głośniki na słupach zwane również szczekaczkami. O ile pamiętam, to przez nie była prowadzona za komuny propaganda. Podobny system spotkałem w małym miasteczku na południu Francji, ale tam cel był zgoła informacyjny . Po prostu zapowiadano różne imprezy, organizowane przez merostwo. A także anonsowano domokrążców z towarami, którzy parkowali w wysadzanej platanami alei.
Podjazd, jak zresztą licznie i zgodnie pisali na forum uczestnicy Rajcza Tour był nadspodziewanie łatwy, może też dzięki temu, że z ust kilku miejscowych wyrwało się pełne podziwu ( lub ironi): Tour de France. Oczywiście natychmiast miałem się obrazić, bo gdzie na TdF są prawie 170 kilometrowe czasówki? Myślę, że ASO- organizator sporej ilości Worldtourowych przedsięwzięć wiele się jeszcze może od Legierski Project w tej materii nauczyć…
Finisz
Zjazd z granicznej przełęczy momentami około 50-60 km /h. Przed Ujsołami drogę zablokował mi traktor, który jechał tak gdzieś około 35 km/h – za szybko, żeby go na krętej i wąskiej drodze wyprzedzić, a trochę za wolno jak na realne możliwości jazdy, czyli gdzieś koło 40. Udało mi się to dopiero przed samym rondem w Rajczy. Kątem oka dostrzegłem zapóźnionego zawodnika Mega. Jeszcze zjazd w prawo, potem w lewo, prosta i w prawo pod metę. Widząć, że sędziowie są dość mocno czymś zajęci, na cały głos wykrzyczałem swój przedni numer. Ale widać dykcja po 170 km trochę mi „siadła”, bo podbiegł do mnie jeden z nich i dodatkowo zapisał moje dane „numeryczne”.
No – koniec emocji. Na pewno nie jestem ostatni, zresztą pierwszy też nie. Za kilka minut dociera Marcin, który, jak się okazało złapał gumę, a przy okazji przetarł oponę. Musiał więc jechać ostrożniej. Biegnę szybko oddać numer, a potem po makaron, żeby mi nie brakło. Na stanowisku sędziowskim toczą się dyskusje, ale zupełnie mnie to nie obchodzi. Dojechałem. Wygrałem z wiatrem i własnymi słabościami. Cało i zdrowo. Znowu na za dużym, pożyczonym od syna rowerze. Plecy mnie bolą jak nieszczęście, ale nic to. Trzeba jeszcze do domu dojechać.
Marcin przynosi wiadomość, że jesteśmy niesklasyfikowani. Jak to – prawie 7 h i nic? Podchodzę do Wieśka z reklamacją, ale on mówi, że jeśli sprawa nie dotyczy miejsc medalowych, to sprostowania na maila. Nie da się ukryć, że nie dotyczy…
Trochę nas to martwi, bo nie możemy n miejscu odnieść naszych czasów do innych, ale mówi się trudno. Pozostaje nadzieja – niestety płonna – na wylosowanie czegokolwiek. Mimo dużej absencji wśród wylosowanych nie przypada nam w udziale żadna nagroda. Jeszcze przed losowaniem część oficjalna – podziękowania, jak najbardziej zasłużone – dla gospodarzy obiektu i Rajczy, dla Organizatorów i dla pogody, że była łaskawsza niż w Istebnej. Jeszcze miły akcent – jeden z uczestników publicznie dziękuję kolegom, którzy pomogli mu na trasie. W cieniu zostają dyskusję o „wożeniu” się na kole, omijaniu bufetów i niezdrowej rywalizacji. Ten gest pokazuje nam, co jest solą naszego udziału – współzawodnictwo i zdrowa rywalizacja…
No i jednak ponowna konstatacja, że za mało chętnych na Giga, że trzeba w przyszłości bardziej zmotywować do udziału w dłuższej trasie, po to, żeby rywalizacja miała bardziej sportowy, niż krajoznawczy walor.
Zwijamy żagle, przez Kęty i Wadowice ( tym razem bez błądzenia) meldujemy się po 21 w Krakowie. Rajcza Tour 2011 przechodzi do giga – historii.
A ja wiem, że przegrałem przez zamotany pasek. Stawiał na wietrze potężny opór. Ślimak musi pomyśleć formułę na pasek…
A ja wiem, że przegrałem przez zamotany pasek. Stawiał na wietrze potężny opór. Ślimak musi pomyśleć formułę na pasek…