Na próżno będziesz szanowny Czytelniku szukał w tym felietonie żarcików, szyderstw i kpin. Czas, który przeżywamy otula nas powagą chwili.
I ja dorzucę garść swoich refleksji…
Z wielkim niepokojem obserwuję ostatnio coraz więcej informacji o śmierci osób, które znaczyły dla mnie bardzo wiele. Odchodzą też ci, których znamy jedynie z nagłówków gazet. Nie przystawałbym nad tym dłużej, gdyż takie jest prawo czasu i przemijania, gdyby nie fakt, że wielu z nich w pewnym sensie „zmartwychwstało” . Nie w znaczeniu religijnym, przynajmniej na razie, lecz w sensie przetrwania pamięci o nich.
Ale są też tacy, których ogół może nie znać. Ważni dla każdego z nas z powodów osobistych…
Tak się składa, że począwszy od szkoły podstawowej czerpałem wiedzę z wielu pozaszkolnych źródeł informacji, wśród których poczesne miejsce zajmowały różnorakie podręczniki, a to związane z fotografią, a to z filmem, a to z narciarstwem, a to z kolarstwem. Nie dysponowaliśmy wtedy przecież internetem.
Pamietam, że przygotowując się do Olimpiady Geograficznej, całe godziny spędzałem w Czytelni Czasopism Biblioteki Wojewódzkiej, która mieściła się przy Franciszkańskiej, a obecnie gości sale wykładowe Uniwersytetu im. Jana Pawła II. Bibliotekarzem był tam pan, który potem dorabiał sobie na emeryturze rozdając na stacji benzynowej przy Włóczków gazetkę AutoBit. Wykrzykiwał przy tym nazwę gazetki kręcąc się pomiędzy tankującymi samochodami…
Pamietam, że cierpiał na chorobę, przez którą miał trudności w koordynacji ruchów, co czasem powodowało dość długie oczekiwanie na rocznik zamówionego czasopisma.
Jeśli już przy bibliotekach jesteśmy, to na zawsze zmartwychwstałe pozostaną panie bibliotekarki – siostry z biblioteki przy ulicy Komorowskiego na Zwierzyńcu, które pieczołowicie oprawiały woluminy w szary papier, dodatkowo na grzbiecie oznaczając je stosownym do treści kolorem. Począwszy od zielonego, poprzez żółty i niebieski, aż do czerwonego paska oznaczającego lektury dla najstarszych i najbardziej zaawansowanych czytelników. Jakież było moje zdziwienie, gdy w bibliotece dla dorosłych przy Filareckiej, książki pozbawione były tejże szarej obwoluty…
Jeśli już przy bibliotekach jesteśmy, to na zawsze zmartwychwstałe pozostaną panie bibliotekarki – siostry z biblioteki przy ulicy Komorowskiego na Zwierzyńcu, które pieczołowicie oprawiały woluminy w szary papier, dodatkowo na grzbiecie oznaczając je stosownym do treści kolorem. Począwszy od zielonego, poprzez żółty i niebieski, aż do czerwonego paska oznaczającego lektury dla najstarszych i najbardziej zaawansowanych czytelników. Jakież było moje zdziwienie, gdy w bibliotece dla dorosłych przy Filareckiej, książki pozbawione były tejże szarej obwoluty…
Takie zwykłe „ludzkie” zmartwychwstanie dają też dedykacje, które po latach odnajdujemy na pierwszych stronach książek. Mogą precyzować za co książka została podarowana, mogą być opatrzone pieczątką przedszkola lub szkoły i podpisem ulubionej wychowawczyni. Mogą zawierać wpis, który uwiecznia jakieś romantyczne wydarzenie – spacer pod gwiazdami lub pierwszy pocałunek…
Zupełnie, ale to prawie zupełnie nieznane w dzisiejszych czasach są listy, wyparte przez wszechobecne mejle i sms-y. Jakąż zawsze odczuwam radość, gdy z pudełek po butach wyciągam sterty korespondencji, dzięki której „zmartwychwstają” moje przyjaźnie, miłości i najzwyczajniejsze koleżeńskie wygłupy. Wszystko na papierze, który co prawda mieści niewiele bajtów informacji w porównaniu z pendrajwem, ale za to jaką ma siłę przetrwania i emocjonalnego oddziaływania.
Tym bardziej, że z reguły mamy dostęp do jednej części epistolograficznych wynurzeń. Tego, co napisaliśmy, a co wywołało listowną reakcję naszego korespondenta możemy się tylko domyślać…
I to jest właśnie piękne – ten brak dosłowności, to „takie bardziej niedomówienie”, to zaskoczenie porównywalne z tym, które było udziałem rzymskich żołnierzy strzegących Pańskiego Grobu.
I wielka radość, gdy słowo po słowie, zdanie po zdaniu odkrywamy prawdę naszej przeszłości. Czytelnicy wybaczą, że takie zupełnie trywialne wydarzenia porównuję do, jakby dzisiaj napisano, eventu, którym niewątpliwie było Zmartwychwstanie – to z dużej litery…
Ale jakoś tak jest w naszej egzystencji, że łatwiej nam się żyje codziennością, że dopiero z jej okruchów budujemy rzeczy Wielkie.
Ale jakoś tak jest w naszej egzystencji, że łatwiej nam się żyje codziennością, że dopiero z jej okruchów budujemy rzeczy Wielkie.
Dlatego mam nadzieję, że mój niebyt będzie trwał w pamięci osób, które spotkałem na swojej drodze…
