… i bynajmniej nie chodzi o picie do lustra.
Mocna inauguracja sezonu po 3 miesiącach różnych dziwnych urządzeń: trenażerów i spinningów. Wreszcie wolność. Zdegustowany fatalną środą, z utęsknieniem czekałem na kolejny wolny dzień i słoneczną pogodę.
Trochę niewyspany, bo do drugiej w nocy czytałem drugą część
( trzecią będę czytał do trzeciej) trylogii „Millenium” Stiega Larssona. Jest ok, Lisbeth wreszcie odezwała się do Blomkvista w charakterystyczny dla siebie sposób – zostawiła mu na twardym dysku jedno słowo – ZALA. W końcu przerwała denerwujące milczenie, które, jak wiadomo, nie oznacza jeszcze ciszy…
Kto nie wie o co chodzi, niech sięgnie po siedmiusetstronicowy tomik. Warto. W niedzielę powinienem skończyć.
Rumak osiodłany, rżał radośnie na widok przygotowań do treningu. Nie mogłem go zawieść. Piątkowy wyjazd opóźnił się nieco z powodu źle założonej opony, która „wybuliła się” w okolicach wentyla. Musiałem jeszcze raz założyć dętkę – i w drogę.
Jeszcze tylko małe „odwarstwianie się” z ciuchów. Za gorąco. Po tej kolarskiej grze wstępnej „wskakuję” na Tyniecką i od razu czuję pod nogą moc.
![]() |
| Ten widok zawsze budzi zachwyt. Ruiny w Rudnie |
Nie miałem sprecyzowanych planów. Około 3 godzin, bo na tyle pozwalały obowiązki domowe. Kierunek zachodni – Mników. Co się z tego urodzi – zobaczymy. Na Księcia Józefa spory ruch, ale rezygnuje z planów jazdy przez Czernichów. W Kryspinowie skręcam na drogę do Mnikowa. Asfalcik gładki jak… hm – no marzenie. Mimo przeciwno-bocznego wiatru niezła prędkość. Mijam Mników, za którym zaczyna się wspinaczka do Zalasu. Około 6 km, różnica wzniesień 160 m. Niby niewiele, a tętno dobija do 100%. Przecież to początek sezonu.
![]() |
| Na zjeździe tętno zdecydowanie spadało |
Przyjemny zjazd w kierunku Rudna, a potem kolejny podjazd do Grojca. 100 m przewyższenia na dystansie około 1800 metrów. Czyli średnio nieco ponad 5%. Nieźle.
W Grojcu zatrzymuje się przy sklepie, żeby zapytać o dalszą drogę do Kwaczały. Moim informatorem jest przepity dziadek, który ustala, że muszę zjechać z Łysej Góry i dalej przez Alwernię. Ta koncepcja zupełnie mi nie odpowiada, gdyż ponieważ mój rower to nie jakaś miotła, tylko porządna „szosa”.
W związku z tym na najbliższym przystanku wypytuje Panią, czy ten skręt w prawo doprowadzi mnie do Kwaczały. Owszem przez Regulice mogę dotrzeć do celu. Mój cel został już wyznaczony kiedyś, a ma dla mnie pewne znaczenie, no powiedzmy sentymentalne… Dzisiaj doprowadzę swój projekt do końca.
W Regulicach mignęło mi dwóch kolarzy w biało czerwonych ubrankach. Znowu się gubię.. Koniec języka za przewodnika. Miejscowi sugerują przejazd przez Alwernię, ale gdy upieram się przy bocznych drogach, wskazują trasę. Dodają przy tym, ze trzeba się tam solidnie napedałować pod górę.
To prawda. Na przestrzeni 800 metrów pokonuje w pionie 50.
W Kwaczale znaną mi ulicą Prymasa Wyszyńskiego docieram do głównej drogi z Krakowa na Śląsk.
![]() |
|
| Wybili mu zęby w barze – na miejscu jest dentysta 🙂 Tablica po lewej. |
Tutaj dłuższy popas. Banan i batonik. Skórkę od banana rzucam niezręcznie na brzeg kosza. Rozmawiam z miejscowym, który pyta, czy się nie wywracam na takich cienkich kołach. Owszem, raz się wywróciłem, i to dość skutecznie. Ale nie przestraszyłem się i dalej jeżdżę. Pan mówi, że też jeździł, ale teraz jest po wylewie i nie może. Po czym skierował się do baru, chyba po to, żeby dokonać wlewu. Po prostu natura nie znosi próżni, to co się kiedyś wylało, musi wlać się z powrotem!
![]() |
| Lans pod Galą |
Jeszcze sesja fotograficzna – a jakże. Kolega Robin nauczył mnie, że pamiątka z wyjazdu musi być…
Powrotna droga zapowiada się miło, lekko i przyjemnie, bo z wiatrem i bez górek.
![]() |
| Wielbłąd jednogarbny – dobry na kryzys |
Po drodze zahaczam o Saharę, a w Brodłach skręcam na Mirów, Rusocice i Kłokoczyn. Doganiam jakiegoś czerwonego kolarza, ale ten bezczelnie skręca w lewo. Dalej więc jadę samotnie. Droga już gorsza, nie da się jechać zbyt szybko, ale i tak jadę w granicach 35-40 km/h.
Gdy dojeżdżam do Mostu Zwierzynieckiego mam na liczniku prawie 84 km. Zapada decyzja – robię dodatkowo pętlę do Tyńca, żeby uzbierać setkę.
Znowu pod wiatr, ale jest jeszcze zapas sił, mimo skromnej suplementacji. Osiągam dawną przystań promu, nawrót i przez Kolną – wałem wiślanym wracam do domu. Na setnym kilometrze zwalniam. Trzeba uspokoić tętno do 75%.
Trening udany, pokazał, że praca w zimie dała efekt. Jeszcze trochę zatyka mnie na dłuższych podjazdach, ale to da się wyregulować.
Teraz czekam na zawody, żeby zweryfikować swoją formę…






Szkoda,ze nie zatrzymaleś sie koło bialego domku :)Znacznie lepszy postój niz koło baru :)Jak zawsze, miło sie czyta:)Pozdrawiam serdecznie 🙂
Szkoda,ze nie zatrzymaleś sie koło bialego domku :)Znacznie lepszy postój niz koło baru :)Jak zawsze, miło sie czyta:)Pozdrawiam serdecznie 🙂
Czyli gdzie_ Może następnym razem… Np. dzisiaj wybieram się w okolice Chrzanowa…
Czyli gdzie_ Może następnym razem… Np. dzisiaj wybieram się w okolice Chrzanowa…
Chrzanów…Całkiem niedaleko…Ale samochodem 🙂 Na rowerze nie przejechałabym nawet 30-tu km :)Gratuluje kondycji, i czekam na kolejną sentymentalną trasę…
Chrzanów…Całkiem niedaleko…Ale samochodem 🙂 Na rowerze nie przejechałabym nawet 30-tu km :)Gratuluje kondycji, i czekam na kolejną sentymentalną trasę…
Chrzanowa nie było, było coś fajnego. Mała relacja z trasy jeszcze dzisiaj późną nocą… Z fotkami
Chrzanowa nie było, było coś fajnego. Mała relacja z trasy jeszcze dzisiaj późną nocą… Z fotkami