Nadredaktor.pl

Oferuję profesjonalną pomoc w edycji i redagowaniu prac naukowych

Magda i Chronos recenzja z filmu Julio Medema „Mama”:

Sobotnia wizyta w kinie powinna przynieść przede wszystkim odpoczynek po tygodniu pracy, ale też i nadzieję na trochę intelektualnych drożdży po obejrzeniu filmu. Obraz „Ma ma” wybrałem o tyle świadomie, że musiał zainteresować mnie i żonę. Do tej pory z reguły wybieraliśmy kina studyjne, szerokim łukiem omijając multipleksy. Tym razem sytuacja wydawała się być korzystna: kino europejskie z wątkiem medycznym ( punkt od żony) i gwiazda kobiecego aktorstwa – Penelope Cruz (punkt ode mnie) w roli Magdy – nauczycielki pozbawionej pracy i zostawionej przez niewiernego męża. Wilk syty i owca cała. A w dodatku bilety o połowę tańsze w związku z promocją na święto kina.

Korzyść niezamierzona to brak widzów z torbami z pop-cornem. Dawno nie widziałem tak zdyscyplinowanej publiczności. Tylko sąsiadka na moim prawym skrzydle od czasu do czasu sięgała po komórkę. Widzów zresztą kilkunastu, co uplasowało nas w intelektualnej czołówce odwiedzających Cinema City.
Ale do rzeczy. Na początek ciekawie poprowadzona narracja, przypominająca mi nieco „Grę w klasy” Cortazara, w której rozdziały można było czyta ć w dowolnej kolejności. Tutaj reżyser zastosował zabieg pomieszania czasów i miejsc akcji przenosząc ją np.: z gabinetu lekarskiego do fryzjera. Reżyser – Julio Medem zrobił to na tyle zgrabnie, że nie traciło się wątku, równocześnie koncentrując uwagę na akcji. Te przenikania odebrałem jako próbę zwrócenia uwagi na fakt, że upływ czasu nie ma dla naszego życia takiego znaczenia jak nam się wydaje. Zresztą potwierdziło to konsekwentne zachowanie Magdy, która uczyniła z Chronosa poddanego sobie boga. Szczegółów nie podaję, żeby nie zepsuć przyjemności ogladania. Drugim pomysłem, który zwrócił moją uwagę był fakt bardzo plastycznych ujęć stanowiących jakby podkreślenie przenikających się światów. Tutaj znowu ze względu na stosunkowo statyczne ujęcia odnosiłem wrażenie, że czas znacznie zwolnił swój bieg. I w tym wszystkim zagubiona Penelopa Cruz zawiadomiona przez ginekologa o konieczności dokonania mastektomii. W dodatku pognębiona przez świadomość utraconej pracy nauczycielki i odejścia męża, który zostawił ją dla znacznie młodszej studentki. Czyli nic tylko załamać się! Aktorka przechodząc przez poszczególne etapy choroby zmieniała nie tylko fryzurę, ale także sposób wyrażenia emocji związanych z walką z nowotworem.
Jest jej o tyle łatwiej, że tutaj scenarzysta i reżyser w jednej osobie podsuwa kilkuletniego synka, zdolnego zawodnika futbolu – oparcie i opokę dla Penelopy. Właściwie fabuła tak naprawdę kręci się wokół niego, i trzeba przyznać, że mały aktor – Teo Planelli -świetnie poradził sobie z rolą Daniego. Czego moim zdaniem nie można powiedzieć o przyszłym aniele stróżu chłopca – Arturo. Momentami sztuczny, szczególnie w scenach wymagających większego ładunku emocjonalnego nie był równorzędnym partnerem dla Magdy. Dużo lepiej zagrał Asier Etxeandia. Kreowana przez niego postać lekarza, który poruszał się momentami na granicy śmieszności, budziła we mnie dużo większą sympatię, niż bogobojnego Arturo wpadającego momentami w histerię. No, ale to może jest wzorzec współczesnego mężczyzny – rycerza w przyrdzewiałej i za ciasnej zbroi, opiekuńczego, ale zupełnie bez jaj…
Cała trójka wymienionych przeze mnie panów krążyła po różnych orbitach wokół dotkniętej rakiem piersi Magdy, która przyciągała do siebie to jednego, to drugiego. Przy czym każdy w jakiś sposób stanowił odpowiedź na jej plany życiowe.
Niestety czasem te orbity wydłużały się, przekształcając od czasu do czasu w niebezpieczne dłużyzny, które powodowały, że ucinałem sobie kilkunastosekundową drzemkę, do której uprawniała bardzo nastrojowa muzyka Alberto Iglesiasa towarzysząca obrazowi. Tak było w przypadku nagrywania na komórkę wypowiedzi Magdy dla przyszłych pokoleń.
Odniosłem też wrażenie, że reżyser nie bardzo chciał się rozstać z filmem, w związku z czym przedłużył go niepotrzebnie o jedną scenę, gdy tymczasem zakończenie narzucało się w sposób oczywisty.
W sumie jednak całość na plus. Wiele bardzo ciekawych ujęć, które tworzą atmosferę trochę nierzeczywistego świata, jakiego zapewne doświadczy każdy, kto dowie się o śmiertelnym zagrożeniu.
Wychodziliśmy z kina z poczuciem, że dostaliśmy lekcję przetrwania, która warto zapamiętać przez dłuższą chwilę. Bo kto wie, co spotka nas jeszcze w życiu?

Zostaw odpowiedź

Powrót na górę