Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Szczawnickie szczawie…

Niedosyt wyjazdów kolarskich w październiku spowodował, że postanowiłem wykorzystać rodzinne odwiedziny w Szczawnicy,
 i wybrać się na „szosowe małe co nieco”. Kwestią była tylko pora startu: niezbyt późno, żeby żona i dzieci nie czekały zbyt długo na miejscu, ale i niezbyt wcześnie, gdyż zapowiadała się niska temperatura.
Wyruszyłem w sobotę rano o 7.48. Janek cyknął mi parę  fotek i jazda w drogę.

Autor przed startem
 Wczorajsze przygotowania zaprocentowały: podwójna para skarpetek, zimowe spodnie z membraną, trzy warstwy na górze, i wreszcie ciepła czapka pod kaskiem – świeży prezent od żony. Wszystko to sprawiało, że czułem komfort cieplny, pomimo 8 st. C.  Dodatkowo zamontowałem na sztycy przeciwmgielna lampkę. 
Jednak jadę…w ciemno

Zastanawiałem się czy nie ubrać kamizelki odblaskowej, ale względy estetyczne wzięły górę nad bezpieczeństwem. Zresztą przypuszczałem, że mgła zrzednie na pierwszym większym wzniesieniu…
Tymczasem zamiast mgły zrzedła mi mina, gdy na bluzie zaczęła się gdzieś na wysokości Swoszowic osadzać wilgoć. Podobnie na okularach, które stały się chwilowo niezdatne do użytku. Czyli zimno i mokro. 
W drodze…

Temperatura spadła do około 1-2 st. I na tym poziomie utrzymywała się przez jakieś 2 godziny. Mimo tego, że na szczycie podjazdu  we Wrząsowicach po raz pierwszy pojawiło się słońce.
Słońce opromienia oszronione trawy

 Ale nie zwiastowało jakiś tropikalnych upałów, tym  bardziej, że każde zagłębienie się w dolinkę powodowało pogorszenie widzialności. 

Huśtawka pogodowa trwała aż do Myślenic, gdzie dolina Raby już zdecydowanie zasnuła się mgielnym woalem . Taka szarzyzna źle nastrajała mnie do dalszej jazdy, tym bardziej, że przeciętna do tej pory wynosiła około 24 km/h. 

Godzinne opóźnienie wyjazdu i ślamazarna jazda mogły spowodować, że do celu dotrę później niż zakładałem, czyli grubo po 13…
Jadę już około 1 h

Na szczęście etap interwałowy Kraków-Myślenice miałem za sobą. Teraz cały czas pod górkę, ale stosunkowo łagodnie. Mgła nie ustępuje, ale jakby wiatr wiał trochę w plecy. Pierwszy przystanek w Stróży, dzwonię do domu, żeby zorientować się, czy druga część wyprawy sposobi się do wyjazdu. Jest nieźle, za około 20 minut ruszają. Przewiduję, że spotkamy się gdzieś w Lubomierzu…
Odcinek do Lubnia pokonuję sprawnie, średnia wzrasta do około 25,5 km/h. 
Samowyzwalacz mnie przechytrzył…

Postój na siusiu i banana przy przystanku autobusowym, który w czasach stanu wojennego służył za rogatkę. Aż się wierzyć nie chce, że przekroczenie tej rogatki wymagało specjalnego zezwolenia.
 Ci, którzy go nie mieli, byli wypraszani z autobusu i „kierowani” do odśnieżania. Miałem taki glejt, bo „rzekomo” jechałem do chorej ciotki do Zakopanego.
Cel widoczny jak na dłoni – obiektyw też zaparował

Wspomnienia odżywają przez całą drogę, w końcu tą trasę pokonywałem wielokrotnie w różnych okolicznościach. W Mszanie Dolnej, do której docieram ruchliwszym już odcinkiem drogi, kilka razy byłem na obozie treningowym Sekcji Narciarskiej AZS UJ. Szalone Sylwestry, notoryczny brak śniegu i piwo spod lady, kupowane w zajeździe, mieszczącym się nieopodal stacji benzynowej. Cóż, brak śniegu powodował, że przemianowaliśmy się na sekcję nafciarską, nie żałując sobie wyskokowych trunków. Kiedyś po pewnej, dość znacznej  ich ilości, wybraliśmy się na pobliski nasyp kolejowy i urządzili zawody w zjazdach na workach po nawozach. Potem były skoki narciarskie, biegi treningowe do Kasinki i wczesnoranne powroty z noworocznych szaleństw ze śpiewem na ustach…. Jeden z kolegów zderzył się nawet frontalnie z podporą wyciągu orczykowego w Kasinie. Ech, młodość!!!
Do rzeczywistości przywraca mnie klakson busa, któremu zajechałem drogę, przepychając się do przodu w niewielkim korku. Teraz skręt w prawo – obieram kierunek Lubomierz. „Moich” jeszcze nie widać, pewnie utknęli w Mogilanach na Zakopiance. Za Mszaną znowu wychodzi słońce, Gorce witają mnie piękną, jesienna pogodą. 
Coś tam w lesie przycupnęło

