To ostatnia wycieczka tego lata.
Wyruszam tradycyjnie około 8 rano. Krótkie spodenki ( jednak!) i długi rękaw. Plan na dzisiaj – około 50 km, na więcej brak czasu…. Ma być trochę górek, trochę płaskiego. Taki treningowy koktail.
Wyruszam tradycyjnie około 8 rano. Krótkie spodenki ( jednak!) i długi rękaw. Plan na dzisiaj – około 50 km, na więcej brak czasu…. Ma być trochę górek, trochę płaskiego. Taki treningowy koktail.
Na Księcia Józefa spory ruch, wyprzedza mnie dużo aut. Gdzieś na wysokości Przegorzał – niespodzianka: korek w stronę Bielan. Pewnie coś się stało na autostradzie. Mój rower zdecydowanie odmawia przebijania się przez zwarty sznur samochodów. Rzuca kierownicą, narowi się. Trzeba zawrócić w stronę przejazdu na Wole Justowską. Krótki, wąski podjazd w kierunku Sowińca i zjazd do kostki brukowej. Postanawiam przetestować nową ramę i podjechać do ZOO. Włączam okrążenie w liczniku. Na początku nie mogę się uporać z przełożeniami. Jezdnia jest nierówna, brukowe wyboje hamują prędkość. Zauważam, że rama świetnie tłumi drgania, o wiele lepiej niż poprzednia. Od Baby Jagi równy asfalt. Odcinek testowy o długości 1,96 km i średnim nachyleniu 6,4% pokonany w 8 minut 2 sek.
Plasuje mnie to na 42 miejscu ( 18. na szosówce) w rankingu prowadzonym przez serwis rowerowanie.pl. Ponieważ podjazd był jednym z elementów dzisiejszej trasy, jechałem w miarę równo, żeby nie paść na mecie.
Las Wolski zaczyna przybierać jesienną szatę, ściele się różnokolorowy dywan z liści, które utrudniają trochę zjazd z parkingu pod Kopcem Piłsudskiego. Piękna pora roku i cudowne tereny, dla których warto mieszkać w Krakowie. Włączam się do głównej drogi na wysokości klasztoru Kamedułów. Skręt w prawo, kilkaset metrów w stronę Kryspinowa i ponownie w prawo. Tym razem podjazd pod obserwatorium UJ. Szczyt u zbiegu ulic Orlej i Astronomów. Dystans 1.10 – średnie nachylenie 5% czas 4.03.
Przez Olszanicę docieram do Portu Lotniczego w Balicach. Z wiaduktu nad autostradą zauważam, ze coś się na autostradzie dzieje, bo sznur samochodów porusza się bardzo wolno w stronę Chyżnego. Ciekawe, czy maja średnią wyższą od mojej?
W Brzoskwini zaliczam jeszcze jeden podjazd w kierunku Nielepic. Mniej więcej w połowie walczę ze słabościami, ale zaciskam zęby i kręce na siedząco. Rezultat: 1300 metrów o średnim nachyleniu 7.13% pokonane w 4’10”. To chyba tyle, jeśli chodzi o podjazdy.
Przez Morawicę docieram do Mnikowa. Pierwotny zamiar – powrót przez Liszki – modyfikuję z powodu zupełnie nowej i równiutkiej nawierzchni między Mnikowem a Kryspinowem. Jeszcze niedawno była tutaj droga przez mękę – teraz jedzie się jak po maśle: średnia do Kryspinowa 36 km/h, lekko z górki i z wiatrem.
Koniec przyjemności, powrót na Salwator główna drogą, dość ruchliwą. Średnia całej wycieczki wzrasta z 23,4 mniej więcej na półmetku do 26.7 w rejonie mostu Zwierzynieckiego.
Chwila wahania – zrobić jeszcze podjazd na Kopiec? Obniży to średnią, ale dołoży przewyższenia.
Zatrzymuje się na przystanku, żeby potrenować wpinanie buta ze startu zatrzymanego. Kiepsko mi to wychodzi, pedał jak na złość kręci się jak karuzela łańcuchowa. Podpycham korbę jednym butem i w końcu zapinam… Ruszam ostro w górę, trochę za ostro i na zakręcie w prawo trochę mnie przytyka. Efekt końcowy: odcinek 1270 metrów o średnim nachyleniu 5.2% przejechałem w 4’45”. Mogło być lepiej, ale to jednak końcówka 50 kilometrowej trasy… I końcówka sezonu. Nie ma się co natężać.
A od czego zaczyna sie kolarska jesień?
W niedzielę drużynowa „czasuffka” u Szprosa w Sułoszowej. A za tydzień uphill (czyli czasówka pod górkę) w Miechowie – ostatnia szansa na zdobycie pucharu w tym pechowym sezonie.
Trzymajcie kciuki.