Warto było przejechać tyle kilometrów, żeby podziwiać urokliwe, brązowiejące niczym mocna herbata lasy. Znowu krótki postój na przystanku i synchronizacja z Rodzinką. Ostatecznie, po kilkuminutowym oczekiwaniu z mojej stron,y spotykamy się na przełęczy Przysłop. Kilka fotek i wyruszam w dół. 
Przełęcz Przysłop – do zobaczenia w Szczawnicy

Za mną ponad 70 km trasy, do celu jeszcze około 40.
Zjazd do doliny Dunajca przez Szczawę, Kamienicę i Zabrzeż ładną, dobrej jakości drogą, wiedzie początkowo przez malownicze lasy. Potem dominują zabudowania. Na 92 kilometrze przeżywam lekki kryzys, zimny izotonic  z bidonu nie poprawia nastroju. Zatrzymuję się przy sklepie i zamulam organizm Snickersami. Pokrzepiony
i docukrzony, pociskam mocniej. Przed sobą  widzę tablicę: „Krościenko m/Dunajcem – 14 km”. Wewnętrzne zadowolenie uzupełnia ponownie satysfakcja z oglądanych widoków. Pienińskie pagórki wyłaniają się zza kolejnych zakrętów szosy i pysznią się różnokolorowymi leśnymi dekoracjami. 
Jesienna zaduma

Zgrzyta w tym otoczeniu szpetna wieża kościoła w Krościenku. Jej biała, nieciekawa bryła woła o potępienie dusz architekta i miejscowego proboszcza.
W miasteczku – sensacja! Tuż za rondem, po skręcie do Szczawnicy, wiedzie przez most kilkudziesięciometrowej długości ścieżka rowerowa „ do nikąd”. 
Przy wjeździe do Szczawnicy remont ul. Głównej. Podskakuję na dziurach tak mocno, że z nazwy wylatuje mi literka „ł”. Niedobrze, bo to przecież rodzinne miasto mojego Dziadka ze strony Mamy. Muszę uważać, żeby nie zaczęła się znowu snuć nitka wspomnień: tutaj był postój dorożek, tam biegałem po parku, nad Grajcarkiem  opiekałem żywcem raka na ognisku. Nie ma już ulicy Pomiedznik prowadzącej na Bryjarkę, jej miejsce zajęła ulica Parkowa. Owszem nazwa elegantsza, ale nie daje do zrozumienia, że biegła kiedyś wśród miedz. Parkowe ulice są wszędzie, Pomiedznik znałem tylko jeden.
Ostatnie zadanie wycieczki to trafić do sanatorium „Nauczyciel”. Wedle wskazówek skręcam w lewo za remizą, i zdumiony widzę przed sobą podjazd klasy Koczego Zamku na Pętli Beskidzkiej, zakończony marnej jakości kostką. Pokonuję go zaciekle, myląc tropy, ląduję na rozstaju dróg szutrowych. Powrót kilkadziesiąt metrów i jestem na właściwej trasie.
Jednym uchem łowię uwagi  podrostków płci meskiej, którzy stoją przy drodze. Jeden z nich podjeżdża do mnie i pyta: a gdzie ma Pan amortyzator?. Mój Cannondale płoni się ze wstydu, że jest wybrakowany, a niezrażony rozmówca wyjaśnia, że jego kolega to ma nawet dwa. Cóż, najlepszą obroną jest atak:  pytam chłopca, dlaczego jeździ bez kasku po takiej stromej drodze. E tam, jeżdżę
i nic mi się nie stało
– odpowiada.
Cała moja kolarska powaga, rowerowy lans i przejechane 115 km
z przewyższeniem ponad 1600 metrów legły w gruzach. Jestem do bani, nie mam amorków i osłaniam się kaskiem, który tylko przeszkadza. Mięczak. Podwijam ogon pod siebie i ratuję się ucieczką do mojego Taty, który czeka przed sanatoryjnym wejściem.
Zdejmuję moje beznadziejne buty i boso, z uczuciem niewypowiedzianego wstydu,  przemykam się do pokoju na kubek gorącej kawy.
Tego dnia już nie wsiadam na rower…

0 komentarzy do “Szczawnickie szczawie…

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę